A teraz rodzi się główne pytanie... czemu post o cebuli nie jest w zakładce z jedzeniem? Bo nie o taką cebulę chodzi! No tak, znawcy cebu...

LamiMummy i... CEBULA!

A teraz rodzi się główne pytanie... czemu post o cebuli nie jest w zakładce z jedzeniem?
Bo nie o taką cebulę chodzi!

No tak, znawcy cebul powiedzieliby pewnie, że to warzywo zasługuje na post, czy własny artykuł. Nie neguję tego! Szczególnie, że wierzę, że kiedyś napiszę coś o naturalnych antybiotykach i naturalnym leczeniu przeziębienia. Tylko, że w tym artykule chciałabym napisać coś o ubieraniu dziecka na cebulkę.


Temat być może bardziej jesienny niż na moment, gdy na dworze śnieg miejscami zalega, a ja sama siedzę opatulona w koc. Większość z nas zna zasadę ubierania dziecka "na cebulkę" i sama ta nazwa może wiązać się z wcześniej przytoczonym tematem naturalnych antybiotyków, ale równie dobrze możemy dziecko ubierać "na tort" lub... "na ogra". Nie jest istotna nazwa. Istotne są warstwy!


Czemu istotne są warstwy?

To banalnie proste! Im więcej warstw masz tym cieplej.
Tak widzi sprawę większość mam i jest w tym wiele prawdy. Z każdą dodatkową i cienką warstwą jest nam cieplej. Trudniej nam się też ruszać, ale to akurat nie sprawa tego artykułu. Tak więc, zakładając na dziecko podkoszulek, cienką bluzeczkę, sweterek, a także rajstopki, skarpetki, a na to wszystko kombinezon mamy poczucie, że wypełniliśmy dobrze swój rodzicielski obowiązek. Dziecko ma warstwy, a więc dobrze je ubraliśmy na zimę, chłody i zabawy na dworze, ale czy na pewno?

Sens warstw leży jednak gdzieś indziej. Sprawa nie kończy się na ubieraniu, ale raczej rozbieraniu i to wcale nie tym po powrocie do domu.

Podczas spaceru mamy możliwość kontroli tego, czy dziecku jest ciepło, ale też nie za ciepło. W końcu, jeśli dziecko przegrzane wychodzi, np. z zakupów w jakimś hipermarkecie na mróz to przeziębienie już czyha za rogiem i zaciera ręce. Idea ubierania na cebulkę wiąże się też z rozbieraniem w odpowiednich momentach. Mając warstwy łatwiej jest zdjąć to co zbędne i dopasować ubranie dziecka do aktualnych potrzeb.

Praktyka

Smutno to wygląda. Małe, wypchane kombinezony wożone w wózkach bez względu na to czy są w pomieszczeniu, środku transportu, czy na zewnątrz są tak samo opatulone, a potem tak samo zapieczętowane wędrują do kolejek w przychodniach. Żadna mama ani babcia nie wpadnie na pomysł by sprawdzić, czy dziecku nie potrzeba zdjąć coś lub chociaż rozchylić szalik.

Co ciekawsze, coraz częściej spotyka się kominy dla dzieci, a raczej kominiarki. Nie kupują ich rodzice jadący z pociechami na narty, ale tacy, którzy zimują w mieście. Teraz zróbcie sobie małą symulację jak wygląda wasz szalik jeśli opatulicie się pod nos i wyjdziecie na mróz. Po kilku chwilach macie gorącą, skraplającą się parę. Środowisko bardzo wilgotne i ciepłe. Zaraz... czy to nie środowisko idealne do wytwarzania się drobnych ustrojów, które zagrażają naszemu zdrowiu? Nieważne, ważne by dziecko miało ciepłą czapkę i zasłonięte usta! Tak, to była dygresja przepełniona sarkazmem.

Wracając do tematu! Są sposoby na kontrolę ciepłoty dziecka, w sensie "czy się nie przegrzewa". Najbardziej tradycyjny do sprawdzenie czy ma ciepły, ale nie spocony kark. Inne to już wyższa technika, o których wspominają bardziej znane blogerki parentingowe.

Tak czy inaczej, istnieją sposoby na sprawdzenie, czy dziecku nie jest za ciepło w trzydziestu założonych warstwach, a więc dlaczego z nich nie korzystamy i pozwalamy by nasze szkraby biegały w ubraniowym torcie? Bo nie myślimy. Ważne, że dziecku ciepło i się rusza, tak? Otóż, ważne by za chwilkę tak zgrzane nie zaczęło kaszleć, dlatego powinnyśmy zdejmować warstwy, które przegrzewają nasze szkraby.

