Pokazywanie postów oznaczonych etykietą LamiMummy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą LamiMummy. Pokaż wszystkie posty

Jak dawno mnie tu nie było! Moją uwagę nieco przyćmiły różne projekty na kanale na Youtube oraz prace nad innym projektem. Oj! No i prac...

Chorowanie z Dzieckiem VIS. Chorowanie Samej


Jak dawno mnie tu nie było! Moją uwagę nieco przyćmiły różne projekty na kanale na Youtube oraz prace nad innym projektem. Oj! No i praca zawodowa. Tak się skupiłam na różnych codziennych sprawach, że... wylądowałam w kolejce po numerek do lekarza, a potem pod gabinetem lekarskim z tygodniowym zwolnieniem w ręku. Szczęśliwym trafem mogłam rozkoszować się "chorowaniem" przez całe 2 dni. Skończyło się wtorkową informacją o gorączce Młodego. Skoro i tak miałam zwolnienie to Staś został ze mną kurując się tradycyjnymi metodami, szczególnie że nim wrócił do domu z przedszkola po gorączce nie było śladu. Dziś kończy się moje zwolnienie i wiem dokładnie czy jest chorowanie samej i z dzieckiem. Różnica jest diametralna!

O tym wie każda mama kobieta

Wydaje się, że każda kobieta choruje w podobny sposób. Jeśli nie ma olbrzymiej gorączki zwalającej z nóg przyświeca im jedna myśl "wreszcie ogarnę nieco dom". Ja chętnie zrezygnowałam z tej myśli. Zawsze ją mam gdy mam nieco wolnego w ciągu tygodnia i słabo na tym wychodzę... ale porządek JAKIŚ mam. No, taki który można mieć mając dwulatka w domu. Oj, porządek wtedy jest towarem deficytowym i znika prawie tak szybko jak czekolada przed okresem.
Tym razem postawiłam na wypoczywanie. Nie można wiecznego kaszlu, antybiotyku (o sugestywnej nazwie ZAMUR) i zapchanego nosa nazwać relaksem, ale pewnym resetem można nazwać siedzenie pod kołderką, oglądanie seriali a gdy powieki robiły się za ciężkie po prostu zasypianie. W takich warunkach miałam szczere nadzieje na wyzdrowienie.

Gdy zjawia się dziecko...

Czy ktokolwiek potrafi wypocząć przy chorym dziecku? A przy dziecku, które teoretycznie jest chore a ma masę energii? O? Czyżbym nie widziała chętnych? Otóż nie da się!
Mój Mały Wulkan Energii nie odpoczywa. Udało mi się raz pospać do jakiejś 6:30, gdy Staś był ze mną w domu. Potem wyszło na jaw, że nie śpię (w końcu ktoś musiał zamknąć drzwi i być przytomny przy dziecku).
Plan dnia był prosty:
ok. 6:00-6:30 Radosny śpiew z okazji przebudzenia mamy
7:00                Leki i śniadanie
7:15-9:00       Zabawy wszelkie
9:00                Drugie śniadanie
9:15-10:00    Próby zrobienia prania. W końcu ktoś to musi zrobić, a wypadek z nocnikiem/jogurtem/życiem nie może czekać... no i śmierdzi... chyba. Byłabym pewna gdybym miała powonienie.
10:00           Może pora na zimną kawę? Inkę bo po co pić normalną na chorobowym? Zimna bo przecież przy dziecku picie kawy przy śniadaniu to przeżytek i dziecko wręcz wymaga kosztowania zimnej kawy.
11:15              Jestem zmęczony! Puszczaj moje piosenki! Skacz! Tańcz!
11:30       Jestem zmęczony! Chcę to! Nie to a tamto! Tamto jest złe! Nienawidzę tamtego! MAMOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOO!
11:45              Życie jest piękne! Znalazłem WINOGRONA!
12:00              Bajka? Książka? Puzzle?
12:11            Ułożę trasę dla samochodu, ale jak dołożysz klocki nie tam gdzie chcę to zniszczę świat!
12:28              Świat umrze! TERAZ!
12:36-13:49    Jedzenie tak! Ale nie to! Umrzyj! Nie śpij! Czytaj! Śpiewaj! Nie oddychaj! Przytulaj! Nie dotykaj! Tul! GRAJMY NA UKULELE! Nie dotykaj ukulele! MOJE!
13:56               Mogę to zjeść skoro właśnie robisz obiad, bo robisz, prawda?
14:26               Miłe, że zrobiłaś obiad, ale... właśnie usnąłem.
16:48               Czy widzę grozę? Nie! Nie śpię już! Będę marudził bo przebudzenie to zło!
17:20               TATUŚ!
17:24       Tatuś wrócił! Mamo baw się ze mną! Nie, tatuś powinien odpocząć po pracy. MAMOOOOOOOOOO
18:30                Kolacja? No dobrze
18:45                Nie chcę się myć!
19:00                Mamo, myjesz się? To ja też! Z tobą, ale nie myjemy głowy, dobrze?
19:11                NIE WYCHODŹ! Zostańmy na wieki w wannie
20:00                Chciałaś obejrzeć film z tatą? Fajnie, ale ja NADAL nie śpię
20:47                Znajcie łaskę! PADŁEM!

Czy któraś z chorujących z dzieckiem mam to zna?
Ja tak!

Koszmar czy może jednak nie?

Z jednej strony mam ochotę powiedzieć, że to koszmarny koszmar i nie da się tego znieść, ale zniosłam. Nie czuję się dużo zdrowsza niż na początku mimo, że właśnie skoczyłam antybiotyk. Mimo to chyba bardziej bym się martwiła, gdyby był padnięty i lał się przez ręce. W tak intensywnej rekonwalescencji widzę energię, która zwalczyła chorobę i próbuje zwalczyć mnie. No tak, to po prostu radość z posiadania mamy non stop. Nic tylko się cieszyć z pozostawionego armagedonu... i powrotu do pracy. Po takim powracaniu do zdrowia człowiek zaczyna doceniać możliwość pójścia do pracy bez dziecka, nawet jeśli się je kocha z całego serca.

Oburzeni? Mieliście być. Ja wolę obchodzić DZIEŃ TATY. Jest taki słynny tekst „OJCEM jest stać się łatwo. Na bycie TATĄ trzeba sobie za...

Nie obchodzę dnia ojca!

Oburzeni? Mieliście być.

Ja wolę obchodzić DZIEŃ TATY. Jest taki słynny tekst „OJCEM jest stać się łatwo. Na bycie TATĄ trzeba sobie zasłużyć”. Zgadzam się w tym w 100%. Nie chcę wygłaszać płomiennych mów opartych na własnych wspomnieniach, ale za to chciałabym napisać o czymś co obserwuję co dnia.


Nie jest prosto być tatą w tym świecie.


Muszę jednak przyznać, że jest znacznie prościej być kochającym rodzicem niż kilkanaście lat temu. Teraz jest nawet modne bycie odpowiedzialnym i zaangażowanym tatą. Czemu więc nadal nie jest prosto?

Spójrzcie na to: każdy dziewczynie gratuluje, pyta jak się czuje i czy dziecko kopie. Kobieta ma namacalny dowód stawania się matką. Tata w tym wszystkim jest wciąż na uboczu. Jasne, mężczyźni się angażują w szukanie fotelików do samochodów, wózków, ale jedyna okazja by porozmawiać z innym przyszłym tatą nadarza się dopiero pod koniec ciąży na szkole rodzenia. Później wcale nie jest łatwiej!

Przed porodem byłam przerażona i to nie tym czego miałam być czynnym uczestnikiem, ale dlatego że uświadomiłam sobie jak mężczyzna musi się czuć w tej styuacji. Gdy już jest po wszystkim, a kobieta jego życia zostaje z dzieckiem w szpitalu on musi jechać do domu kompletnie sam. Jest oszołomiony, podniecony i wzruszony i... jest w tym wszystkim kompletnie sam. Wyobraźcie sobie, że w jednej chwili jesteście najszczęśliwszymi ludźmi na świecie i że na waszych oczach dokonał się cud. Macie poczucie, że staliście i będziecie się stawać dla kogoś wychowawcą i... wracacie sami do pustego domu, gdzie nie ma łez wzruszenia, potu i emocji. Jest... pustka.

Pewnie wiele z was powie, że nadużyciem będzie powiedzenie, że przez tych kilka chwil mężczyzna ma prawo przeżywać baby blues. Ja jednak wierzę, że to może być podobne uczucie. Nie, oczywiście, że nie takie samo, ale jednak podobne. Może właśnie dlatego tak szybko panowie odreagowują na imprezach pępkowych zanim jeszcze żona wróci do domu. Nie chcą być sami, a już niebawem nigdy już nie będą sami.

I później, gdy męskie rodzicielstwo zacznie się na dobre to mężczyzna ma być strażnikiem porządku i „tym surowym”. Ile razy słyszy się „poczekaj aż wróci tata”. I co ten biedny tata ma zrobić? Zamiast bawić się z dzieckiem od progu powinien być karzącą ręką sprawiedliwości czy tego chce czy nie chce.

Wiecie co? Dajmy ojcom być tatusiami. Podział obowiązków nie kończy się na tym, że mama ma być tym dobrym policjantem, a tata tym złym. Jeśli potrafimy usiąść do traktorów i przybić gwoździa to pozwólmy panom usiąść na dywanie i wyjąć klocki lub kredki. To od kobiet zależy na ile nasi panowie będą się czuli ojcami, a na ile tatusiami.

Wszystkiego najlepszego od LamiMummy!



Mimo, że echo Dnia TATY już cichnie ja tym apelem chcę  trafić do właśnie serc pań. Bądźmy dobre dla naszych panów nie tylko na wiosnę (jak mówiła piosenka), ale przez cały rok. Dzięki temu nasze dzieci będą szczęśliwsze. Możecie mi wierzyć!

A teraz rodzi się główne pytanie... czemu post o cebuli nie jest w zakładce z jedzeniem? Bo nie o taką cebulę chodzi! No tak, znawcy cebu...

LamiMummy i... CEBULA!

A teraz rodzi się główne pytanie... czemu post o cebuli nie jest w zakładce z jedzeniem?
Bo nie o taką cebulę chodzi!

No tak, znawcy cebul powiedzieliby pewnie, że to warzywo zasługuje na post, czy własny artykuł. Nie neguję tego! Szczególnie, że wierzę, że kiedyś napiszę coś o naturalnych antybiotykach i naturalnym leczeniu przeziębienia. Tylko, że w tym artykule chciałabym napisać coś o ubieraniu dziecka na cebulkę.


Temat być może bardziej jesienny niż na moment, gdy na dworze śnieg miejscami zalega, a ja sama siedzę opatulona w koc. Większość z nas zna zasadę ubierania dziecka "na cebulkę" i sama ta nazwa może wiązać się z wcześniej przytoczonym tematem naturalnych antybiotyków, ale równie dobrze możemy dziecko ubierać "na tort" lub... "na ogra". Nie jest istotna nazwa. Istotne są warstwy!


Czemu istotne są warstwy?

