Oburzeni? Mieliście być. Ja wolę obchodzić DZIEŃ TATY. Jest taki słynny tekst „OJCEM jest stać się łatwo. Na bycie TATĄ trzeba sobie za...

Nie obchodzę dnia ojca!

Oburzeni? Mieliście być.

Ja wolę obchodzić DZIEŃ TATY. Jest taki słynny tekst „OJCEM jest stać się łatwo. Na bycie TATĄ trzeba sobie zasłużyć”. Zgadzam się w tym w 100%. Nie chcę wygłaszać płomiennych mów opartych na własnych wspomnieniach, ale za to chciałabym napisać o czymś co obserwuję co dnia.


Nie jest prosto być tatą w tym świecie.


Muszę jednak przyznać, że jest znacznie prościej być kochającym rodzicem niż kilkanaście lat temu. Teraz jest nawet modne bycie odpowiedzialnym i zaangażowanym tatą. Czemu więc nadal nie jest prosto?

Spójrzcie na to: każdy dziewczynie gratuluje, pyta jak się czuje i czy dziecko kopie. Kobieta ma namacalny dowód stawania się matką. Tata w tym wszystkim jest wciąż na uboczu. Jasne, mężczyźni się angażują w szukanie fotelików do samochodów, wózków, ale jedyna okazja by porozmawiać z innym przyszłym tatą nadarza się dopiero pod koniec ciąży na szkole rodzenia. Później wcale nie jest łatwiej!

Przed porodem byłam przerażona i to nie tym czego miałam być czynnym uczestnikiem, ale dlatego że uświadomiłam sobie jak mężczyzna musi się czuć w tej styuacji. Gdy już jest po wszystkim, a kobieta jego życia zostaje z dzieckiem w szpitalu on musi jechać do domu kompletnie sam. Jest oszołomiony, podniecony i wzruszony i... jest w tym wszystkim kompletnie sam. Wyobraźcie sobie, że w jednej chwili jesteście najszczęśliwszymi ludźmi na świecie i że na waszych oczach dokonał się cud. Macie poczucie, że staliście i będziecie się stawać dla kogoś wychowawcą i... wracacie sami do pustego domu, gdzie nie ma łez wzruszenia, potu i emocji. Jest... pustka.

Pewnie wiele z was powie, że nadużyciem będzie powiedzenie, że przez tych kilka chwil mężczyzna ma prawo przeżywać baby blues. Ja jednak wierzę, że to może być podobne uczucie. Nie, oczywiście, że nie takie samo, ale jednak podobne. Może właśnie dlatego tak szybko panowie odreagowują na imprezach pępkowych zanim jeszcze żona wróci do domu. Nie chcą być sami, a już niebawem nigdy już nie będą sami.

I później, gdy męskie rodzicielstwo zacznie się na dobre to mężczyzna ma być strażnikiem porządku i „tym surowym”. Ile razy słyszy się „poczekaj aż wróci tata”. I co ten biedny tata ma zrobić? Zamiast bawić się z dzieckiem od progu powinien być karzącą ręką sprawiedliwości czy tego chce czy nie chce.

Wiecie co? Dajmy ojcom być tatusiami. Podział obowiązków nie kończy się na tym, że mama ma być tym dobrym policjantem, a tata tym złym. Jeśli potrafimy usiąść do traktorów i przybić gwoździa to pozwólmy panom usiąść na dywanie i wyjąć klocki lub kredki. To od kobiet zależy na ile nasi panowie będą się czuli ojcami, a na ile tatusiami.

Wszystkiego najlepszego od LamiMummy!



Mimo, że echo Dnia TATY już cichnie ja tym apelem chcę  trafić do właśnie serc pań. Bądźmy dobre dla naszych panów nie tylko na wiosnę (jak mówiła piosenka), ale przez cały rok. Dzięki temu nasze dzieci będą szczęśliwsze. Możecie mi wierzyć!

A ja marzę o górach… Uwielbiam góry i mój Małż dzieli ze mną tę pasję. Teraz będziemy zarażać nią nasze Dziecko. Taki jest plan. I w...