Nie jestem bez winy...

Sama ograniczam się do ściągania czapek i rozpinania kurtki tak szybko jak się da, gdy znajdziemy się w 4 ścianach choćby autobusu. Mam nadzieję, że jak wrócimy do wypraw na plac zabaw będę bardziej zdeterminowana by zdejmować niepotrzebne ubrania i kontrolować, czy mój mały smyk nie jest przegrzany.

Nic tak nie psuje dobrej zabawy jak... katarek i kaszelek po powrocie do domu.

Teraz tylko zostaje nam czekanie na cieplejsze dni, bo razem z wiosną zamierzam zrezygnować z wózka i przejść na niezależne spacerki bez niepotrzebnych kółek.


Dajcie znać, czy chociaż trochę artykuł się spodobał.


Dziś dzień postaci z bajek i z tej okazji miałam kilka przemyśleń już wczoraj. Bajki kiedyś "Za moich czasów..." to jeden ...

Bajki dla malucha



Dziś dzień postaci z bajek i z tej okazji miałam kilka przemyśleń już wczoraj.

Bajki kiedyś

"Za moich czasów..." to jeden z najpopularniejszych początków zdań, które mają sugerować, że przeszłość była lepsza. Według mnie jeśli chodzi o bajki była dużo lepsza!

Z rozrzewnieniem wspominam Było sobie życie lub niezapomniane sobotnie poranki z Disneyem i codzienne czekanie na wieczorynki. Teraz tego nie ma. Są inne bajki, które mają bawić nie tylko dzieci, ale i dorosłych lub nie niosą za sobą żadnego przekazu. Wspominam z uśmiechem na ustach Muminki lub Gumisie, a nawet Bobry z Wiklinowej Zatoki.

Czego uczyły mnie te bajki? Wydaje mi się, że dobra. Zwykłego i ludzkiego dobra. Niosły za sobą wartości takie jak przyjaźń, szczerość i... wiele innych pozytywnych emocji. Oczywiście, były także produkcje takie jak Tom & Jerry lub ScoobyDoo, ale akurat to mnie nie bawiło ze względu, że byłam dziewczynką, a przemoc i dziewczynki rzadko idą w parze.

Dzięki Było sobie życie nie miałam żadnych problemów by powiedzieć na co dzieli się krew lub by pojąć tajemnice związane z genami i DNA. Prosta i fajna bajka uczyła i bawiła, czyli łączyła przyjemne z pożytecznym. Nadal cieszę się widząc gry, filmy i zabawy związane z tą bajką. Mam nadzieję, że niebawem uda mi się nabyć je dla mojego syna by też poznał tę serię.

Bajki dziś

Przeraża mnie, gdy widzę produkcje o gąbkach i wiewiórkach na dnie oceanu. Nie mam pojęcia, co za sobą niosą mimo, że widziałam je kilka razy w życiu. Jestem dumna, że w moim domu nie ma telewizora (mimo, że czasem chciałabym móc pograć na konsoli i... ale może kiedyś się uda zaserwować sobie i taką rozrywkę), w którym non stop lecą bajki, na które nie mam wpływu. Tak, chyba należę do tych mam, które lubią mieć kontrolę. Usprawiedliwiam się tym, że ta kontrola to chyba zdrowy objaw w tym wypadku. Bajki też kształtują nasze dzieci, więc dobrze wybierać je z głową.

Z czystym sumieniem mogę polecić W głowie się nie mieści.
To film animowany, który uczy nie tylko dzieci, ale i rodziców o uczuciach. Z tego co czytałam, wszystkie przedstawione w nim teorie znajdują swoje odbicie w psychologii, a więc więzi i odczucia są realnym odbiciem tego, co może dziać się także w świecie naszych dzieci. Dla mnie rozmawianie o uczuciach tych trudniejszych z kimkolwiek jest wielkim wyzwaniem. Trudno było mi usiąść z dzieckiem i strojąc miny mówić jakie uczucia mogą obrazować. Ta bajka pokazała mi, że... smutek też jest ważny i nie jest negatywnym uczuciem, a także potrzebnym. Myślę, że rodzice mogą wiele dobrego z tej bajki wyciągnąć i dać pole do rozmów z dziećmi. Wyszła też seria książeczek, które mogą być punktem wypadowym do rozmawiania o emocjach. Co dla mnie jest ważniejsze, w tej bajce nie chodzi o dwuznaczny humor, który bawi rodziców i dzieci, a o trudne tematy bardzo przystępnie przedstawione chyba dla każdej grupy wiekowej. Uwaga! Wzrusza!