To banalnie proste! Im więcej warstw masz tym cieplej.
Tak widzi sprawę większość mam i jest w tym wiele prawdy. Z każdą dodatkową i cienką warstwą jest nam cieplej. Trudniej nam się też ruszać, ale to akurat nie sprawa tego artykułu. Tak więc, zakładając na dziecko podkoszulek, cienką bluzeczkę, sweterek, a także rajstopki, skarpetki, a na to wszystko kombinezon mamy poczucie, że wypełniliśmy dobrze swój rodzicielski obowiązek. Dziecko ma warstwy, a więc dobrze je ubraliśmy na zimę, chłody i zabawy na dworze, ale czy na pewno?

Sens warstw leży jednak gdzieś indziej. Sprawa nie kończy się na ubieraniu, ale raczej rozbieraniu i to wcale nie tym po powrocie do domu.

Podczas spaceru mamy możliwość kontroli tego, czy dziecku jest ciepło, ale też nie za ciepło. W końcu, jeśli dziecko przegrzane wychodzi, np. z zakupów w jakimś hipermarkecie na mróz to przeziębienie już czyha za rogiem i zaciera ręce. Idea ubierania na cebulkę wiąże się też z rozbieraniem w odpowiednich momentach. Mając warstwy łatwiej jest zdjąć to co zbędne i dopasować ubranie dziecka do aktualnych potrzeb.

Praktyka

Smutno to wygląda. Małe, wypchane kombinezony wożone w wózkach bez względu na to czy są w pomieszczeniu, środku transportu, czy na zewnątrz są tak samo opatulone, a potem tak samo zapieczętowane wędrują do kolejek w przychodniach. Żadna mama ani babcia nie wpadnie na pomysł by sprawdzić, czy dziecku nie potrzeba zdjąć coś lub chociaż rozchylić szalik.

Co ciekawsze, coraz częściej spotyka się kominy dla dzieci, a raczej kominiarki. Nie kupują ich rodzice jadący z pociechami na narty, ale tacy, którzy zimują w mieście. Teraz zróbcie sobie małą symulację jak wygląda wasz szalik jeśli opatulicie się pod nos i wyjdziecie na mróz. Po kilku chwilach macie gorącą, skraplającą się parę. Środowisko bardzo wilgotne i ciepłe. Zaraz... czy to nie środowisko idealne do wytwarzania się drobnych ustrojów, które zagrażają naszemu zdrowiu? Nieważne, ważne by dziecko miało ciepłą czapkę i zasłonięte usta! Tak, to była dygresja przepełniona sarkazmem.

Wracając do tematu! Są sposoby na kontrolę ciepłoty dziecka, w sensie "czy się nie przegrzewa". Najbardziej tradycyjny do sprawdzenie czy ma ciepły, ale nie spocony kark. Inne to już wyższa technika, o których wspominają bardziej znane blogerki parentingowe.

Tak czy inaczej, istnieją sposoby na sprawdzenie, czy dziecku nie jest za ciepło w trzydziestu założonych warstwach, a więc dlaczego z nich nie korzystamy i pozwalamy by nasze szkraby biegały w ubraniowym torcie? Bo nie myślimy. Ważne, że dziecku ciepło i się rusza, tak? Otóż, ważne by za chwilkę tak zgrzane nie zaczęło kaszleć, dlatego powinnyśmy zdejmować warstwy, które przegrzewają nasze szkraby.

Nie jestem bez winy...

Sama ograniczam się do ściągania czapek i rozpinania kurtki tak szybko jak się da, gdy znajdziemy się w 4 ścianach choćby autobusu. Mam nadzieję, że jak wrócimy do wypraw na plac zabaw będę bardziej zdeterminowana by zdejmować niepotrzebne ubrania i kontrolować, czy mój mały smyk nie jest przegrzany.

Nic tak nie psuje dobrej zabawy jak... katarek i kaszelek po powrocie do domu.

Teraz tylko zostaje nam czekanie na cieplejsze dni, bo razem z wiosną zamierzam zrezygnować z wózka i przejść na niezależne spacerki bez niepotrzebnych kółek.


Dajcie znać, czy chociaż trochę artykuł się spodobał.


Dziś dzień postaci z bajek i z tej okazji miałam kilka przemyśleń już wczoraj. Bajki kiedyś "Za moich czasów..." to jeden ...

Bajki dla malucha



Dziś dzień postaci z bajek i z tej okazji miałam kilka przemyśleń już wczoraj.

Bajki kiedyś

"Za moich czasów..." to jeden z najpopularniejszych początków zdań, które mają sugerować, że przeszłość była lepsza. Według mnie jeśli chodzi o bajki była dużo lepsza!

Z rozrzewnieniem wspominam Było sobie życie lub niezapomniane sobotnie poranki z Disneyem i codzienne czekanie na wieczorynki. Teraz tego nie ma. Są inne bajki, które mają bawić nie tylko dzieci, ale i dorosłych lub nie niosą za sobą żadnego przekazu. Wspominam z uśmiechem na ustach Muminki lub Gumisie, a nawet Bobry z Wiklinowej Zatoki.

Czego uczyły mnie te bajki? Wydaje mi się, że dobra. Zwykłego i ludzkiego dobra. Niosły za sobą wartości takie jak przyjaźń, szczerość i... wiele innych pozytywnych emocji. Oczywiście, były także produkcje takie jak Tom & Jerry lub ScoobyDoo, ale akurat to mnie nie bawiło ze względu, że byłam dziewczynką, a przemoc i dziewczynki rzadko idą w parze.

Dzięki Było sobie życie nie miałam żadnych problemów by powiedzieć na co dzieli się krew lub by pojąć tajemnice związane z genami i DNA. Prosta i fajna bajka uczyła i bawiła, czyli łączyła przyjemne z pożytecznym. Nadal cieszę się widząc gry, filmy i zabawy związane z tą bajką. Mam nadzieję, że niebawem uda mi się nabyć je dla mojego syna by też poznał tę serię.

Bajki dziś

Przeraża mnie, gdy widzę produkcje o gąbkach i wiewiórkach na dnie oceanu. Nie mam pojęcia, co za sobą niosą mimo, że widziałam je kilka razy w życiu. Jestem dumna, że w moim domu nie ma telewizora (mimo, że czasem chciałabym móc pograć na konsoli i... ale może kiedyś się uda zaserwować sobie i taką rozrywkę), w którym non stop lecą bajki, na które nie mam wpływu. Tak, chyba należę do tych mam, które lubią mieć kontrolę. Usprawiedliwiam się tym, że ta kontrola to chyba zdrowy objaw w tym wypadku. Bajki też kształtują nasze dzieci, więc dobrze wybierać je z głową.

Z czystym sumieniem mogę polecić W głowie się nie mieści.
To film animowany, który uczy nie tylko dzieci, ale i rodziców o uczuciach. Z tego co czytałam, wszystkie przedstawione w nim teorie znajdują swoje odbicie w psychologii, a więc więzi i odczucia są realnym odbiciem tego, co może dziać się także w świecie naszych dzieci. Dla mnie rozmawianie o uczuciach tych trudniejszych z kimkolwiek jest wielkim wyzwaniem. Trudno było mi usiąść z dzieckiem i strojąc miny mówić jakie uczucia mogą obrazować. Ta bajka pokazała mi, że... smutek też jest ważny i nie jest negatywnym uczuciem, a także potrzebnym. Myślę, że rodzice mogą wiele dobrego z tej bajki wyciągnąć i dać pole do rozmów z dziećmi. Wyszła też seria książeczek, które mogą być punktem wypadowym do rozmawiania o emocjach. Co dla mnie jest ważniejsze, w tej bajce nie chodzi o dwuznaczny humor, który bawi rodziców i dzieci, a o trudne tematy bardzo przystępnie przedstawione chyba dla każdej grupy wiekowej. Uwaga! Wzrusza!

Drugim filmem, który ostatnio obejrzałam, a który mogę polecić to... Zootopia.
Na początku naśmiewałam się nieco z tej bajki, ale odkryłam, że może być to dobry sposób by porozmawiać z dziećmi o postrzeganiu innych ze względu na ich wygląd lub zachowanie. Dobrze czasem dać komuś drugą szanse i spróbować z nim się zaprzyjaźnić mimo, że wydaje się kimś kogo można tylko skreślić i zapomnieć o tej znajomości. Miałam takiego kolegę w szkole. Był nadpobudliwy, ale do tego dociekliwy. Sprawiał problemy wychowawcze, ale dzięki nauczycielom, którzy przesadzili go przede mną mogłam wraz z drugim kolegą wyjaśniać mu jakieś zagadnienia z matematyki. Z uporem maniaka mówiłam "nie ściągniesz pracy domowej, ale mogę na przerwie pomóc ci ją rozwiązać samemu". Nie wiem czy wyszedł na ludzi, ale cieszę się, że mimo uprzedzeń, które mogłam względem niego mieć przełamałam się by mu próbować pomóc. Kto wie? Może właśnie Wasze dziecko przełamie jakiś schemat i wyciągnie rękę do osoby, która potrzebuje pomocy dzięki np. takiej bajce jak Zootopia.

Po co w ogóle bajki?

Mogła bym pisać wiele o rozwijaniu wyobraźni i nauce czytania i poszanowania dla książek. Ba! Mogłabym się rozpisywać o poszerzaniu słownictwa i poznawaniu norm moralnych i społecznych, a także o karmieniu złudzeniami, ale... dla mnie najważniejsze w tym wszystkim jest to, by rozmawiać z własnym dzieckiem. Nie! Pytanie "jak minął dzień" to nie rozmowa. Wspólna konwersacja zaczyna się od opowieści. Za czasów mojego dzieciństwa mama prosiła o opowiedzenie filmu, na którym byłam z klasą w kinie. Oczywiście, chciałam się z nią podzielić tym, ale musiałam nauczyć się opowiadać z sensem o tym co widziałam. Gdy oglądamy wspólnie bajkę dobrze czasem powiedzieć coś na bieżąco lub po wyłączeniu bajki, przytulając się opowiedzieć sobie co było dobre a co złe w tej bajce. Kto był dobrym charakterem, a kto złym lub co my byśmy zrobili w takiej sytuacji. To wielka nauka dla dziecka, a dodatkowo uczy rozmawiać nawet na trudniejsze tematy.

I co? Bajki są potrzebne?
No wiem, DZIEŃ POSTACI Z BAJEK, a ja tylko o bajkach a nie o bohaterach, którzy są dla nas więcej niż wyjątkowi, ale... o tym na pewno poczytacie w tysiącu innych miejsc.

Wesołego Dnia Postaci z Bajek :)

Ostatnio miałam czas, by się zastanowić nad koszulkami z zabawnymi napisami dotyczącymi macierzyństwa i pokrewnych dziedzin z podpisem ...

Daję miłość...


Ostatnio miałam czas, by się zastanowić nad koszulkami z zabawnymi napisami dotyczącymi macierzyństwa i pokrewnych dziedzin z podpisem "Jaka jest twoja supermoc?". Uznałam, że skoro nie karmię bluza czy koszulka "daję mleko/produkuję mleko" mnie już nie dotyczy i zaczęłam kombinować dalej, ale... zawsze pojawiało się jakieś "ALE".

Daję mleko

Tak, wydaje się to niewinną deklaracją "karmię i jestem z tego dumna". Oczywiście, mamy, które podjęły trudy laktacji i nie chcą z nich rezygnować przy pierwszej lepszej okazji są godne podziwu, ale są też mamy, które bardzo chciałyby karmić, ale nie mogą. I teraz pomyśl: idzie taka mama, która znów wraca od lekarza i znowu jest coś nie tak, bo ma zapchane kanaliki albo jeszcze inne nieszczęście i widzi drugą mamę, która dumnie pręży pierś twierdząc, że jej supermocą jest dawanie mleka. Może być bolesne, prawda?