Wakacje w górach - faza planowania



A ja marzę o górach…
Uwielbiam góry i mój Małż dzieli ze mną tę pasję. Teraz będziemy zarażać nią nasze Dziecko. Taki jest plan. I właśnie mamy fazę planowania naszych wakacyjnych wędrówek. Oto jak proponujemy się za to zabrać.

Morze czy góry?
Dla nas odpowiedź jest prosta, ale oczywiście każdy musi sobie sam odpowiedzieć na to pytanie, zależnie od tego, co lubi robić. Jaka nie będzie Wasza decyzja sądzę, że warto rzecz przepróbować na sucho zanim wyruszycie przez pół Polski, albo jeszcze dalej. Jeśli wybieracie morze to może wybierzcie się na lokalną plażę lub basen, żeby zobaczyć, jak malec znosi siedzenie nad akwenem i na jakie aktywności się nastawić podczas wakacji. Może wystarczy dokupić kilka foremek a może jednak nie obejdzie się bez piłki czy pontonu?
Jeśli ciągnie Was w góry to polecamy chociaż jedną wycieczkę po Waszej okolicy, żeby zobaczyć jaki dystans jest w Waszym zasięgu, czy las to wystarczająca atrakcja i czy dziecko chce chodzić samo czy też wybiera łagodne kołysanie nosidła. Takie przygotowanie pozwala lepiej zaplanować czas wyjazdu i dostosować atrakcje do zainteresowań i możliwości malucha.
Dodam kwestię oczywistą: zeszłoroczne doświadczenia mogą się nie przydać w tym roku. Po pierwszej tegorocznej wycieczce widzimy, że zmiany w zachowaniu naszej Truskawki są tak duże, że musimy na wszystko spojrzeć świeżym okiem. Małe dziecko zmienia się bardzo szybko i trzeba nastawić się na elastyczność.

Miejscówka
W tym roku sporo czasu zajęło nam szukanie miejsca, gdzie chcielibyśmy się wybrać. Szukaliśmy według klucza: RÓŻNORODNOŚĆ. Bioróżnorodność to też ważna sprawa, ale tu chodzi o różnorodność atrakcji. Wybierając się w góry szukamy miejsca, które daje nam możliwość zaplanowania krótszych i dłuższych wycieczek. Wykorzystanie nosidła, małych nóżek małego podróżnika, ale także kolejki czy wyciągu. Ot, żeby się przejechać!
Bierzemy też pod uwagę środki transportu, którymi możemy wygodnie dysponować w drodze do i na miejscu. Oraz aktualne zainteresowania dziecka. W naszym przypadku to pociągi, ale kto wie, czy do wakacji to się nie zmieni? ;) Szukamy też wypożyczalni rowerów na miejscu, bo dopiero co skończyła się faza zainteresowania rowerami i chcemy  spróbować chociaż krótkiej wycieczki rowerowej.


All inclusive czy survival?
Z wyborem miejsca noclegu też trzeba się uporać. Kiedy już odpowiemy sobie na pytanie, czego oczekujemy - dalej będzie już z górki, bo oferta jest naprawdę bogata. My decydujemy się na samodzielne gotowanie, co od razu zawęża wybór do miejsc, które oferują dostęp do kuchni. Ważny jest dla nas też ogród, w którym zwykle spędzamy popołudnia oraz położenie pensjonatu w centrum miejscowości, bo nasz Brzdąc chce chodzić sam, ale czasem tylko na krótką metę. Noszenie jej 5 km w tę i 5 km z powrotem, by kupić chleb nie należy do moich wakacyjnych marzeń, więc chciałabym mieć sklep nieco bliżej.

Zamiast epilogu
Muszę przyznać, że etap planowania to dla mnie wstęp do przygody i bardzo go lubię. Błądzenie palcem po mapie (tak, nadal używamy takich drukowanych, choć elektroniczne mają wiele plusów i też z nich korzystamy) i przeglądanie zdjęć innych miłośników gór daje mi przedsmak wakacyjnego wypoczynku w stylu wędrówki górskimi szlakami. Pozostaje tylko dopiąć wszystko na ostatni guzik i czekać na wyznaczony termin wyjazdu.
Już nie mogę się doczekać!