Drugim filmem, który ostatnio obejrzałam, a który mogę polecić to... Zootopia.
Na początku naśmiewałam się nieco z tej bajki, ale odkryłam, że może być to dobry sposób by porozmawiać z dziećmi o postrzeganiu innych ze względu na ich wygląd lub zachowanie. Dobrze czasem dać komuś drugą szanse i spróbować z nim się zaprzyjaźnić mimo, że wydaje się kimś kogo można tylko skreślić i zapomnieć o tej znajomości. Miałam takiego kolegę w szkole. Był nadpobudliwy, ale do tego dociekliwy. Sprawiał problemy wychowawcze, ale dzięki nauczycielom, którzy przesadzili go przede mną mogłam wraz z drugim kolegą wyjaśniać mu jakieś zagadnienia z matematyki. Z uporem maniaka mówiłam "nie ściągniesz pracy domowej, ale mogę na przerwie pomóc ci ją rozwiązać samemu". Nie wiem czy wyszedł na ludzi, ale cieszę się, że mimo uprzedzeń, które mogłam względem niego mieć przełamałam się by mu próbować pomóc. Kto wie? Może właśnie Wasze dziecko przełamie jakiś schemat i wyciągnie rękę do osoby, która potrzebuje pomocy dzięki np. takiej bajce jak Zootopia.

Po co w ogóle bajki?

Mogła bym pisać wiele o rozwijaniu wyobraźni i nauce czytania i poszanowania dla książek. Ba! Mogłabym się rozpisywać o poszerzaniu słownictwa i poznawaniu norm moralnych i społecznych, a także o karmieniu złudzeniami, ale... dla mnie najważniejsze w tym wszystkim jest to, by rozmawiać z własnym dzieckiem. Nie! Pytanie "jak minął dzień" to nie rozmowa. Wspólna konwersacja zaczyna się od opowieści. Za czasów mojego dzieciństwa mama prosiła o opowiedzenie filmu, na którym byłam z klasą w kinie. Oczywiście, chciałam się z nią podzielić tym, ale musiałam nauczyć się opowiadać z sensem o tym co widziałam. Gdy oglądamy wspólnie bajkę dobrze czasem powiedzieć coś na bieżąco lub po wyłączeniu bajki, przytulając się opowiedzieć sobie co było dobre a co złe w tej bajce. Kto był dobrym charakterem, a kto złym lub co my byśmy zrobili w takiej sytuacji. To wielka nauka dla dziecka, a dodatkowo uczy rozmawiać nawet na trudniejsze tematy.

I co? Bajki są potrzebne?
No wiem, DZIEŃ POSTACI Z BAJEK, a ja tylko o bajkach a nie o bohaterach, którzy są dla nas więcej niż wyjątkowi, ale... o tym na pewno poczytacie w tysiącu innych miejsc.

Wesołego Dnia Postaci z Bajek :)

Chciałoby się napisać „to nasza pierwsza” jesień, ale prawdę mówiąc to ta będzie już drugą, bo Żuczek urodził się latem. Poza ty...

Jesień z dzieckiem







Chciałoby się napisać „to nasza pierwsza” jesień, ale prawdę mówiąc to ta będzie już drugą, bo Żuczek urodził się latem. Poza tym jakoś ta pierwsza nie zapadła mi aż tak w pamięć, teraz natomiast widzę nowe wyzwania… i już się na nie cieszę :)

Jesiennie i kasztanowo

Pierwsza rzecz, którą można robić jesienią, i to nawet z najmniejszymi maluchami, to zbieranie kasztanów. Otwierają one mnóstwo możliwości, także macie pole do popisu. Dzieci powinny dotykać różnych faktur i tu akurat kasztany nie są jakieś rewelacyjne, bo są gładziutkie i bardzo miłe w dotyku. Ale już w skórce… Trochę się bałam jak Króliczek zareaguje na kolce, ale była zainteresowana i nie bała się dotykania ich. Taki oto prosty sposób na poznawanie nowego przedmiotu, oglądanie kształtu i koloru, dotykanie, mizianie, pewnie i próbowanie, smakowanie. Wiecie, zawsze można je obmyć lub wytrzeć, a nawet sparzyć… zostawiam pod rozwagę. Moje Dziecko akurat dostaje takie prosto z ziemi.
Kiedy już zbierzemy kasztany to od razu przychodzą nam do głowy ludziki, które dzielnie produkowaliśmy na plastyce w szkole, a nawet przedszkolu. Roczniaki chyba im jeszcze nie sprostają, co nie znaczy, że nie warto tych jesiennych okrąglaczków zbierać. W przypływie desperacji, że oto Dziecia trzeba czymś zająć, bo należałoby jednak przygotować jakiś obiad. Czy cuś. (Wiecie, tu można wstawić wszystko, także pisanie posty na bloga) taki oto pomysł nam się wyklarował, że można kasztankami rzucać do celu. A pod ręką akurat była… wytłaczanka do jajek (tak, musiałam to wygooglać). Z jej pomocą to można nawet celować na punkty, czyli im bliżej środka wytłaczanki tym lepiej.