Nie chcę powiedzieć, że nagle teraz niech wszystkie mamy karmiące siedzą cicho, bo kogoś urażą faktem, że podczas spaceru będą musiały nakarmić dziecko i zacząć je karmić. Nie wiemy w końcu, co kto przeżywa w swojej głowie, a karmienie dziecka nie dość, że jest obowiązkiem, ale dodatkowo karmienie piersią jest po prostu piękne. 

Daję życie

Później pomyślałam o czymś odpowiednim dla obojga rodziców i czymś łączącym wszystkich rodziców... tych biologicznych. Fakt dania życia jest bezsprzecznie piękny i spajający. Nikt chyba nie ma wątpliwości, ale... i tu znów pojawia się problem. Istnieją rodzice adopcyjni i tacy, którzy nie mogą mieć dzieci. Łatwo wyobrazić sobie sytuację, gdy kobieta wraca z kolejnego badania lub po kolejnym poronieniu. Jedno wielkie nieszczęście i znów widzą miłych, uśmiechniętych rodziców, którym szczęśliwie się udało. No i wybucha.

Z drugiej strony, nie popadajmy ze skrajności w skrajność! To, że niektórym parom nie udaje się zajść w ciążę to nie znaczy, że my musimy chować się z naszymi dziećmi i udawać, że ich nie mamy lub nie są powodem do szczęścia i uśmiechu. To byłoby chore. 

DAJĘ MIŁOŚĆ!

Moja propozycja (mam nadzieję) jest genialna w swojej prostocie. Łączy rodziców karmiących naturalnie i słoiczkowo, tych którzy rodzili naturalnie i przez cesarkę, tych którzy dzieci pokochali od pierwszego wejrzenia na sali porodowej i tych, którzy pokochali w innych okolicznościach... a do tego tych wszystkich, którzy nie chcą mieć dzieci i chcą żyć tylko we dwoje. 

Miłość łączy wszystkich! Miłość można dać mamie, partnerowi, czy kotu, a także dziecku.


I co? Chcielibyście koszulkę, która Was identyfikuję z tymi, którzy kochają?

Dopiero pisząc ten artykuł zorientowałam się, że mówi się "Bóg jest Miłością", a więc dając Miłość stajemy się bliżsi Bogu. Pokrzepiająca myśl na niedzielę, prawda?

Owoce dla ochłody! Owoce dla każdego! Niektórzy już wiedzą, a inni jeszcze nie. Podjęłam wyzwanie! Sierpień chcę spędzić aktywnie...

Lodowy deserek od (Fit) LamiMummy


Owoce dla ochłody!

Owoce dla każdego!


Niektórzy już wiedzą, a inni jeszcze nie. Podjęłam wyzwanie! Sierpień chcę spędzić aktywnie i dietując się. Jednym z przysmaków, którymi się raczę jest świetny deserek. Zdrowy, chłodzący i przepyszny!

Skład na ok. 2 lub więcej porcji:
4 małe plasterki arbuza
odrobina jeżyn i banana
dla przybrania wiórki kokosowe i skruszone migdały

Miałam ćwiartkę arbuza w lodówce. Część od razu zjadłam, a część pokroiłam w plasterki i zamroziłam. Myślałam, że efekt będzie ciekawszy, ale nieco się zawiodłam. Wrzuciłam arbuza (oczywiście, bez skórki) do blendera i... brrrrrrrrrrrrrrz! Przełożyłam to co mi wyszło do pojemniczka. Wyglądało jak różowy piasek.
Jakiś czas wcześniej zmiksowałąm jeżyny i banana i wrzuciłam do zamrażalnika. Wyszedł kamień a nie sorbet, bo zapomniałam, by co jakiś czas zblendować wszystko. Zamrożoną kostkę zblendowałam i piękny fioletowy lodowy piasek przesypałam na arbuzowy piasek.
By dopełnić dzieła wszystko posypałam odrobiną wiórek kokosowych i zmielonych migdałów.

PYCHOTKA!
A co ważniejsze, zdrowa!
Arbuzy mają mało kalorii, bo w większości ich skład to woda. Jeżyny... co ja mogę powiedzieć o jeżynach? Witamina C, podobnie jak banan. Wiórki i migdały to magnez i zdrowe tłuszcze, w które bogate są orzechy.

Fajnie? Smacznie? ZDROWO!

Jeśli chcecie śledzić moje zmagania, zapraszam na mój kanał na youtubie i do mojego daily vlogowania: https://goo.gl/cszIFy

Niedawno doświadczyłam przykrej sytuacji, gdy w zasadzie zostałam wyproszona z dzieckiem z kościoła, bo przeszkadzałam w skupieniu ...

Miejsce dziecka w Kościele okiem LamiMummy




Niedawno doświadczyłam przykrej sytuacji, gdy w zasadzie zostałam wyproszona z dzieckiem z kościoła, bo przeszkadzałam w skupieniu jednej pani (około 40 lat, sama miała na oko 10 letnią córkę). Zaczęłam myśleć o miejscu dziecka i matki w Kościele.

Nasze początki i założenia

Wszystko jest pięknie, gdy przychodzisz do kościoła z brzuszkiem. Ludzie się uśmiechają, a nawet ustępują ci miejsca. Rewelacja. Chciałoby się powiedzieć "chwilo trwaj", gdyby nie fakt, że pod koniec ciąży wysiedzenie na godzinnej Mszy robi się problematyczne.

Po porodzie rodzi się pytanie "kiedy pierwszy raz pójść do kościoła?" Ja rodziłam w czwartek i w niedzielę wieczorem miałam wypis. Papiery do wyjścia dostałam ok. 17. Zagryzłam zęby z żalu, że nie zostałam do poniedziałku bo Msza w szpitalu była o 19. Chętnie bym zabrała Kluska w "korytku" i wybrała się na szpitalną Mszę. W końcu miałam za co... i za kogo dziękować. W kolejnym tygodniu (a była to zima) nie wychodziliśmy jeszcze na spacery, a Młody jadł baaaaaaaaaaaaardzo często, więc o wyrwaniu się na niedzielną Mszę także nie było mowy. Po dwóch tygodniach udało nam się trafić na Eucharystię. Niektórzy się dziwili, że zabieram takiego małego szkraba w skupisko ludzi, ale uznaliśmy, że wychodzi już na godzinne spacery w ziąb. Poza tym, skoro postanowiliśmy hartować malucha to kościół mu na pewno nie zaszkodzi.

Do chrztu zanieśliśmy go, gdy miał dwa i pół miesiąca. W pewnym momencie żałowałam, że nie zrobiliśmy tego wcześniej, ale nasz Klusek i tak zniósł to dzielnie.

I właśnie! Stał się małym katolikiem, a więc zyskał pełne prawo do uczestniczenia w życiu Kościoła.


Maluch w wózku

Ludzie w większości nie mają nic przeciwko widząc śpiące dziecko. Gdy marudzi i jest brane na rękę, też nie ma problemu. Schody zaczynają się wraz z płaczem. Ba! Czasem wystarczy wyjęcie dziecka z wózka. Ludzie sami zaczynają się rozpraszać i gaworzyć, albo krzywo patrzeć. Jakim prawem pokazujemy mu to co się dzieje na ołtarzu? Ano takim, że stał się częścią tej wspólnoty i też ma prawo wiedzieć i widzieć.

Wiele się słyszy o przychodzeniu z dziećmi do kościoła, o przykładzie tatusiów i o tym, żeby od najmłodszych lat oswajać dziecko i wpajać mu, że to, co dzieje się na Mszy jest ważne. Nikt jednak nie mówi, że mamy z najmniejszymi dziećmi są ledwo tolerowane na Mszach dla dzieci lub rodzin. Może inaczej by było, gdyby faktycznie na takie Msze przychodziły rodziny i dzieci, a nie (jak na każdą Mszę) 80% staruszków. 


Dziecko na własnych nóżkach

To temat bardzo mi teraz bliski. Odkąd Klusek chodzi i dałam mu taką możliwość, chętnie poznaje kościół. Robię wszystko, by ograniczał się do pierwszego stopnia schodów i by nawet mu się nie śniło wchodzenie do prezbiterium. Co gorsza, są przecież inne dzieci, od których lepiej się ciągnie przykład niż od mamy. W ten sposób stałym elementem, który trzeba odwiedzić na Mszy stał się łańcuch przy chrzcielnicy. Próbuję Malucha ograniczyć do bocznej nawy, gdzie ludzie przecież w jakiś sposób są skupieni na... Mszy w nieco inny (dla mnie tajemny) sposób.


Skupienie

Czy dziecko przeszkadza się skupić w kościele i na Mszy? Oczywiście! Nie tylko rodzicom, którzy zazwyczaj biegają za pociechą i starają się nadążyć za każdą skapującą śliną. Są też ludzie, którzy skupiają się na dzieciach, a nie na tym co się dzieje na ołtarzu. W zasadzie... póki dziecko nie przewróci się lub nie wpadnie na takiego człowieka, on wcale nie musi się nim interesować. Może skupiać się na czym tylko chce. Przecież nikt nie każe ci wodzić oczami za dzieckiem! Jeśli maluch płacze to może być problem. Takim samy problemem jednak jest to, że ktoś nie umie czytać czytań a bierze się za to i nijak ani słowa nie zrozumiesz z pierwszej części Liturgii Słowa. Bywa.

Inną rzeczą jest to, że takie biegające dziecko i cieszące się życiem i nowo odkrytą możliwością podnoszenia dywanu na pierwszym schodku może być motorem do przemyśleń na temat Dziecieństwa Jezusa. Piękny motyw przewodni do kontemplacji! W zasadzie możemy być wdzięczni szkrabom, że mogą się stać motorem do przemyśleń, o których być może dawno już zapomnieliśmy lub nigdy nie mieliśmy okazji pomyśleć.


Moja "przygoda"

Tu chciałam wspomnieć o tym, co zainspirowało mnie do tego posta, czy też artykułu. Byliśmy z Kluskiem i Śliweczką na Mszy w naszym rodzinnym mieście. Ta Eucharystia poprzedzała procesję. Sama nie lubię łazić na takie spędy, ale skoro Babcia chciała to nie było sensu się kłócić. Pierwszym problemem było to, że Msza nie była dla dzieci, a dla młodzieży. Ta dla dzieci w dzień Bożego Ciała jest... jakby wycinana z grafika, bo w tym czasie jest procesja, a po niej następuje Suma. Z braku możliwości wyboru traf chciał, że poszliśmy na tę Mszę.

Klusek do kazania dzielnie siedział w wózku oswajając się z nowym miejscem. Potem jednak nie wytrzymał i uznał, że pora ruszyć i poznać ten przybytek organoleptycznie. Wiedziałam doskonale, że zatrzymując go teraz spowoduję wielki lament, a przecież jeśli czyjąkolwiek uwagę skupi malec to pierwszych rzędów lub osób, koło których uda mu się przemknąć. Nie pozwalałam mu przechodzić za środek kościoła, ani wchodzić dalej niż na pierwszy stopień. Dzielnie prowadzałam go do Śliwki i dawałam mu wrócić na początek kościoła.