Już po raz drugi stajemy przed kwestią jak przeżyć Wielkanoc z dzieckiem. Właściwie samo przetrwanie chyba nie jest aż takie tru...

Alleluja i do przodu!




Już po raz drugi stajemy przed kwestią jak przeżyć Wielkanoc z dzieckiem. Właściwie samo przetrwanie chyba nie jest aż takie trudne, ale jak dobrze spędzić ten czas.

Najważniejsze jest dla nas bycie razem w rodzinnym gronie. Chyba jednak wolę nie mieć 3 rodzajów ciasta, żurku, kiełbasy i... co tam jeszcze powinno być. Mogę też nie mieć wymiecione w niektórych zakamarkach, choć przyznam, że chciałabym mieć. Ale czy to jest sedno sprawy? Na to pytanie każdy musi sobie odpowiedzieć indywidualnie.
Ale pozostaje jeszcze to, jak się zachowywać by dziecko wiedziało, o co w tym chodzi.
Może podchodzę do sprawy (i nie tylko zresztą tej) dość restrykcyjnie, ale jakoś nie jestem fanką zajączków przynoszących słodycze. Wychodzę z założenia, że prezenty daje się w BN, a Wielkanoc... Wielkanoc jest po to, by doświadczyć tego Święta duchowo. Nie mam patentu jak przekazać to wszystko małemu brzdącowi, który ma niecałe dwa lata i obecnie jest zainteresowany głównie przedmiotami posiadającymi kółka. Na szczęście jajka są podobne do kółek i jako, że dają je kurki, poprzedni przedmiot zainteresowania mojego dziecka, to są nadal dość wysoko wśród jej zainteresowań. I może to jest jakiś punkt wyjścia.

Pisanki z dzieckiem:

LamiMummy pokazała na filmiku jak robić i jak nie robić wydmuszek, a ja podzielę się naszymi sposobami.
Przede wszystkim zależy mi, żeby Córa mogła te jajka zjeść.  Może dlatego nie malowałyśmy palcami. Trochę mi tego żal, ale cóż... pomagała mi wbijać jajka do ciasta. Niech to będzie taka namiastka. W tajniki naturalnego bawienia jajek jeszcze jej nie wprowadzałam. Próbuję na razie odkryć te tajemnice sama a wtedy będzie robić to wspólnie. Czy za rok czy za dwa - tego nie wiem?!
Tradycyjny sposób w naszej rodzinie to barwienie za pomocą cebuli i takie kraszanki robimy co roku. Poza tym sprawdza się robienie wzorków z listków, choć nie są tak pięknie jak te, które można obejrzeć w necie. Nasze zwykle wychodzą dość krzywo, ale... nic to! I tak je lubię! :)
Próbowałam też rycia w nich wzorków, ale jakoś nie mam pojęcia, jak by to zrobić, żeby nie narobić dziur i nie porozbijać kraszanek. Może kiedyś to ogarnę a może nie.




(Próbka barwnika z czerwonej kapusty na zdjęciu- naprawdę nieźle wyszedł, prawda?)

Co roku staram się szukać innych kolorów, by urozmaicić nasz koszyczek. W zeszłym roku była to czerwona kapusta i ten barwnik sprawdził się całkiem nieźle, więc przy okazji zrobiliśmy nim pierwsze odcinki rączek naszej Małej.  W tym roku zamarzyłam sobie kolor zielony. Wyczytałam sobie, że potrzebny jest jarmuż albo szpinak, ale okazało się, że w warzywniaku, w którym jarmuż bywa tym razem jest tylko... szpinak baby. Nie wiem, czy ze względu na to nasze barwienie średnio się powiodło czy też to kwestia techniki. Spróbuję w przyszłym roku i zobaczymy co wyjdzie. Póki co mam jedną radę. Jak już te jajka w tym szpinaku nieco się pokolorują to NIE DOLEWAJCIE OCTU! Po dolaniu octu warstwa barwnika zeszła ze skorupki i jajka pozostały w kolorze naturalnym. Jakby nie o to nam chodziło, ale cóż.
A więcej inspiracji u lamy na kanale.