Zabaw z kasztankami może być mnóstwo. Ot, chociażby grzechotka. Aż boję się pomyśleć jaki to by był dźwięk,  gdyby napełnić nimi metalowe pudełko! :) Ale jakby wrzucić jednego niewinnego kasztanka do plastykowej butelki… No, nie byłoby tak donośnie, ale na pewno ciekawie i zupełnie inaczej niż szumi przesypywany w ten sposób mak, ryż czy groch. Nam akurat niewiele do szczęścia na tym etapie potrzeba, bo wystarczy, że można przekładać coś z pudełka do pudełka. A do tego kasztanki nadają się bardzo dobrze. Zabawę można urozmaicić też żołędziami czy szyszkami, szczególnie dostępnymi jesienią szyszkami bukowymi (podręczny ekspert mówi mi, że to się nazywa buczyna i na pewno nie jest szyszką, ale dla mnie to „szyszki”, choć oczywiście szyszkami formalnie nie są.)

 

 

Czy deszcz czy słota... warto spacerować

Cokolwiek zbierzecie w jesiennym parku czy lesie najważniejsze jest to, żeby jesień była czasem aktywności. Teraz przygotowujemy się na zimę i jeśli nasz organizm nie przyzwyczai się do chłodku to jak będziemy spacerować zimową porą? A spacery są ważne dla odporności i dobrego funkcjonowania. To porcja aktywności, o którą warto dbać, szczególnie jeśli są one jedyną jej formą. Póki co, oby jesień jak najdłużej rozpieszczała nas słońcem i ciepełkiem, a jeśli przyjdzie słota… cóż, bądźmy na nią gotowi i szykujmy się na chlapanie kaloszami w kałużach. :)



Ostatnio miałam czas, by się zastanowić nad koszulkami z zabawnymi napisami dotyczącymi macierzyństwa i pokrewnych dziedzin z podpisem &...

Daję miłość...


Ostatnio miałam czas, by się zastanowić nad koszulkami z zabawnymi napisami dotyczącymi macierzyństwa i pokrewnych dziedzin z podpisem "Jaka jest twoja supermoc?". Uznałam, że skoro nie karmię bluza czy koszulka "daję mleko/produkuję mleko" mnie już nie dotyczy i zaczęłam kombinować dalej, ale... zawsze pojawiało się jakieś "ALE".

Daję mleko

Tak, wydaje się to niewinną deklaracją "karmię i jestem z tego dumna". Oczywiście, mamy, które podjęły trudy laktacji i nie chcą z nich rezygnować przy pierwszej lepszej okazji są godne podziwu, ale są też mamy, które bardzo chciałyby karmić, ale nie mogą. I teraz pomyśl: idzie taka mama, która znów wraca od lekarza i znowu jest coś nie tak, bo ma zapchane kanaliki albo jeszcze inne nieszczęście i widzi drugą mamę, która dumnie pręży pierś twierdząc, że jej supermocą jest dawanie mleka. Może być bolesne, prawda?

Nie chcę powiedzieć, że nagle teraz niech wszystkie mamy karmiące siedzą cicho, bo kogoś urażą faktem, że podczas spaceru będą musiały nakarmić dziecko i zacząć je karmić. Nie wiemy w końcu, co kto przeżywa w swojej głowie, a karmienie dziecka nie dość, że jest obowiązkiem, ale dodatkowo karmienie piersią jest po prostu piękne. 

Daję życie

Później pomyślałam o czymś odpowiednim dla obojga rodziców i czymś łączącym wszystkich rodziców... tych biologicznych. Fakt dania życia jest bezsprzecznie piękny i spajający. Nikt chyba nie ma wątpliwości, ale... i tu znów pojawia się problem. Istnieją rodzice adopcyjni i tacy, którzy nie mogą mieć dzieci. Łatwo wyobrazić sobie sytuację, gdy kobieta wraca z kolejnego badania lub po kolejnym poronieniu. Jedno wielkie nieszczęście i znów widzą miłych, uśmiechniętych rodziców, którym szczęśliwie się udało. No i wybucha.