Do momentu!

Sama nie wiem, który to był moment Mszy, ale coś koło połowy. Wspomniana na samym początku kobieta zatrzymała mnie i powiedziała "niech pani zabierze dziecko na koniec kościoła, bo nie mogę się skupić". Sama stała w tej dalszej połowie i miałam ochotę powiedzieć "ale niech się pani skupia lub przejdzie bliżej, a nie za filarem, będzie łatwiej". Na końcu języka też miałam "ale on też jest katolikiem i uczestniczy we Mszy jak potrafi". Tak, Klusek potrafi tańczyć nawet do Chwała na wysokości, Spowiedzi Powszechnej lub Ojcze Nasz i to też tego mówionego, a nie śpiewanego.

Skinęłam pani głową i udałam się z Kluskiem na tyły. Modlitwę Wiernych spędziliśmy już w kruchcie, bo na tyłach Młody trzymany w rękach zaczął krzyczeć i się wyrywać. W kruchcie ludzie zaczęli się oglądać na nas. Wyszliśmy przed kościół, bo przecież przy otwartych drzwiach nadal słychać, a Klusek POWINIEN zaraz pójść spać. Podczas Podniesienia znów ktoś mu machną ręką, by się trochę uspokoił. On jednak był w szale, bo przecież nic złego nie robił. Chodził, poznawał, był w Domu Ojca, a więc w miejscu, które powinno być przyjazne, pełne miłości, a nie wykluczenia tylko dlatego, że jest za młody by siedzieć grzecznie w ławce. 

Ja zaczęłam płakać. Może to daleko idące skojarzenie, ale poczułam się jak Maryja, której nie chcieli w żadnej gospodzie. Poczułam się wyproszona z kościoła tylko dlatego, że moje dziecko jest ciekawe świata i nie potrafi karnie siedzieć w wózku.

Nie chcę dawać mu zabawek do kościoła, bo nie o to chodzi, by dziecko bawiło się potem resorakami na schodach do prezbiterium! Nie o to chodzi, by bawić się lalą w kościele. Chcę, by się przyzwyczajał, że jesteśmy razem, a w tym miejscu może czuć się dobrze i swobodnie, a nie być zastraszonym i jak najszybciej chcieć wyjść, by móc pobiegać przed kościołem. 


Drobny apel


Jeśli widzicie mamę z dzieckiem, jeśli wam to przeszkadza, to... pomyślcie może o własnych mamach? O tym, że Jezus też biegał i też może komuś przeszkadzał w modlitwach. W końcu nie był niewiniątkiem, bo ucieczka rodzicom, by poczytać Pismo Święte i nauczać w świątyni to nie przejaw karności i grzecznego siedzenia w ławce, ale chęć poznania świata i inicjatywa, którą podjął.

Gdy byłam na naukach, by zostać chrzestną dla córeczki Śliweczki, ksiądz powiedział rzecz, która utkwiła mi w pamięci. Dziecko nim zacznie pojmować czym jest grzech jest świętsze od papieża i jest bliżej Boga niż nam się wydaje. Po chrzcie został obmyty z grzechu i póki nie wie czym jest dobro i zło jest bezgrzeszne. 

Może właśnie to biegające dziecko, cieszące się każdym kwiatkiem lub słojem na polakierowanej ławce chce dać nam jakąś naukę? Może właśnie przez tego płaczącego szkraba Bóg próbuje powiedzieć nam coś ważnego?



"Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie, nie przeszkadzajcie im; do takich bowiem należy królestwo Boże." Mk 10, 14

Od kilku dni powtarzam sobie "muszę napisać o tym notkę". Czemu? Bo o pozytywach trzeba mówić, a  wręcz krzyczeć. W końcu d...

LamiMummy i duma!



Od kilku dni powtarzam sobie "muszę napisać o tym notkę". Czemu? Bo o pozytywach trzeba mówić, a  wręcz krzyczeć. W końcu duma to jedno z przyjemniejszych uczuć, prawda?

Samodzielność

Klusek ostatnio ćwiczy samodzielne zachowania. Jedzenie całą twarzą oraz dłońmi wychodzi mu fenomenalnie. W takich momentach wybieram zawieszanie oka na czymś innym... fotelu z rzeczami do zszycia? To nigdy nie jest dobry wybór szczególnie, że daje możliwość Kluskowi na atak! Zazwyczaj nie kończy się to dobrze, bo prócz kaszki na całej jego powierzchni ja też dostaję nią rykoszetem. Sami pomyślcie, co może się stać, gdy brudne dziecko postanowi Cię przytulić? Małe brudne rączki wędrują za Twoją szyję torem standardowym, czyli koło policzków i zahaczając o włosy. Hm... kaszka we włosach, na policzku, a także na dopiero co założonej bluzce to nic o czym chciałabym dzisiaj pisać.
O brudnym dywanie też nie!

Naleśniki

Lubicie? Ja tak! Tego dnia, którego dzieje się akcja naszej opowieści postanowiłam olać kaszkę i zrobić naleśniki ku uciesze społeczności obecnej w moim jakże wielkim domu. Nie musiałam przeszukiwać wszystkich zakamarków, by zwabić społeczność do kuchni. Klusek wręcz nie mógł się doczekać aż dostanie swoją porcję! Grzecznie czekał, dyskutował, a w chwili niecierpliwości przyniósł grającą kostkę by umilić i przyśpieszyć proces powstawania jego porcji.

Na pierwszy rzut dostał jednego naleśnika z tatusiowymi powidłami. Ładnie pokrojony wylądował wraz z talerzykiem na stoliczku Kluska. Rzeczony usiadł i zaczął wcinać, a więc mogłam popracować nad porcją dla siebie.

Okazało się, że "świat to za mało", a raczej naleśnik to za mało. Klusek przyniósł talerzyk pokazał, że jest pusty i z cieknącą ślinką (mieszającą się z powidłami na brodzie i policzkach) wskazał właśnie usmażonego naleśnika. Z ciężkim sercem westchnęłam i oddałam mu naleśnika przekładając go na talerzyk. Oddałam naczynie Kluskowi i powiedziałam "tylko nie przewróć się i nie wywal". Uparcie zajęłam się swoją porcją. 

Coś mnie jednak tknęło i uznałam, że sprawdzę, jak tam posiłek mojego syna. Na ten widok serce mi urosło. Wrócił na miejsce nic nie wywalając i grzecznie jadł przy stoliku. On ma 15 miesięcy! To nawet nie półtora roku!

Duma kontra przerażenie

Niektóre mamy nie mogą się pogodzić z tym, że ich dziecko dojrzewa i zaczyna testować przywileje samodzielności. Ja się cieszę. Pomijam wszystkie samolubne przyczyny tej radości.
Spójrzmy na to w ten sposób:
1) Chłopak się rozwija, a więc jest zdrowy
2) Samodzielność oznacza niezależność, a więc danie wytchnienia rodzicom
3) Musi się czuć bezpiecznie skoro podejmuje własne, często ryzykowne działania
4) Nie boi się świata, a z radością go poznaje
5) Przy swoim zacięciu eksploracji wciąż zerka na nas szukając akceptacji i pozwolenia

Duma!
To uczucie zawsze powinno nam towarzyszyć widząc, jak nasze dziecko łapie za łyżkę i próbuje samo zjeść kaszkę, zupkę czy schabowego. To oznacza, że uczymy go ciekawości świata, a nie tracimy kontrolę. Dla naszej pociechy zawsze najważniejsze będzie, że rodzice powiedzą "jestem dumny z ciebie".

Zdjęcie z Instagrama Bored Panda. Oryginały na: http://www.secondlife.toys/en/ Artykuł znaleziony na Bored Panda zainspirował mnie do t...

LamiMummy i... recykling zabawek.

Zdjęcie z Instagrama Bored Panda. Oryginały na: http://www.secondlife.toys/en/
Artykuł znaleziony na Bored Panda zainspirował mnie do tego posta. Czego dotyczył? Prostej sprawy. Jeśli zabawka się rozpruła zawsze można przeszyć jej element innej zabawki zamiast ją wyrzucać. Pomijam fakt, że zawsze przecież można zszyć zabawkę lub naszyć łatkę, ale... sama idea zmusiła mnie do przemyśleń.


O czym myśli LamiMummy, gdy widzi tak przeszyte zabawki?

Ha! Bardzo proste. Zmusiło mnie to do myślenia, że może zszycie zabawek lub łatka to najprostsze i najoszczędniejsze wyjście, ale praktyka zaproponowana przez Bored Panda może mieć znaczenie przełomowe dla rodziców i dzieci.

Zwróćcie uwagę, że ta praktyka to nic innego jak TRANSPLANTACJA. 

Dzięki temu możemy oswajać się z myślą o przeszczepianiu organów. My, dorośli, a także nasze dzieci. Ważny temat? O tak! Ostatnio przewija się w serialach i filmach i wciąż wymaga przypominania w naszej świadomości. Podczas poprzedniej mojej wizyty w przychodni (czyli w tym tygodniu) zgarnęłam nawet kartkę "Zgoda na życie", ale jeszcze jej nie wypełniłam. Pewnie obecność takiej zabawki bardziej, by mnie do tego zmobilizowała.

Może i jest to działanie podprogowe i na pierwszy rzut oka, dla osób, które nie zwracają na to uwagi wcale się to tak nie kojarzy, ale... gdzieś w świadomości się rodzi, że gdy jedna zabawka kończy swoje życie to może jeszcze zrobić coś dobrego, może stać się częścią naszej ulubionej, rozprutej zabawki. 

Do mnie ta idea przemawia!
Brawo Bored Panda!

Przez ostatnich kilka dni chodził mi ten temat po głowie i aż wczoraj zaśmiałam się widząc propozycje biżuterii zrobionej na podstawie r...

LamiMummy i identyfikacja wizualna


Przez ostatnich kilka dni chodził mi ten temat po głowie i aż wczoraj zaśmiałam się widząc propozycje biżuterii zrobionej na podstawie rysunków dzieci. Mój Klusek jeszcze nie rysuje, więc na takie akcesoria będę musiała czekać jeszcze długo, ale... o co w ogóle chodzi?

Pierwsza potrzeba

Pragnienie by być bardziej rozpoznawaną w ramach przynależności do jakiejś grupy odczułam po ślubie. Na studiach sporo wiedzy liznęłam o kulturze arabskiej i chodząc ulicami stolicy w okresie narzeczeństwa widziałam sporo kobiet w chustach. Kontrastem dla nich były totalnie roznegliżowane dziewczyny w za krótkich spódniczkach, w prześwitujących legginsach i wszystkimi wdziękami na wierzchu.
Po ślubie, żyjąc przeświadczeniem, że wszyscy powinni zazdrościć mojemu mężowi takiej kobiety u swojego boku miałam pierwszą taką myśl by jakoś się wyróżnić i pokazać bardziej niż obrączką na palcu, że już nie jestem wolnym ptakiem, a żoną. Zazdrościłam nieco kobietom z kultury arabskiej tego, że zakrywają wszystkie wdzięki, a nawet włosy by pokazać je tylko i wyłącznie swojemu mężowi. Wiecie, taka wisienka na torcie, a niech cały świat się domyśla jak bardzo seksowna jest bielizna pod spodem. 
Te zapędy jednak mi przeszły. Trzymałam się skromnego stylu i noszenia obrączki na palcu. Niech cały świat zazdrości widząc pyszne kanapki na biurku mojego męża i tyle.