Radosnych Świąt i nie zapomnijcie o tradycyjnym okrzyku! Ale to dopiero po północy i dzwonach :)



 

A teraz rodzi się główne pytanie... czemu post o cebuli nie jest w zakładce z jedzeniem? Bo nie o taką cebulę chodzi! No tak, znawcy cebu...

LamiMummy i... CEBULA!

A teraz rodzi się główne pytanie... czemu post o cebuli nie jest w zakładce z jedzeniem?
Bo nie o taką cebulę chodzi!

No tak, znawcy cebul powiedzieliby pewnie, że to warzywo zasługuje na post, czy własny artykuł. Nie neguję tego! Szczególnie, że wierzę, że kiedyś napiszę coś o naturalnych antybiotykach i naturalnym leczeniu przeziębienia. Tylko, że w tym artykule chciałabym napisać coś o ubieraniu dziecka na cebulkę.


Temat być może bardziej jesienny niż na moment, gdy na dworze śnieg miejscami zalega, a ja sama siedzę opatulona w koc. Większość z nas zna zasadę ubierania dziecka "na cebulkę" i sama ta nazwa może wiązać się z wcześniej przytoczonym tematem naturalnych antybiotyków, ale równie dobrze możemy dziecko ubierać "na tort" lub... "na ogra". Nie jest istotna nazwa. Istotne są warstwy!


Czemu istotne są warstwy?

To banalnie proste! Im więcej warstw masz tym cieplej.
Tak widzi sprawę większość mam i jest w tym wiele prawdy. Z każdą dodatkową i cienką warstwą jest nam cieplej. Trudniej nam się też ruszać, ale to akurat nie sprawa tego artykułu. Tak więc, zakładając na dziecko podkoszulek, cienką bluzeczkę, sweterek, a także rajstopki, skarpetki, a na to wszystko kombinezon mamy poczucie, że wypełniliśmy dobrze swój rodzicielski obowiązek. Dziecko ma warstwy, a więc dobrze je ubraliśmy na zimę, chłody i zabawy na dworze, ale czy na pewno?

Sens warstw leży jednak gdzieś indziej. Sprawa nie kończy się na ubieraniu, ale raczej rozbieraniu i to wcale nie tym po powrocie do domu.

Podczas spaceru mamy możliwość kontroli tego, czy dziecku jest ciepło, ale też nie za ciepło. W końcu, jeśli dziecko przegrzane wychodzi, np. z zakupów w jakimś hipermarkecie na mróz to przeziębienie już czyha za rogiem i zaciera ręce. Idea ubierania na cebulkę wiąże się też z rozbieraniem w odpowiednich momentach. Mając warstwy łatwiej jest zdjąć to co zbędne i dopasować ubranie dziecka do aktualnych potrzeb.

Praktyka

Smutno to wygląda. Małe, wypchane kombinezony wożone w wózkach bez względu na to czy są w pomieszczeniu, środku transportu, czy na zewnątrz są tak samo opatulone, a potem tak samo zapieczętowane wędrują do kolejek w przychodniach. Żadna mama ani babcia nie wpadnie na pomysł by sprawdzić, czy dziecku nie potrzeba zdjąć coś lub chociaż rozchylić szalik.

Co ciekawsze, coraz częściej spotyka się kominy dla dzieci, a raczej kominiarki. Nie kupują ich rodzice jadący z pociechami na narty, ale tacy, którzy zimują w mieście. Teraz zróbcie sobie małą symulację jak wygląda wasz szalik jeśli opatulicie się pod nos i wyjdziecie na mróz. Po kilku chwilach macie gorącą, skraplającą się parę. Środowisko bardzo wilgotne i ciepłe. Zaraz... czy to nie środowisko idealne do wytwarzania się drobnych ustrojów, które zagrażają naszemu zdrowiu? Nieważne, ważne by dziecko miało ciepłą czapkę i zasłonięte usta! Tak, to była dygresja przepełniona sarkazmem.