Z drugiej strony, nie popadajmy ze skrajności w skrajność! To, że niektórym parom nie udaje się zajść w ciążę to nie znaczy, że my musimy chować się z naszymi dziećmi i udawać, że ich nie mamy lub nie są powodem do szczęścia i uśmiechu. To byłoby chore. 

DAJĘ MIŁOŚĆ!

Moja propozycja (mam nadzieję) jest genialna w swojej prostocie. Łączy rodziców karmiących naturalnie i słoiczkowo, tych którzy rodzili naturalnie i przez cesarkę, tych którzy dzieci pokochali od pierwszego wejrzenia na sali porodowej i tych, którzy pokochali w innych okolicznościach... a do tego tych wszystkich, którzy nie chcą mieć dzieci i chcą żyć tylko we dwoje. 

Miłość łączy wszystkich! Miłość można dać mamie, partnerowi, czy kotu, a także dziecku.


I co? Chcielibyście koszulkę, która Was identyfikuję z tymi, którzy kochają?

Dopiero pisząc ten artykuł zorientowałam się, że mówi się "Bóg jest Miłością", a więc dając Miłość stajemy się bliżsi Bogu. Pokrzepiająca myśl na niedzielę, prawda?

Owoce dla ochłody! Owoce dla każdego! Niektórzy już wiedzą, a inni jeszcze nie. Podjęłam wyzwanie! Sierpień chcę spędzić aktywnie...

Lodowy deserek od (Fit) LamiMummy


Owoce dla ochłody!

Owoce dla każdego!


Niektórzy już wiedzą, a inni jeszcze nie. Podjęłam wyzwanie! Sierpień chcę spędzić aktywnie i dietując się. Jednym z przysmaków, którymi się raczę jest świetny deserek. Zdrowy, chłodzący i przepyszny!

Skład na ok. 2 lub więcej porcji:
4 małe plasterki arbuza
odrobina jeżyn i banana
dla przybrania wiórki kokosowe i skruszone migdały

Miałam ćwiartkę arbuza w lodówce. Część od razu zjadłam, a część pokroiłam w plasterki i zamroziłam. Myślałam, że efekt będzie ciekawszy, ale nieco się zawiodłam. Wrzuciłam arbuza (oczywiście, bez skórki) do blendera i... brrrrrrrrrrrrrrz! Przełożyłam to co mi wyszło do pojemniczka. Wyglądało jak różowy piasek.
Jakiś czas wcześniej zmiksowałąm jeżyny i banana i wrzuciłam do zamrażalnika. Wyszedł kamień a nie sorbet, bo zapomniałam, by co jakiś czas zblendować wszystko. Zamrożoną kostkę zblendowałam i piękny fioletowy lodowy piasek przesypałam na arbuzowy piasek.
By dopełnić dzieła wszystko posypałam odrobiną wiórek kokosowych i zmielonych migdałów.

PYCHOTKA!
A co ważniejsze, zdrowa!
Arbuzy mają mało kalorii, bo w większości ich skład to woda. Jeżyny... co ja mogę powiedzieć o jeżynach? Witamina C, podobnie jak banan. Wiórki i migdały to magnez i zdrowe tłuszcze, w które bogate są orzechy.

Fajnie? Smacznie? ZDROWO!

Jeśli chcecie śledzić moje zmagania, zapraszam na mój kanał na youtubie i do mojego daily vlogowania: https://goo.gl/cszIFy

Niedawno doświadczyłam przykrej sytuacji, gdy w zasadzie zostałam wyproszona z dzieckiem z kościoła, bo przeszkadzałam w skupieniu ...

Miejsce dziecka w Kościele okiem LamiMummy




Niedawno doświadczyłam przykrej sytuacji, gdy w zasadzie zostałam wyproszona z dzieckiem z kościoła, bo przeszkadzałam w skupieniu jednej pani (około 40 lat, sama miała na oko 10 letnią córkę). Zaczęłam myśleć o miejscu dziecka i matki w Kościele.

Nasze początki i założenia

Wszystko jest pięknie, gdy przychodzisz do kościoła z brzuszkiem. Ludzie się uśmiechają, a nawet ustępują ci miejsca. Rewelacja. Chciałoby się powiedzieć "chwilo trwaj", gdyby nie fakt, że pod koniec ciąży wysiedzenie na godzinnej Mszy robi się problematyczne.