Potrzeba identyfikacji jako matka

Ten czas przyszedł już jakiś czas temu. Wcześniej chciałam wreszcie poczuć ruchy dziecka by nie mieć tylko na papierze tego, że będę mamą, ale czuć to! Później przyszedł czas na brzuszek. Mój rósł bardzo słabo i przez długi czas mogłabym udawać, że po prostu znowu tyję. W tramwajach czy autobusach, pod obszernym płaszczem nikt nie widział mojego 8-miesięcznego brzuszka.
Później wychodziłam z wózkiem prawie wszędzie, więc bardzo mi było dziwnie, gdy przyszło mi się wybrać SAMEJ na jakieś badania czy wyskoczyć do sklepu. I... jakoś dziwnie było, że nikt nie wie, że jestem mamą.
Nie masz wózka? Koniec życzliwości!
Nie to, że bardzo chciałam, żeby ludzie mi ustępowali miejsca czy przepuszczali w kolejce tylko dlatego, że mam świadomość, że wychodząc z domu i czekając na windę słyszałam rozpacz zza zamkniętych drzwi. Nie mam takich aspiracji.
Miło jednak, jak się uśmiecham do innej mamy, która idzie z wózkiem by... jakoś dać się rozpoznać. Dlatego wracając do pracy podkradłam dziecku sowę. Miał ją na wyposażeniu wózka i nie za często na nią zwracał uwagę. Przypięłam ją sobie do plecaka i z dumą noszę.
Czy ktokolwiek wie, że to oznaka mojego macierzyństwa? Szczerze wątpię. Prawie jak ten znaleziony w plecaku drewniany klocek. Nie wiem czyje małe rączki mi go tam wsadziły, ale z całą pewnością miało być to zachęcenie do zabawy w pracy!

Mogłabym pisać o tym, jak ciężko lub łatwo zdobyć młodej mamie pracę na aktualnym rynku, ale o tym chciałam nakręcić filmik... Chciałam, ...

LamiMummy i powrót do pracy... nowej pracy!

Mogłabym pisać o tym, jak ciężko lub łatwo zdobyć młodej mamie pracę na aktualnym rynku, ale o tym chciałam nakręcić filmik... Chciałam, ale wciąż mi brak czasu. Zaczęłam nawet robić krótkie ujęcia, ale sprawa tak szybko się potoczyła, gdy postanowiłam chwycić byka za rogi, że te rogi totalnie mi się wyślizgnęły i zawładnęły moim małym światem. 

Początki

Zaczęłam rozsyłać CV jakiś czas temu. Nie powiem ile miesięcy, bo to aż wstyd. Ważne jednak było to, że w pewnym momencie uświadomiłam sobie, co tak naprawdę chcę robić. Miałam momenty, że piszczałam "to jest TA praca", a potem cisza mnie dobijała. No tak, słomiany zapał to u mnie nie nowość. Kolejnym razem byłam już mądrzejsza i gdy zobaczyłam Prace Marzeń nie napalałam się i nie monitorowałam codziennie, kiedy przyjdzie ten szczęśliwy dzień i skończy się upiorne zbieranie CV. Każdy kolejny etap rekrutacji witałam ogromnym entuzjazmem, szczególnie, że pierwszy telefon dostałam akurat po tym jak pełna werwy powiedziałam "zakładam kanał Youtube i zabieram się z kopyta za TuluDzieciulu!" Przez cały ten czas miałam power "mamy fighterki". Na całe szczęście, nie musiałam czekać z rozmowami przez kolejne tygodnie i wszystko poszło rewelacyjnie sprawnie.

Trzeba trafić na "swój czas".

Przygotowanie

Wiedziałam kiedy chcę wrócić do pracy już w ciąży, więc tak planowałam. Jestem mistrzem planowania! Wiedziałam kiedy wysyłać CV, kiedy odstawiać od piersi i kiedy zaczyna się palić czerwona lampka, że to wszystko się niebezpiecznie przeciąga. Miałam też plan kiedy Klusek pójdzie do żłobka.
Miało być tak:
Tydzień adaptacji, tydzień zaprowadzam go do żłobka, będąc w domu ogarniam go i odpoczywam po trudach urlopu macierzyńskiego, a na koniec... zaczyna się praca.
Wyszło jednak inaczej:
Był tydzień adaptacji, ale Klusek (jak już mogłyście przeczytać) przeszedł przez nią błyskawicznie. Potem był... tydzień przeziębienia. Martwiłam się, że cała adaptacja pójdzie na marne, że moje plany odpoczynku i ogarnięcia czegokolwiek kończą się właśnie przytłoczone troskami o kaszelek i katarek. Z jednej strony to może i o tyle lepiej wyszło, bo nie miałam okazji dać się zjeść stresowi przed podjęciem nowym i trudnych wyzwań, ale... ten tydzień był mi potrzebny strategicznie.

Moje motywy takiego tygodnia normalizacji były proste. Chciałam by on się przyzwyczaił, że idzie z mamą, wraca z tatą i mama na niego czeka w domu. Nic się złego nie dzieje, mamy czas na reakcję w razie problemów, ale jest to ciągłość i w ramach ewolucji później, po powrocie do domu mamy nie ma, ale to już w tygodniu, w którym miałam trafić do pracy. Mąż uczy się ogarniać, ja mam okazję odpocząć, pocerować, poprać, odświeżyć. Wszyscy są wygrani, a Klusek nie kojarzy pójścia do żłobka z bólem, że po powrocie z niego mamy jeszcze w domu nie ma

To, niestety, nie wyszło.

A teraz clue

Dziś mimo ogromu pracy i zmęczenia postanowiłam o tym napisać, bo do tej pory miałam znikome poczucie winy z moich strategicznych posunięć. Wiedziałam, po co dzieją się wszystkie rzeczy i trzymałam rękę na pulsie. Starałam się każdą poważniejszą sprawę przećwiczyć w warunkach laboratoryjnych. Na to, co było dzisiaj jakoś się nie przygotowałam.

Otóż dziś miałam długo szkolenie. Może to minusy takiej, a nie innej pracy, a może zwykła codzienność wielu matek. Nie zawsze przecież można pracować od 8 do 16 i fajrant, prawda? Dziś byłam w pracy długo. Dzień był pełen spotkać i pracy koncepcyjnej i... nie kończył się o 17 czy 18, jak w poprzednie dni, tak bym zdążyła jeszcze chwilę wieczorem pobawić się z Kluskiem, ale wyszłam z pracy po 19. Przy naszych przedłużonych standardach właśnie Młody był kładziony spać. Podczas szkolenia, gdy widziałam "uciekający" czas coś ścisnęło mnie za gardło i serce. Coś mówiącego "powinnaś z nim być w domu". 

To było dla mnie coś na, co nie byłam gotowa. Mój pragmatyzm i planowanie w wielu sprawach dotyczących wychowania mojego dziecka nie przewidywała czegoś takiego. Hormony? Być może.

Było jednak coś, co nie pozwoliło mi się poddać tym emocjom. Wiedziałam, że to co robiłam w tamtej chwili, skupienie, którym musiałam się wykazać BYŁO POTRZEBNE! Nie tylko do mojej pracy, bo szkolenie było ekstremalnie ważne, ale po to bym mogła być matką spełnioną. Ważne jest by wiedzieć, że wraca się do pracy nie tylko po to by zarobić pieniądze na nową zabawkę, czy smaczną kaszkę, ale po to by wrócić do domu z poczuciem satysfakcji.

Chcę się rozwijać.
Chcę wracać do domu z uśmiechem.
Chcę wreszcie poczuć, że w domu z dzieckiem odpoczywam! 

To nie praca ma być odpoczynkiem od trudów macierzyństwa, ale macierzyństwo ma być tą przystanią, a dom portem, do którego zawijamy po burzach i flautach morza pracy. 

Mimo, że wróciłam do domu, gdy Klusek spał postanowiłam do niego zajrzeć. Wiem, że obudzi mnie znowu na długo przed świtem i wtedy będę mogła go przytulić. Myślę, że nieważne, czy wypełniamy nasz macierzyński grafik ukryty gdzieś pod skórą, co do joty, ale istotne jest to, że gdy mamy jakąś wolną minutę w ciągu dnia całą naszą uwagę potrafimy poświęcić naszemu dziecku. Schodzimy wtedy z fotela czy krzesła i siadamy z pociechą na dywanie, układamy klocki, malujemy palcami. Liczy się, że prócz tego, co może powodować nasze wyrzuty sumienia istnieje jeszcze coś, co sprawia, że jesteśmy dla tych naszych Klusków idealnymi mamami. 

Adaptacja była w zeszłym tygodni, a skoro ten tydzień się kończy to znaczy, że odczekałam swoje, aż emocje opadną. Zacznijmy od tego,...

LamiMummy: Gdy nie ma dzieci... czyli jak przeżyłam adaptację w żłobku

Adaptacja była w zeszłym tygodni, a skoro ten tydzień się kończy to znaczy, że odczekałam swoje, aż emocje opadną.

Zacznijmy od tego, że mój kochany Klusek nie podziębił się Żłobku, a podczas weekendu i od nowego tygodnia nie mógł pójść już w pełnym wymiarze godzin. Sprawił mi tym wielki zawód i przysporzył wiele pracy. Nic się jednak nie poradzi i czasem plany odpoczynku i ogarniania mieszkania trzeba odłożyć.

Nasz przebieg

Plan miałam prosty! Do wykorzystania 20 godzin więc tak sprytnie wyliczyłam, że jeśli zacznie od dwóch godzin, a potem codziennie będziemy wydłużać o godzinkę to do piątku idealnie wykorzystamy 20 godzin. Plan był piękny, ale Klusek tak idealnie się aklimatyzował, że w czwartek skończyły nam się już godzinki i w piątek był już jako pełnoprawny żłobkowicz.

Pierwszego dnia został, zgodnie z planem, dwie godzinki, a potem już 3, czy 3 i pół godziny i... na głęboką wodę! Od 8 do 14:30, bo nie było sensu wbijać się po niego w samym środku drzemki dzieciaków. W czwartek zakończyliśmy koło 15.

Najgorsze było pierwszego dnia wbić się na salę z pieluchami pod pachą, torbą z pościelą i ubrankami na zmianę... i dzieckiem! Oj, nie było prosto, szczególnie, że paczka z pieluchami zaczęła odmawiać posłuszeństwa i zrywało się ucho do trzymania.


Jak on to zniósł?

Bałam się tego, bo ostatnio pokazywał, że nawet moje wyskoczenie po zakupy budzi jego olbrzymi protest. Staszek jednak poszedł między dzieci. Jedna dziewczynka podzieliła się z nim samochodzikiem. Dobrze mu szło przez 3 pierwsze dni. Później zaczęło się marudzenie. Zaczął też się ślinić niesamowicie więc uznałam, że to któryś z zębów się przebija, a poza tym zawsze mógł rozkminić, że żłobek to nie miejsce, do którego wpada na kilka godzin by się pobawić, a miejsce, w którym będzie teraz spędzał większość czasu. To może być nieco rozczarowujące. W czwartek były zajęcia z robalami i może to by go nieco bardziej przekonało, gdyby nie fakt, że na sali pojawił się talerzy, a jego zawartość nie była przeznaczona dla mojego syna do jedzenia. Takie rzeczy zawsze go drażnią.