Wracając do tematu! Są sposoby na kontrolę ciepłoty dziecka, w sensie "czy się nie przegrzewa". Najbardziej tradycyjny do sprawdzenie czy ma ciepły, ale nie spocony kark. Inne to już wyższa technika, o których wspominają bardziej znane blogerki parentingowe.

Tak czy inaczej, istnieją sposoby na sprawdzenie, czy dziecku nie jest za ciepło w trzydziestu założonych warstwach, a więc dlaczego z nich nie korzystamy i pozwalamy by nasze szkraby biegały w ubraniowym torcie? Bo nie myślimy. Ważne, że dziecku ciepło i się rusza, tak? Otóż, ważne by za chwilkę tak zgrzane nie zaczęło kaszleć, dlatego powinnyśmy zdejmować warstwy, które przegrzewają nasze szkraby.

Nie jestem bez winy...

Sama ograniczam się do ściągania czapek i rozpinania kurtki tak szybko jak się da, gdy znajdziemy się w 4 ścianach choćby autobusu. Mam nadzieję, że jak wrócimy do wypraw na plac zabaw będę bardziej zdeterminowana by zdejmować niepotrzebne ubrania i kontrolować, czy mój mały smyk nie jest przegrzany.

Nic tak nie psuje dobrej zabawy jak... katarek i kaszelek po powrocie do domu.

Teraz tylko zostaje nam czekanie na cieplejsze dni, bo razem z wiosną zamierzam zrezygnować z wózka i przejść na niezależne spacerki bez niepotrzebnych kółek.


Dajcie znać, czy chociaż trochę artykuł się spodobał.


Dziś dzień postaci z bajek i z tej okazji miałam kilka przemyśleń już wczoraj. Bajki kiedyś "Za moich czasów..." to jeden ...

Bajki dla malucha



Dziś dzień postaci z bajek i z tej okazji miałam kilka przemyśleń już wczoraj.

Bajki kiedyś

"Za moich czasów..." to jeden z najpopularniejszych początków zdań, które mają sugerować, że przeszłość była lepsza. Według mnie jeśli chodzi o bajki była dużo lepsza!

Z rozrzewnieniem wspominam Było sobie życie lub niezapomniane sobotnie poranki z Disneyem i codzienne czekanie na wieczorynki. Teraz tego nie ma. Są inne bajki, które mają bawić nie tylko dzieci, ale i dorosłych lub nie niosą za sobą żadnego przekazu. Wspominam z uśmiechem na ustach Muminki lub Gumisie, a nawet Bobry z Wiklinowej Zatoki.

Czego uczyły mnie te bajki? Wydaje mi się, że dobra. Zwykłego i ludzkiego dobra. Niosły za sobą wartości takie jak przyjaźń, szczerość i... wiele innych pozytywnych emocji. Oczywiście, były także produkcje takie jak Tom & Jerry lub ScoobyDoo, ale akurat to mnie nie bawiło ze względu, że byłam dziewczynką, a przemoc i dziewczynki rzadko idą w parze.

Dzięki Było sobie życie nie miałam żadnych problemów by powiedzieć na co dzieli się krew lub by pojąć tajemnice związane z genami i DNA. Prosta i fajna bajka uczyła i bawiła, czyli łączyła przyjemne z pożytecznym. Nadal cieszę się widząc gry, filmy i zabawy związane z tą bajką. Mam nadzieję, że niebawem uda mi się nabyć je dla mojego syna by też poznał tę serię.