Po porodzie rodzi się pytanie "kiedy pierwszy raz pójść do kościoła?" Ja rodziłam w czwartek i w niedzielę wieczorem miałam wypis. Papiery do wyjścia dostałam ok. 17. Zagryzłam zęby z żalu, że nie zostałam do poniedziałku bo Msza w szpitalu była o 19. Chętnie bym zabrała Kluska w "korytku" i wybrała się na szpitalną Mszę. W końcu miałam za co... i za kogo dziękować. W kolejnym tygodniu (a była to zima) nie wychodziliśmy jeszcze na spacery, a Młody jadł baaaaaaaaaaaaardzo często, więc o wyrwaniu się na niedzielną Mszę także nie było mowy. Po dwóch tygodniach udało nam się trafić na Eucharystię. Niektórzy się dziwili, że zabieram takiego małego szkraba w skupisko ludzi, ale uznaliśmy, że wychodzi już na godzinne spacery w ziąb. Poza tym, skoro postanowiliśmy hartować malucha to kościół mu na pewno nie zaszkodzi.

Do chrztu zanieśliśmy go, gdy miał dwa i pół miesiąca. W pewnym momencie żałowałam, że nie zrobiliśmy tego wcześniej, ale nasz Klusek i tak zniósł to dzielnie.

I właśnie! Stał się małym katolikiem, a więc zyskał pełne prawo do uczestniczenia w życiu Kościoła.


Maluch w wózku

Ludzie w większości nie mają nic przeciwko widząc śpiące dziecko. Gdy marudzi i jest brane na rękę, też nie ma problemu. Schody zaczynają się wraz z płaczem. Ba! Czasem wystarczy wyjęcie dziecka z wózka. Ludzie sami zaczynają się rozpraszać i gaworzyć, albo krzywo patrzeć. Jakim prawem pokazujemy mu to co się dzieje na ołtarzu? Ano takim, że stał się częścią tej wspólnoty i też ma prawo wiedzieć i widzieć.

Wiele się słyszy o przychodzeniu z dziećmi do kościoła, o przykładzie tatusiów i o tym, żeby od najmłodszych lat oswajać dziecko i wpajać mu, że to, co dzieje się na Mszy jest ważne. Nikt jednak nie mówi, że mamy z najmniejszymi dziećmi są ledwo tolerowane na Mszach dla dzieci lub rodzin. Może inaczej by było, gdyby faktycznie na takie Msze przychodziły rodziny i dzieci, a nie (jak na każdą Mszę) 80% staruszków. 


Dziecko na własnych nóżkach

To temat bardzo mi teraz bliski. Odkąd Klusek chodzi i dałam mu taką możliwość, chętnie poznaje kościół. Robię wszystko, by ograniczał się do pierwszego stopnia schodów i by nawet mu się nie śniło wchodzenie do prezbiterium. Co gorsza, są przecież inne dzieci, od których lepiej się ciągnie przykład niż od mamy. W ten sposób stałym elementem, który trzeba odwiedzić na Mszy stał się łańcuch przy chrzcielnicy. Próbuję Malucha ograniczyć do bocznej nawy, gdzie ludzie przecież w jakiś sposób są skupieni na... Mszy w nieco inny (dla mnie tajemny) sposób.


Skupienie

Czy dziecko przeszkadza się skupić w kościele i na Mszy? Oczywiście! Nie tylko rodzicom, którzy zazwyczaj biegają za pociechą i starają się nadążyć za każdą skapującą śliną. Są też ludzie, którzy skupiają się na dzieciach, a nie na tym co się dzieje na ołtarzu. W zasadzie... póki dziecko nie przewróci się lub nie wpadnie na takiego człowieka, on wcale nie musi się nim interesować. Może skupiać się na czym tylko chce. Przecież nikt nie każe ci wodzić oczami za dzieckiem! Jeśli maluch płacze to może być problem. Takim samy problemem jednak jest to, że ktoś nie umie czytać czytań a bierze się za to i nijak ani słowa nie zrozumiesz z pierwszej części Liturgii Słowa. Bywa.

Inną rzeczą jest to, że takie biegające dziecko i cieszące się życiem i nowo odkrytą możliwością podnoszenia dywanu na pierwszym schodku może być motorem do przemyśleń na temat Dziecieństwa Jezusa. Piękny motyw przewodni do kontemplacji! W zasadzie możemy być wdzięczni szkrabom, że mogą się stać motorem do przemyśleń, o których być może dawno już zapomnieliśmy lub nigdy nie mieliśmy okazji pomyśleć.