Ciekawe czemu tyle waży, co?

Jak ja to zniosłam?

O dziwo, bardzo dobrze. Nie płakałam, nie wyrywałam sobie włosów z głowy... nic z tych rzeczy!
Pierwszego dnia spotkała mnie lekka konsternacja.
Co mam z sobą zrobić?

Miałam do pokonania drogę w jedną stronę, która zajmowała mi pół godziny, czyli godzina w plecy. Formalności w żłobku zajęły pół godziny, a więc w domu spędziłam jedynie pozostałe pół godziny. Wypiłam kawę i okazało się, że mój przedpokój bez wózka jest całkiem spory. Uwielbiam takie rozczarowania!

Śliweczka mnie spytała, czy nieco nie ukuło mnie w serce, że Klusek tak chętnie, bez żadnego skrzywienia poddał się opiece pań w żłobku. Odpowiedziałam jej, że nie! Uznałam, że to dobrze o nim świadczy, że jest otwarty i nie boi się nowych wyzwań. Przyjęłam to za dobrą kartę. Kolejne dni przyniosły nieco więcej czułości, gdy do mnie wracał, więc chyba nie jestem ani złą matką ani przesadnie zatroskaną. Mam nadzieję, że znalazłam złoty środek.

Tak, całe dnie wyczekiwałam na telefon, że coś jest nie tak. Miałam też inne zmartwienia i inne wyczekiwania na telefon, ale to temat na innego posta. Gdy pojawiałam się w drzwiach sali zabaw i czekałam na pojawienie się opiekunki zastanawiałam się, czy wszystko zjadł, czy dobrze spał... ciężko było się czasem skupić na innych sprawach. Mimo to...

Przetrwaliśmy!

Bardzo żałowałam, że się pochorował. Miałam nadzieję, że przez ten tydzień tak wiele zrobię i sama załapię ten żłobkowy rytm. W końcu nie po to chodzi się na adaptację by kolejny tydzień przekaszleć w domu, prawda? Mam nadzieję, że kolejny tydzień nas nie rozczaruje i mimo, że już zacznę chodzić do pracy wszystko będzie dobrze.

Dopiero teraz przed nami są prawdziwe wyzwania! Nie próby, nie adaptacje, a życie w dość docelowym wyglądzie. Szkoda, że nie mieliśmy szansy załapać tego rytmu razem w tym tygodniu, szczególnie, że teraz jak będzie wracał ze żłobka mnie w domu nie zastanie. 

Trzymajcie kciuki!

Mówi się, że wiosna to czas na zmiany. W tym roku wiosna przyszła stanowczo za wcześnie. Mnie to cieszy. Zima złapała i puściła, a to zna...

LamiMummy: Pierwsze buty


Mówi się, że wiosna to czas na zmiany. W tym roku wiosna przyszła stanowczo za wcześnie. Mnie to cieszy. Zima złapała i puściła, a to znaczy, że zarazki wymroziło wystarczająco. Fakt, że wcześniej pojawiły się cieplejsze dni to powód do zadowolenia, bo nie musimy katować się toną warstw i ciepłymi kombinezonami. Z kupnem pierwszych bucików dla mojego Kluska czekałam na i cieplejsze dni i aż zacznie solidnie sam chodzić.

Nie wytrzymałam - kupiłam!
Kilka dni temu poszliśmy do sklepu i kupiliśmy pierwsze buty dla Malca. Zgodnie z zaleceniami Pawła Zawitkowskiego (fizjoterapeuty, który wypowiadał się na temat dzieci w wielu programach i napisał wiele książek na temat obsługi maluchów) wykręcałam wszystkie buty we wszystkie strony. Przyzwoita cena i dość miękka podeszwa przekonały mnie. Mimo, że jeszcze nie jest za ciepło wybrałam wyższe trampki. Staszek i tak niewiele w nich będzie jeszcze biegać więc w zasadzie są po to by miał w ogóle taką możliwość. Sprawdziło się już następnego dnia.

Rozmiar ma znaczenie
Gremialnie uznaliśmy, że kupujemy ciut większe buty. Suwmiarką w sklepie zbadaliśmy rozmiar pociechy i wybrałam buty większe... w których się utopił i spadały mu ze stóp. No tak, nie zawsze większe znaczy lepsze. Przyłożyliśmy buta do stopy tak by widzieć różnice w rozmiarze i kwaśno przyznaliśmy, że to była duża przesada. Moje dziecko nie ma rozmiaru 23, ani 22. Kupiliśmy skromne 21.

Testy
Rzadko kiedy na spacerach wyjmowaliśmy Kluska z wózka. W zasadzie jedynym wyjątkiem był plac zabaw i huśtawki. Tym razem Wyskoczył z wózka i po przymierzeniu butów został puszczony na podłogę. Zrobił kilka kroków za rączkę i kilka kroków na kolanach. Wydawał się cały w skowronkach. Co ważniejsze, sznurówki kupiły jego serce więc my kupiliśmy mu buty. Mam nadzieję, że są wygodne i że to był rozsądny wybór za rozsądną cenę.

Niestety, zniknęły zbyt szybko by je sfotografować, a przygotowałam je z potrzeby chwili. Klusek obudził się, jak zwykle, z płaczem. Jedyne ...

LamiMummy: Buraczane placuszki na drugie śniadanie

Niestety, zniknęły zbyt szybko by je sfotografować, a przygotowałam je z potrzeby chwili. Klusek obudził się, jak zwykle, z płaczem. Jedyne co w takich wypadkach pomaga do danie mu czegoś do jedzenia. Nie chciałam dawać mu kolejnej parówki, bo przecież nie o to w tym chodzi, ale tym razem zaserwować mu coś zdrowego. Zajrzałam do lodówki i...
Starte buraki - potrzebowałam na ciasto i resztka została, więc czemu nie wykorzystać?
Jajka
Mąka
Proszek do pieczenia
Wiórki kokosowe i ziarna słonecznika
Olej...
Dobra! Wróciliśmy z podróży, nie musimy mieć przecież wszystkiego, prawda?

Buraków dałam ile miałam więc ciężko mi powiedzieć czy była to szklanka, czy półtorej startych na dużych oczkach buraków. Można przyjąć, że jeden średni burak znalazł się w moich placuszkach.
Wcześniej jednak zrobiłam proste ciasto naleśnikowe, czyli szklanka mąki (niestety, zwykła pszenna, chociaż zawsze staram się dodawać chociaż odrobinę takiej z pełnego przemiału. Niestety, skończyła się), szklanka wody (można dodać też mleka lub mleka roślinnego), jajko, z łyżkę lub dwie oleju i nie więcej niż łyżeczkę proszku do pieczenia. Potem zaczęły się cuda! Buraki i wiórki kokosowe i odrobina ziarna słonecznika. To ostatnie nawet nie było specjalnie potrzebne. W zamian mogłam dodać nieco cukru lub stevii, bo brakowało mi tego słodkawego smaku, który dopełniałby ten kokosowy smak. Może odrobina soku z pomarańczy?

Będę kombinować dalej!

Muszę jednak pochwalić się, że placuszki zniknęły w rekordowym tempie. Klusek pochłonął i aż miło było pomyśleć, że wystarczy nieco ciasta i warzywa jedzą się prawie same.

W zeszłym tygodniu odbyła się impreza urodzinowa mojego Kluska, a to oznacza, że przeżyłam rok z dzieckiem! Pełen rok. Uznałam, że to będzie...

LamiMummy: Przeżyłam rok! Ten rok!

W zeszłym tygodniu odbyła się impreza urodzinowa mojego Kluska, a to oznacza, że przeżyłam rok z dzieckiem! Pełen rok. Uznałam, że to będzie dobry pretekst do małego podsumowania macierzyństwa.

Oczekiwania
W zasadzie nie miałam żadnych oczekiwań. Uznałam, że będzie co ma być. Skupiłam się na zajściu w ciążę i przeżyciu jej, a potem? Potem miało być jakoś. Miałam nadzieję na pomoc Pana Męża. Wiadomo jak to jest, do zmiany pieluchy matka nie jest niezbędna, tak samo jak i do spaceru. Dzięki macierzyństwu odkryłam, że po 4 latach małżeństwa i dwóch dodatkowych bycia razem mój Pan Mąż nie lubi spacerować. Ileż to można się dowiedzieć?! Więc miewałam nadzieję, że... będzie dobrze.

Plusy
Plusy są olbrzymie. Odkryłam pokłady mojej cierpliwości i gdzie kończy się zdrowy rozsądek, a zaczyna niewyspanie. Zaczęłam też poznawać granice własnego mieszkania oraz mojej cierpliwości. To zaskakujące jak możesz przegryźć niektóre rzeczy, a jak potrafisz się zmusić do zwrócenia komuś uwagi. Czasem też roztrząsałam różne sytuacje i plułam sobie w twarz mówiąc "powinnam zwrócić uwagę". Praca nad moim małym Projektem pokazała mi jak wielozadaniowa być potrafię i genialnie zorganizowana. Ba! Podejmowanie decyzji w stresujących sytuacjach? Naturalnie! Wizyta u lekarza za 10minut, a tu trzeba zjechać windą... ta w którą mieści się wózek ktoś zatrzymał, bo domykanie drzwi w windzie jest takie niemodne... Co robi mądra mama? Wyjmuje kółko z wózka, kombinacjami alpejskimi wciska rzeczony pojazd do windy i jedziemy. Co z tego, że potem ma się całe ręce brudne i ani grosz dobrego humoru? U lekarza jest się na czas!
Co więcej?
Poznaję każdego dnia tego małego człowieka od podszewki. Zazwyczaj jest to brudna i śmierdząca podszewka, ale...  to moja podszewka!

Minusy
Czy wstawanie w nocy może być minusem, jeśli wstajesz by przytulić Małe Szczęście?
Czy brak prywatności w łazience jest minusem jeśli jesteś dla kogoś całym światem?
Czy odkładanie hobby na zbyt krótki wieczór to minus jeśli cały dzień się uśmiechasz (czasem nieszczerze, bo właśnie masz ochotę rzucić patelnią o ścianę)?
Czy dywan wiecznie pełen zabawek to minus jeśli te zabawki oznaczają... że czasem, w którąś wejdziesz i powstrzymując przekleństwo dorobisz się obrzydliwego krwiaka?
Em... to nie zabrzmiało dobrze, a jest takie prawdziwe...

Reasumując
Może i mam wiecznie bałagan, a ja wyglądam jak potępiona. W drogeriach więcej czasu spędzam czytając składy kaszek, a nie wybierając super żel pod prysznic lub masło do ciała. Przez dłuższy czas zastanawiałam się czy wychodząc gdzieś dana bluzka jest odpowiednia do tego by szybko wyciągnąć pierś. To miłą odmiana do zastanawiania się czy coś do siebie pasuje albo czy... ładnie w czymś wyglądam.
Przez ten rok odkrywałam małe przyjemności życia takie jak popołudniowa drzemka (nie moja, a Kluska), albo pięknie pachnące mleczko do ciała. Wiem, że czysty obrus to przeżytek, ale odkurzam 2x w tygodniu. Nauczyłam się, że wyjście do parku czy ludzi to wielki plus. Częściej się też uśmiecham do obcych mam. Wiem, że mają ciężko i czasem potrzeba życzliwego uśmiechu bardziej niż czegokolwiek.
Przekonałam się, że jestem zdyscyplinowana, dobrze zorganizowana i... potrafię rzucić prawie wszystko by zatańczyć z dzieckiem na środku pokoju, tylko dlatego, że właśnie leci fajna piosenka w radiu.