Bajki dziś

Przeraża mnie, gdy widzę produkcje o gąbkach i wiewiórkach na dnie oceanu. Nie mam pojęcia, co za sobą niosą mimo, że widziałam je kilka razy w życiu. Jestem dumna, że w moim domu nie ma telewizora (mimo, że czasem chciałabym móc pograć na konsoli i... ale może kiedyś się uda zaserwować sobie i taką rozrywkę), w którym non stop lecą bajki, na które nie mam wpływu. Tak, chyba należę do tych mam, które lubią mieć kontrolę. Usprawiedliwiam się tym, że ta kontrola to chyba zdrowy objaw w tym wypadku. Bajki też kształtują nasze dzieci, więc dobrze wybierać je z głową.

Z czystym sumieniem mogę polecić W głowie się nie mieści.
To film animowany, który uczy nie tylko dzieci, ale i rodziców o uczuciach. Z tego co czytałam, wszystkie przedstawione w nim teorie znajdują swoje odbicie w psychologii, a więc więzi i odczucia są realnym odbiciem tego, co może dziać się także w świecie naszych dzieci. Dla mnie rozmawianie o uczuciach tych trudniejszych z kimkolwiek jest wielkim wyzwaniem. Trudno było mi usiąść z dzieckiem i strojąc miny mówić jakie uczucia mogą obrazować. Ta bajka pokazała mi, że... smutek też jest ważny i nie jest negatywnym uczuciem, a także potrzebnym. Myślę, że rodzice mogą wiele dobrego z tej bajki wyciągnąć i dać pole do rozmów z dziećmi. Wyszła też seria książeczek, które mogą być punktem wypadowym do rozmawiania o emocjach. Co dla mnie jest ważniejsze, w tej bajce nie chodzi o dwuznaczny humor, który bawi rodziców i dzieci, a o trudne tematy bardzo przystępnie przedstawione chyba dla każdej grupy wiekowej. Uwaga! Wzrusza!

Drugim filmem, który ostatnio obejrzałam, a który mogę polecić to... Zootopia.
Na początku naśmiewałam się nieco z tej bajki, ale odkryłam, że może być to dobry sposób by porozmawiać z dziećmi o postrzeganiu innych ze względu na ich wygląd lub zachowanie. Dobrze czasem dać komuś drugą szanse i spróbować z nim się zaprzyjaźnić mimo, że wydaje się kimś kogo można tylko skreślić i zapomnieć o tej znajomości. Miałam takiego kolegę w szkole. Był nadpobudliwy, ale do tego dociekliwy. Sprawiał problemy wychowawcze, ale dzięki nauczycielom, którzy przesadzili go przede mną mogłam wraz z drugim kolegą wyjaśniać mu jakieś zagadnienia z matematyki. Z uporem maniaka mówiłam "nie ściągniesz pracy domowej, ale mogę na przerwie pomóc ci ją rozwiązać samemu". Nie wiem czy wyszedł na ludzi, ale cieszę się, że mimo uprzedzeń, które mogłam względem niego mieć przełamałam się by mu próbować pomóc. Kto wie? Może właśnie Wasze dziecko przełamie jakiś schemat i wyciągnie rękę do osoby, która potrzebuje pomocy dzięki np. takiej bajce jak Zootopia.

Po co w ogóle bajki?

Mogła bym pisać wiele o rozwijaniu wyobraźni i nauce czytania i poszanowania dla książek. Ba! Mogłabym się rozpisywać o poszerzaniu słownictwa i poznawaniu norm moralnych i społecznych, a także o karmieniu złudzeniami, ale... dla mnie najważniejsze w tym wszystkim jest to, by rozmawiać z własnym dzieckiem. Nie! Pytanie "jak minął dzień" to nie rozmowa. Wspólna konwersacja zaczyna się od opowieści. Za czasów mojego dzieciństwa mama prosiła o opowiedzenie filmu, na którym byłam z klasą w kinie. Oczywiście, chciałam się z nią podzielić tym, ale musiałam nauczyć się opowiadać z sensem o tym co widziałam. Gdy oglądamy wspólnie bajkę dobrze czasem powiedzieć coś na bieżąco lub po wyłączeniu bajki, przytulając się opowiedzieć sobie co było dobre a co złe w tej bajce. Kto był dobrym charakterem, a kto złym lub co my byśmy zrobili w takiej sytuacji. To wielka nauka dla dziecka, a dodatkowo uczy rozmawiać nawet na trudniejsze tematy.