Moja "przygoda"

Tu chciałam wspomnieć o tym, co zainspirowało mnie do tego posta, czy też artykułu. Byliśmy z Kluskiem i Śliweczką na Mszy w naszym rodzinnym mieście. Ta Eucharystia poprzedzała procesję. Sama nie lubię łazić na takie spędy, ale skoro Babcia chciała to nie było sensu się kłócić. Pierwszym problemem było to, że Msza nie była dla dzieci, a dla młodzieży. Ta dla dzieci w dzień Bożego Ciała jest... jakby wycinana z grafika, bo w tym czasie jest procesja, a po niej następuje Suma. Z braku możliwości wyboru traf chciał, że poszliśmy na tę Mszę.

Klusek do kazania dzielnie siedział w wózku oswajając się z nowym miejscem. Potem jednak nie wytrzymał i uznał, że pora ruszyć i poznać ten przybytek organoleptycznie. Wiedziałam doskonale, że zatrzymując go teraz spowoduję wielki lament, a przecież jeśli czyjąkolwiek uwagę skupi malec to pierwszych rzędów lub osób, koło których uda mu się przemknąć. Nie pozwalałam mu przechodzić za środek kościoła, ani wchodzić dalej niż na pierwszy stopień. Dzielnie prowadzałam go do Śliwki i dawałam mu wrócić na początek kościoła.

Do momentu!

Sama nie wiem, który to był moment Mszy, ale coś koło połowy. Wspomniana na samym początku kobieta zatrzymała mnie i powiedziała "niech pani zabierze dziecko na koniec kościoła, bo nie mogę się skupić". Sama stała w tej dalszej połowie i miałam ochotę powiedzieć "ale niech się pani skupia lub przejdzie bliżej, a nie za filarem, będzie łatwiej". Na końcu języka też miałam "ale on też jest katolikiem i uczestniczy we Mszy jak potrafi". Tak, Klusek potrafi tańczyć nawet do Chwała na wysokości, Spowiedzi Powszechnej lub Ojcze Nasz i to też tego mówionego, a nie śpiewanego.

Skinęłam pani głową i udałam się z Kluskiem na tyły. Modlitwę Wiernych spędziliśmy już w kruchcie, bo na tyłach Młody trzymany w rękach zaczął krzyczeć i się wyrywać. W kruchcie ludzie zaczęli się oglądać na nas. Wyszliśmy przed kościół, bo przecież przy otwartych drzwiach nadal słychać, a Klusek POWINIEN zaraz pójść spać. Podczas Podniesienia znów ktoś mu machną ręką, by się trochę uspokoił. On jednak był w szale, bo przecież nic złego nie robił. Chodził, poznawał, był w Domu Ojca, a więc w miejscu, które powinno być przyjazne, pełne miłości, a nie wykluczenia tylko dlatego, że jest za młody by siedzieć grzecznie w ławce. 

Ja zaczęłam płakać. Może to daleko idące skojarzenie, ale poczułam się jak Maryja, której nie chcieli w żadnej gospodzie. Poczułam się wyproszona z kościoła tylko dlatego, że moje dziecko jest ciekawe świata i nie potrafi karnie siedzieć w wózku.

Nie chcę dawać mu zabawek do kościoła, bo nie o to chodzi, by dziecko bawiło się potem resorakami na schodach do prezbiterium! Nie o to chodzi, by bawić się lalą w kościele. Chcę, by się przyzwyczajał, że jesteśmy razem, a w tym miejscu może czuć się dobrze i swobodnie, a nie być zastraszonym i jak najszybciej chcieć wyjść, by móc pobiegać przed kościołem. 


Drobny apel


Jeśli widzicie mamę z dzieckiem, jeśli wam to przeszkadza, to... pomyślcie może o własnych mamach? O tym, że Jezus też biegał i też może komuś przeszkadzał w modlitwach. W końcu nie był niewiniątkiem, bo ucieczka rodzicom, by poczytać Pismo Święte i nauczać w świątyni to nie przejaw karności i grzecznego siedzenia w ławce, ale chęć poznania świata i inicjatywa, którą podjął.

Gdy byłam na naukach, by zostać chrzestną dla córeczki Śliweczki, ksiądz powiedział rzecz, która utkwiła mi w pamięci. Dziecko nim zacznie pojmować czym jest grzech jest świętsze od papieża i jest bliżej Boga niż nam się wydaje. Po chrzcie został obmyty z grzechu i póki nie wie czym jest dobro i zło jest bezgrzeszne. 