Uwierzyłam w cuda
To co się działo ze mną przez 9 miesięcy to... było niezwykłe. Kto by pomyślał, że z... dwóch niewidocznych dla oka komórek, które co miesiąc (w przypadku kobiety) są... wydalane z organizmu może powstać coś tak niezwykłego jak człowiek. Nie mogłam się nadziwić jak, w tak krótkim czasie z kilku milimetrów człowieka powstaje 54cm dziecka, które jakimś niezwykłym zrządzeniem fizjologii wydostaje się na świat. Potem rośnie i rozwija się. Nie mam pojęcia jak to możliwe. Rok temu trzymałam go zmęczona w ramionach i modląca się by wszystkie dobre rady ludzie schowali sobie w kieszeń. Chciał jeść to jadł, nawet i po kilka godzin. Miałam swoje zmartwienia, a teraz? Teraz mam zmartwienie takie, że jeśli jem banana wiem, że po ułamku sekundy koło mnie będzie mały sęp stał na własnych nogach i mi skąpił każdego kęsa.
Cud!
Ten mały cud rok teku miał problem, żeby odwrócić się na drugi bok, a dziś śpiewa piosenki "mamamamama" albo "tatatata", macha mówiąc "papa" i uczy się mówić "bach" za każdym razem gdy rozwali wieżę z klocków.
To nie cud? I... kurcze! Każdy z nas jest takim cudem!

Dziś uświadomiłam sobie, że niedługo Walentynki. Zazwyczaj je bojkotowałam, ale może niesłusznie tak totalnie się od nich odcinać? Pan Mąż s...

LamiMummy: Walentynki już tuż-tuż

Dziś uświadomiłam sobie, że niedługo Walentynki. Zazwyczaj je bojkotowałam, ale może niesłusznie tak totalnie się od nich odcinać? Pan Mąż swojego czasu uznał, że obchodzimy, więc... obchodzimy.
Pamiętam, że rok temu miałam nadzieję, że skoro po porodzie (29.01) nie dostałam żadnych kwiatów to może chociaż na Walentynki... ale też się nie doczekałam. Pomyślałam, że zbliżające się "Święto Zakochanych" jest dobrym pretekstem by napisać coś o intymności po porodzie.

Nie mam za dużo doświadczenia, gdy porodów jest więcej na karku, ale mam nieco doświadczeń po pierwszym dziecku.

Romantyzm umiera?
To zależy tylko od Was! Przecież zawsze można obejrzeć film... em... serial? Cokolwiek tak naprawdę! Lub zjeść miłą kolację, gdy dziecko już się położy spać. Są świece! Istnieją też sklepy z ładną bielizną, także do karmienia. Może warto pomyśleć o czymś takim? Przecież wszystko leży w naszej psychice. Tak! Dziecko może się obudzić za pół godziny, ale to nie znaczy, że musicie się śpieszyć.

Poczuj się kobieco
Ogól nogi, uczesz się, umaluj! Może nawet zrób sobie paznokcie lub nałóż maseczkę. Zrelaksuj się! Ubierz w ładny ciuszek i poczuj się znów największą laską na całej kuli ziemskiej. Tak, wiem! Na to wszystko trzeba czasu. Trzeba z kimś zostawić dziecko jeśli chcesz pójść na randkę z Mężczyzną Swojego Życia, ale warto! Nie tylko on musi się starać i masować i mówić komplementy. On też może być zmęczony. Możesz nie mieć ochoty na intymność, ale możesz mieć ochotę by być kobietą! Jesteś nią!

Jesteś najlepszym typem kobiety, który kiedykolwiek istniał!

To jak spędzicie te walentynki w dużej mierze zależy od NIEGO, ale przecież nie możemy zapominać o całym świecie tylko dlatego, że nasze małe serduszko śpi w wózeczku, a my mamy opuchnięte oczy, przez co nie widzimy tony różowych i czerwonych dekoracji w sklepowych witrynach. Wykażmy też odrobinę dobrej woli...
Nawet jak Pan Mąż właśnie znowu Cię zirytował swoim brakiem zrozumienia...

Do tego postu zainspirowały mnie zajęcia, na które poszłam z moim Kluseczkiem. Mama aktywna to szczęśliwa mama! W ciąży zaczęłam chodzić ...

LamiMummy: Mamo, rusz się!

Do tego postu zainspirowały mnie zajęcia, na które poszłam z moim Kluseczkiem.

Mama aktywna to szczęśliwa mama!
W ciąży zaczęłam chodzić na gimnastykę dla ciężarnych, a potem... aż czekałam by móc znowu pójść na te zajęcia. Muzyka, nieco wysiłku, a co ważniejsze - kontakt z innymi mamami! To bardzo ważne sprawy, bo przecież czasem trzeba się ruszyć z domu. Samotne spacery z dzieckiem czasem są wybawieniem dla mam. Dziecko ZAZWYCZAJ nie płacze wtedy i można wreszcie zapomnieć o pieluchach i ulewaniu. Tyle, że samotne spacery potrafią wpędzić w jeszcze gorszego doła, o ile go posiadacie. Ja miewam! Dlatego postanowiłam zrobić krótką listę małych aktywności z Berbeciem, które można podjąć by nie zwariować podczas urlopu macierzyńskiego czy wychowawczego.

Spacer
Nieważne, czy idziesz sama z dzieckiem, czy masz to szczęście i tatuś wychodzi z wami. To bardzo poprawia humor jeśli podczas spaceru możecie pobyć razem. To fajne, że możecie pogadać i pocieszyć się z sobą poza 4 ścianami, których na pewno czasem macie dosyć.

Jeśli chodzicie same... zawsze można zaprosić na spacer kogoś jeszcze. Jak? Telefonicznie! Telefon do mamy, siostry, przyjaciółki czy kogokolwiek to świetny pomysł! Zawsze można spróbować spaceru z inną mamą. Może da się do kogoś przysiąść na ławeczce lub się uśmiechnąć do innej mamy i... kto wie? Może akurat poznacie inną fajną mamę? Warto próbować.

Jest jeszcze jedna opcja: ktoś zabierze na spacer berbecia zamiast Was. Gratulacje! Macie to szczęście i chwilę dla siebie. Może jakaś maseczka, pomoczenie stóp lub najzwyklejsza w świecie drzemka lub hobby, o którym zapomniałyście "bo dziecko". Oj! Korzystajcie! Naładujcie się pozytywnymi emocjami by znów móc się uśmiechać do dziecka, gdy którąś kolejną godzinę płacze.

Plac zabaw
Ta opcja wiąże się ze spacerami. Niestety, tyczy się nieco większych dzieci. W zależności od Waszych placów i ich dostosowania dla Berbeci, rzecz jasna. Na nasz dało się prowadzić już maleństwa, bo jedna z huśtawek nadawała się także dla dzieci leżących. Kruszynka Śliweczki i nasz Klusek raz bujali się wspólnie mimo, że między nimi jest pół roku różnicy. Później chodziliśmy też na zwyklejsze, zabudowane huśtawki, próbowaliśmy koników. Świetna sprawa, a co ważniejsze - darmowa.

Kocyk
Świetną sprawą jest zabranie na spacer koca i posiedzenie z dzieckiem. Fajnie, gdy maluch już przewraca się lub nawet próbuje się poruszać. Półroczne dziecko będzie szczęśliwe mogąc spróbować dopełznąć do końca koca by chwycić trawkę. Uczy się! Jest ciekawe świata i... poznaje go! Trzeba mieć oczy dookoła głowy i pamiętać, że Maleństwo może chcieć chwycony patyczek czy trawkę sprawdzić nie tylko paluszkami, ale też ustami.

Gimnastyka
Sprawdźcie czy w klubach koło Waszych domów nie ma jakiś zajęć dla mam z dziećmi. Czasem to ćwiczenia z dziećmi, a czasem gimnastyka dla mam, gdzie dzieci mogą sobie siedzieć i się bawić ze sobą. To też jest świetne. Dziecko wtedy uczy się tego, że w świecie istnieją inne małe byty. Podpatrują i uczą się, a dodatkowo łapią odporność. Idealne! Nie wspominając, że widzą, jak mamy ćwiczą, a mamy ruszają się i wytwarzają sobie endorfiny! Czyż nie układ doskonały? Tyle, że za ten układ trzeba płacić.

Zajęcia dla dzieciaków
Wada jest jedna, a raczej dwie. Dotyczą dzieci starszych i nieco bardziej "kumatych" oraz... trzeba płacić. Plusy są za to też spore. Kontakt z innymi dziećmi i nauka. Nie tylko od innych, ale także od osób prowadzących. My chodzimy na "pomysły na zmysły". Prócz grania grzechotkami do muzyki poznajemy różne faktury, oglądamy różne światła, czasem biegamy, tarzamy się... jestem ciekawa kolejnych takich zajęć! Po nich i przed nimi możemy skorzystać z sal zabaw w "naszym miejscu". To świetna alternatywa dla placu zabaw, gdy jest zima lub zła pogoda.

Zajęcia dla mam
W dużych miastach i tych nieco mniejszych też jest masa zajęć dla mam. Prowadzą je bardzo często albo prywatne przedsiębiorstwa, albo domy kultury, albo jakieś fundacje. Warto poszukać też klubów mam w okolicy. To wartościowe spotkania z innymi mamami. Szansa na poznanie się, wymianę doświadczeniami. Poza tym można się czegoś nauczyć. Wiązanie chust? Czemu nie! To przecież świetny sposób na przytulanie Maluchów do siebie, uczenie się bliskości, a do tego wolne ręce, gdy Dzieciak chce być non stop blisko. A Wy myślicie, że jak ugniatałam ciasto na makowca czy pierogi w te Święta? Z dzieckiem w chuście na plecach :)

Coaching
Są miejsca oferujące spotkania tego typu. Grupy wsparcia dla mam i coaching dla mam. Jeśli tego potrzebujecie, to świetny sposób. Niestety, płatny i to słono! Uważam, że lepiej spotkać się z innymi, pozytywnie nastawionymi do życia mamami niż płacić za dobre słowo komuś obcemu. Naturalnie, to osoby wykształcone by pomagać i czasami mają znacznie lepsze pomysły i dają lepsze wsparcie niż inne mamy, które jeszcze bardziej potrafią zdołować. Sama myślałam o czymś takim, ale nie było mnie na to stać. Myślę, że gdy jest się samej w obcym środowisku, a w okolicy żadna koleżanka nie ma dziecka to dobrze czasem pójść i pogadać z kimś, kto potrafi pocieszyć, poradzić i... np. uratuje Twój związek, gdy masz ochotę wszystko rzucić i uciec od pieluch, zapracowanego męża i płaczącego dziecka. Warto jednak się zastanowić, czy nie ma w okolicy kogoś życzliwego, za kogo pomoc nie trzeba płacić. Jasne! Coaching to też mobilizacja do działania, do zmian w życiu i na pewno nie będziecie zawiedzione decydując się na takie odsapnięcie i wyjście z domu.