I co? Bajki są potrzebne?
No wiem, DZIEŃ POSTACI Z BAJEK, a ja tylko o bajkach a nie o bohaterach, którzy są dla nas więcej niż wyjątkowi, ale... o tym na pewno poczytacie w tysiącu innych miejsc.

Wesołego Dnia Postaci z Bajek :)

Chciałoby się napisać „to nasza pierwsza” jesień, ale prawdę mówiąc to ta będzie już drugą, bo Żuczek urodził się latem. Poza ty...

Jesień z dzieckiem







Chciałoby się napisać „to nasza pierwsza” jesień, ale prawdę mówiąc to ta będzie już drugą, bo Żuczek urodził się latem. Poza tym jakoś ta pierwsza nie zapadła mi aż tak w pamięć, teraz natomiast widzę nowe wyzwania… i już się na nie cieszę :)

Jesiennie i kasztanowo

Pierwsza rzecz, którą można robić jesienią, i to nawet z najmniejszymi maluchami, to zbieranie kasztanów. Otwierają one mnóstwo możliwości, także macie pole do popisu. Dzieci powinny dotykać różnych faktur i tu akurat kasztany nie są jakieś rewelacyjne, bo są gładziutkie i bardzo miłe w dotyku. Ale już w skórce… Trochę się bałam jak Króliczek zareaguje na kolce, ale była zainteresowana i nie bała się dotykania ich. Taki oto prosty sposób na poznawanie nowego przedmiotu, oglądanie kształtu i koloru, dotykanie, mizianie, pewnie i próbowanie, smakowanie. Wiecie, zawsze można je obmyć lub wytrzeć, a nawet sparzyć… zostawiam pod rozwagę. Moje Dziecko akurat dostaje takie prosto z ziemi.
Kiedy już zbierzemy kasztany to od razu przychodzą nam do głowy ludziki, które dzielnie produkowaliśmy na plastyce w szkole, a nawet przedszkolu. Roczniaki chyba im jeszcze nie sprostają, co nie znaczy, że nie warto tych jesiennych okrąglaczków zbierać. W przypływie desperacji, że oto Dziecia trzeba czymś zająć, bo należałoby jednak przygotować jakiś obiad. Czy cuś. (Wiecie, tu można wstawić wszystko, także pisanie posty na bloga) taki oto pomysł nam się wyklarował, że można kasztankami rzucać do celu. A pod ręką akurat była… wytłaczanka do jajek (tak, musiałam to wygooglać). Z jej pomocą to można nawet celować na punkty, czyli im bliżej środka wytłaczanki tym lepiej.


Zabaw z kasztankami może być mnóstwo. Ot, chociażby grzechotka. Aż boję się pomyśleć jaki to by był dźwięk,  gdyby napełnić nimi metalowe pudełko! :) Ale jakby wrzucić jednego niewinnego kasztanka do plastykowej butelki… No, nie byłoby tak donośnie, ale na pewno ciekawie i zupełnie inaczej niż szumi przesypywany w ten sposób mak, ryż czy groch. Nam akurat niewiele do szczęścia na tym etapie potrzeba, bo wystarczy, że można przekładać coś z pudełka do pudełka. A do tego kasztanki nadają się bardzo dobrze. Zabawę można urozmaicić też żołędziami czy szyszkami, szczególnie dostępnymi jesienią szyszkami bukowymi (podręczny ekspert mówi mi, że to się nazywa buczyna i na pewno nie jest szyszką, ale dla mnie to „szyszki”, choć oczywiście szyszkami formalnie nie są.)