Może właśnie to biegające dziecko, cieszące się każdym kwiatkiem lub słojem na polakierowanej ławce chce dać nam jakąś naukę? Może właśnie przez tego płaczącego szkraba Bóg próbuje powiedzieć nam coś ważnego?



"Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie, nie przeszkadzajcie im; do takich bowiem należy królestwo Boże." Mk 10, 14

Od kilku dni powtarzam sobie "muszę napisać o tym notkę". Czemu? Bo o pozytywach trzeba mówić, a  wręcz krzyczeć. W końcu d...

LamiMummy i duma!



Od kilku dni powtarzam sobie "muszę napisać o tym notkę". Czemu? Bo o pozytywach trzeba mówić, a  wręcz krzyczeć. W końcu duma to jedno z przyjemniejszych uczuć, prawda?

Samodzielność

Klusek ostatnio ćwiczy samodzielne zachowania. Jedzenie całą twarzą oraz dłońmi wychodzi mu fenomenalnie. W takich momentach wybieram zawieszanie oka na czymś innym... fotelu z rzeczami do zszycia? To nigdy nie jest dobry wybór szczególnie, że daje możliwość Kluskowi na atak! Zazwyczaj nie kończy się to dobrze, bo prócz kaszki na całej jego powierzchni ja też dostaję nią rykoszetem. Sami pomyślcie, co może się stać, gdy brudne dziecko postanowi Cię przytulić? Małe brudne rączki wędrują za Twoją szyję torem standardowym, czyli koło policzków i zahaczając o włosy. Hm... kaszka we włosach, na policzku, a także na dopiero co założonej bluzce to nic o czym chciałabym dzisiaj pisać.
O brudnym dywanie też nie!

Naleśniki

Lubicie? Ja tak! Tego dnia, którego dzieje się akcja naszej opowieści postanowiłam olać kaszkę i zrobić naleśniki ku uciesze społeczności obecnej w moim jakże wielkim domu. Nie musiałam przeszukiwać wszystkich zakamarków, by zwabić społeczność do kuchni. Klusek wręcz nie mógł się doczekać aż dostanie swoją porcję! Grzecznie czekał, dyskutował, a w chwili niecierpliwości przyniósł grającą kostkę by umilić i przyśpieszyć proces powstawania jego porcji.

Na pierwszy rzut dostał jednego naleśnika z tatusiowymi powidłami. Ładnie pokrojony wylądował wraz z talerzykiem na stoliczku Kluska. Rzeczony usiadł i zaczął wcinać, a więc mogłam popracować nad porcją dla siebie.

Okazało się, że "świat to za mało", a raczej naleśnik to za mało. Klusek przyniósł talerzyk pokazał, że jest pusty i z cieknącą ślinką (mieszającą się z powidłami na brodzie i policzkach) wskazał właśnie usmażonego naleśnika. Z ciężkim sercem westchnęłam i oddałam mu naleśnika przekładając go na talerzyk. Oddałam naczynie Kluskowi i powiedziałam "tylko nie przewróć się i nie wywal". Uparcie zajęłam się swoją porcją. 

Coś mnie jednak tknęło i uznałam, że sprawdzę, jak tam posiłek mojego syna. Na ten widok serce mi urosło. Wrócił na miejsce nic nie wywalając i grzecznie jadł przy stoliku. On ma 15 miesięcy! To nawet nie półtora roku!

Duma kontra przerażenie

Niektóre mamy nie mogą się pogodzić z tym, że ich dziecko dojrzewa i zaczyna testować przywileje samodzielności. Ja się cieszę. Pomijam wszystkie samolubne przyczyny tej radości.
Spójrzmy na to w ten sposób:
1) Chłopak się rozwija, a więc jest zdrowy
2) Samodzielność oznacza niezależność, a więc danie wytchnienia rodzicom
3) Musi się czuć bezpiecznie skoro podejmuje własne, często ryzykowne działania
4) Nie boi się świata, a z radością go poznaje
5) Przy swoim zacięciu eksploracji wciąż zerka na nas szukając akceptacji i pozwolenia

Duma!
To uczucie zawsze powinno nam towarzyszyć widząc, jak nasze dziecko łapie za łyżkę i próbuje samo zjeść kaszkę, zupkę czy schabowego. To oznacza, że uczymy go ciekawości świata, a nie tracimy kontrolę. Dla naszej pociechy zawsze najważniejsze będzie, że rodzice powiedzą "jestem dumny z ciebie".
Obsługiwane przez usługę Blogger.