 

 

Czy deszcz czy słota... warto spacerować

Cokolwiek zbierzecie w jesiennym parku czy lesie najważniejsze jest to, żeby jesień była czasem aktywności. Teraz przygotowujemy się na zimę i jeśli nasz organizm nie przyzwyczai się do chłodku to jak będziemy spacerować zimową porą? A spacery są ważne dla odporności i dobrego funkcjonowania. To porcja aktywności, o którą warto dbać, szczególnie jeśli są one jedyną jej formą. Póki co, oby jesień jak najdłużej rozpieszczała nas słońcem i ciepełkiem, a jeśli przyjdzie słota… cóż, bądźmy na nią gotowi i szykujmy się na chlapanie kaloszami w kałużach. :)



Ostatnio miałam czas, by się zastanowić nad koszulkami z zabawnymi napisami dotyczącymi macierzyństwa i pokrewnych dziedzin z podpisem &...

Daję miłość...


Ostatnio miałam czas, by się zastanowić nad koszulkami z zabawnymi napisami dotyczącymi macierzyństwa i pokrewnych dziedzin z podpisem "Jaka jest twoja supermoc?". Uznałam, że skoro nie karmię bluza czy koszulka "daję mleko/produkuję mleko" mnie już nie dotyczy i zaczęłam kombinować dalej, ale... zawsze pojawiało się jakieś "ALE".

Daję mleko

Tak, wydaje się to niewinną deklaracją "karmię i jestem z tego dumna". Oczywiście, mamy, które podjęły trudy laktacji i nie chcą z nich rezygnować przy pierwszej lepszej okazji są godne podziwu, ale są też mamy, które bardzo chciałyby karmić, ale nie mogą. I teraz pomyśl: idzie taka mama, która znów wraca od lekarza i znowu jest coś nie tak, bo ma zapchane kanaliki albo jeszcze inne nieszczęście i widzi drugą mamę, która dumnie pręży pierś twierdząc, że jej supermocą jest dawanie mleka. Może być bolesne, prawda?

Nie chcę powiedzieć, że nagle teraz niech wszystkie mamy karmiące siedzą cicho, bo kogoś urażą faktem, że podczas spaceru będą musiały nakarmić dziecko i zacząć je karmić. Nie wiemy w końcu, co kto przeżywa w swojej głowie, a karmienie dziecka nie dość, że jest obowiązkiem, ale dodatkowo karmienie piersią jest po prostu piękne. 

Daję życie

Później pomyślałam o czymś odpowiednim dla obojga rodziców i czymś łączącym wszystkich rodziców... tych biologicznych. Fakt dania życia jest bezsprzecznie piękny i spajający. Nikt chyba nie ma wątpliwości, ale... i tu znów pojawia się problem. Istnieją rodzice adopcyjni i tacy, którzy nie mogą mieć dzieci. Łatwo wyobrazić sobie sytuację, gdy kobieta wraca z kolejnego badania lub po kolejnym poronieniu. Jedno wielkie nieszczęście i znów widzą miłych, uśmiechniętych rodziców, którym szczęśliwie się udało. No i wybucha.

Z drugiej strony, nie popadajmy ze skrajności w skrajność! To, że niektórym parom nie udaje się zajść w ciążę to nie znaczy, że my musimy chować się z naszymi dziećmi i udawać, że ich nie mamy lub nie są powodem do szczęścia i uśmiechu. To byłoby chore. 

DAJĘ MIŁOŚĆ!

Moja propozycja (mam nadzieję) jest genialna w swojej prostocie. Łączy rodziców karmiących naturalnie i słoiczkowo, tych którzy rodzili naturalnie i przez cesarkę, tych którzy dzieci pokochali od pierwszego wejrzenia na sali porodowej i tych, którzy pokochali w innych okolicznościach... a do tego tych wszystkich, którzy nie chcą mieć dzieci i chcą żyć tylko we dwoje. 

Miłość łączy wszystkich! Miłość można dać mamie, partnerowi, czy kotu, a także dziecku.


I co? Chcielibyście koszulkę, która Was identyfikuję z tymi, którzy kochają?

Dopiero pisząc ten artykuł zorientowałam się, że mówi się "Bóg jest Miłością", a więc dając Miłość stajemy się bliżsi Bogu. Pokrzepiająca myśl na niedzielę, prawda?

Obsługiwane przez usługę Blogger.