Nieważne co wybierzecie lub wymyślicie!
Najważniejsze jest to, byście się z tym dobrze czuły. Byście mogły odpocząć i chociaż na godzinkę w tygodniu odpocząć. Czasem nawet gimnastyka przy ulubionej muzyce w domu może być takim resetem. Czemu nie? Ważne by raz na jakiś czas zrobić coś dla siebie by nie oszaleć i nie zapomnieć, że bycie mamą to nie tylko ślęczenie nad kołyską czy garnkami, ale także świetna zabawa! Odpowiedzialność i... Szczęście!

Z perspektywy 11 miesięcy wiem, że popełniłam kilka błędów. Nikt jednak nie jest nieskazitelny i każdy ma prawo do... kilku, prawda? Jak t...

LamiMummy: Nasze zasypianie, czyli rytuały wieczorne w praktyce

Z perspektywy 11 miesięcy wiem, że popełniłam kilka błędów. Nikt jednak nie jest nieskazitelny i każdy ma prawo do... kilku, prawda?

Jak to wyglądało?
Czekałam na wyjście ze szpitala po to by zacząć rytuały. Bardzo paliłam się do tego, bo przecież to podstawa zdrowego zasypiania. Nikt nigdy nie sprecyzował mi jak powinno to wyglądać więc sporo się głowiłam czy najpierw czytanie, kołysanki czy pierś przed czy po kąpieli i gdzie w tym wszystkim chwila na paciorek. Uznałam, że wreszcie znalazłam mój sposób! A mianowicie:
1) Pielęgnacja wieczorna: przemywanie twarzy i uszu, witaminka D i póki był pępuszek pielęgnacja kikuta.
2) Kąpiel.
3) Oliwkowanie + masaż bardzo domorosły, ale z sercem
4) Pierś symultanicznie do paciorka, kołysanek i czytania.

Jak zaczynało się zmieniać?
Czas najpierw zweryfikował czytanie. Fistaszek zasypiał zazwyczaj podczas 3 kołysanek (zawsze ten sam schemat: "W górze tyle gwiazd", czyli "Aaa, kotki dwa", potem "Był sobie król..." i na koniec "Na Wojtusia z popielnika"). Później starałam się czytać w ciągu dnia i czytanie odpadło nam.

Następne w linii odstrzału było karmienie. Gdy już nieco odchodziłam od karmienia zostawiałam tylko to na noc. Gorzej jednak, gdy z tego chciałam zrezygnować już i... okazało się to ciężkim ciosem dla Fistaszka. Potrzebował czegoś zastępczego do ciumkania. Nie chciałam mu dawać smoczka, którego odrzucił bardzo wcześnie. Butelki nie lubił, a po nocnej higienie ząbków ostatnie czego bym chciała to dawanie mu modyfikowanego mleka. Tak więc najpierw próbowałam przekonać go do Przyjaciółki Żyrafy, ale była nieco za duża dla niego. Skończył z czerwonym, pluszowym smokiem. Jego nóżki idealnie pasowały do buzi wiec ssał je i tak się uspakajał.

Niestety, To nie był koniec zmian. Z bólem serca uznałam, że tulenie jest super, ale chłopak musi nauczyć się zasypiać we własnym łóżku, a nie na rękach. Swoje zresztą waży i ramiona i mnie i Panu Mężowi już zaczynały odpadać. Nie mamy za wygodnego łóżka więc w nocy mój kręgosłup nie odpoczywa za dobrze, a dochodziłam do momentów, gdy przychodził czas na odłożenie dziecka miałam blokadę i zastanawiałam się czy dam radę się przychylić. Oj, moja Słodka Kluseczka...

Od jakiś 2 tygodni trenujemy usypianie w łóżku. Nie jest łatwo. Już się nieco przyzwyczaił do tego, ale dziś było źle. Obudził się po niecałej godzinie i znowu trzeba było próbować to samo.

Co pomaga?
U nas sprawdzało się bujanie w ramionach. Teraz bujanie w łóżku, a raczej troszkę takie... turlanie? delikatnie z boku na bok. Niestety, ruch i "chwyt" musi być dość zdecydowany bo momentalnie, gdy zaczynał się płacz zaczynały się próby przekręcenia na brzuch by usiąść, a to prosta droga by wstać. Jak łatwo się domyślić: wstawanie jest wrogiem zasypiania! A więc... brzydko powiem "pacyfikacja". Serce się kraja czasem. Za każdym razem, gdy podchodzę do niego bo płacze w nocy biorę go na ręce, przytulam i dopiero odkładam. Staram się śpiewać.

Ostatnio wróciłam do prób z karuzelą. Chociaż chyba powinnam powiedzieć: pozytywką od karuzeli. Pałąk eksmitowałam dawno temu bo przeszkadzał w odkładaniu Szkraba. Teraz go inspiruje zamontowany koło kaloryfera. Fistaszek umie uruchamiać sobie sam pozytywkę i... nawet dzisiaj wstawał do niej i uspokoił się dopiero, gdy zaczęła grać i światełka zaczęły migać.

Nie jest łatwo!

Co radzę?
Tu chyba akurat nie będzie niespodzianek.
RYTUAŁY!
To bardzo ważne by wszystko działo się w stałej porze i w stały sposób. Według mnie dziecko się przyzwyczaja. Czasem się wybudzi podczas jakiś czynności, ale wydaje mi się, że inaczej nie miałby poczucia, że to wieczór i nocne spanie. Trzeba być też konsekwentnym. Czas na sen? Dziecko chce brykać? Nie! Pora na sen. Tul, wyciszaj, ale nie pozwalaj dziecku brykać. Jest dla niego za wcześnie? Możliwe. Kładź go później. Ja jednak zdecydowałam się na brak drzemek od ok 16:30-17. Jak widzę, że koło 17 trze oczka to staram się go zająć, rozbudzić, poganiać się po dywanie, wygilgotwać. Gdy będzie bardziej zmęczony,  łatwiej uśnie, prawda?

Karmienie jest ważne, ale nie wiem czy jednak nie przed myciem. Niech potem będzie czas na umycie ząbków lub przetarcie dziąsełek. To ułatwi potem odstawianie od piersi. Żałuję, że nie wiedziałam tego, gdy zaczynałam układać moje rytuały.

No i... tulenie jest fantastyczne, ale czasem trzeba spróbować na skraju snu a jawy odłożyć dziecko do łóżeczka. Trudno wyczuć ten moment? Określ go sobie. Po ubraniu w śpiochy, albo po zwrotce kołysanki. Fajnie byś była przy dziecku jeszcze przez kilka chwil by wiedziało, że nie opuściłaś go tylko jesteś nadal, tylko ono jest w łóżku.

Wszystko mądrze brzmi? Wierzcie! Popełniłam swoje błędy i mam nadzieję, że Wy popełnicie inne, łatwiejsze do ogarnięcia. A kto wie? Może Wasz sposób będzie idealny?

A tak na dokładkę...
Pomoc Tatusiów w kąpieli jest super. Mamy chłopca więc podczas kąpieli zaczęłam się wycofywać z łazienki. Długi czas sama go myłam i wszystko robiłam podczas tych rytuałów, ale wielkim wytchnieniem jest, gdy mogę ogarnąć to jakie mam śpiochy, naszykować sobie pieluchę lub zaprać jeśli "coś" wypłynęło. Staram się już być tłem podczas samej kąpieli by starała się męską domeną. Chciałam by Tata masował Fistaszka, ale... Tata zaprotestował. Szkoda, bo chciałam by przez ten dotyk łapali fajną więź i by Tata nauczył się na dziecku takiej czułej delikatności.

Pamiętajcie! Nie wszystko trzeba robić własnymi rękoma!

To nasze pierwsze Święta. Choinka stoi ubrana... pod sufitem najwyżej jak się dało bo dziecko bardzo było zainteresowane bombkami już w fazi...

LamiMummy: Święta z dzieckiem

To nasze pierwsze Święta. Choinka stoi ubrana... pod sufitem najwyżej jak się dało bo dziecko bardzo było zainteresowane bombkami już w fazie wyjmowania ich z zakurzonych opakowań. Miałam zaplanowane wszystko! Kiedy robię śledzie, kiedy pierogi i takie tam. Gorzej, że nie wzięłam pod uwagę, że wszystko zajmuje czas, a Fistaszek też potrzebuje mojego czasu. Tak więc kończyło się w chuście na plecach, bo z przodu nie ma jak kroić lub ugniatać ciasta. Udało się! Zostały mi tylko zupy do zrobienia lub doprawienia i w zasadzie fajrant. Z robienia sernika zrezygnowałam.

Ups.

Jednak nie o tym piszę. Napotkałam na artykuł mówiący o tym jak przetrwać święta z dzieckiem, szczególnie te pierwsze. Przy większości punktów przytaknęłam. Z żalem uznałam, że Pasterka odpada. Zresztą... o tym wiedziałam już dawno temu. Zdziwiło mnie coś innego. W artykule odradzali pójście w normalnym terminie do kościoła. Na zwykłą Mszę. Czemu? Napisali, że dlatego, że dziecko może być markotne, że w kościele trzeba je rozbierać, potem są przeciągi i trzeba ubierać i że dziecko może płakać więc trzeba je nosić między ławkami i że się przeszkadza innym ludziom.

No chwila!

Jeśli jesteś "świątecznym katolikiem" to nie rozumiem po co od wielkiego dzwonu chodzić do kościoła. Jeśli jednak jesteś normalnym, praktykującym katolikiem to znaczy, że co niedziela jesteś z dzieckiem w kościele. To żadna nowość dla dziecka, że będą śpiewy i dzwonki. Rozbieranie dziecka też nie jest potrzebne. Zdejmujesz czapkę, szalik, luzujesz kombinezon i już. Jeśli masz obawy, że dziecko będzie płakać i że będziecie przeszkadzać ludziom w modlitwie to... przecież są msze dla dzieci! Nikt krzywo nie spojrzy na lamentującego bobasa. Oczywiście, są ludzie... i ludzie. Większość się jednak uśmiechnie. Ba! Są też księża, którzy się cieszą z takich krzyków, bo to znaczy, że nowe pokolenie jest w kościele i nic tylko się cieszyć. Księży, którzy krzywo patrzą, bo dzieci biegają i wchodzą na schody pod ołtarz dla mnie są... dziwni. To są dzieci. Mają swoje prawa. Ważne by pilnować by dziecko sobie nie zrobiło krzywdy przy wędrówkach i nie przechodziło przez pewną niewidzialną granicę. No cóż, dzieciak sprawdzający jakie książki ksiądz trzyma na ambonie to stanowczo przekroczenie granicy.

Nie róbmy z dzieci kalek, które nie umieją wytrzymać w kościele! Jeśli dziecko nie jest przyzwyczajone to nigdy nie będzie wstanie wysiedzieć godzinki w ławce.

Mój plan na Święta to:

  • cieszyć się tym co już udało się zrobić,
  • dawać wiele uwagi Fistaszkowi, bo przecież jego uśmiech jest tu najważniejszy
  • spróbować być Kaczką Zen*


A co ważniejsze... wypisać wreszcie świąteczne kartki :)

Wszystkiego najlepszego nasi Tulący Czytelnicy!
Wiele uśmiechów naszych Najmniejszych i tych nieco większych. Zdrowia i by problemy były tylko na nasze możliwości. Oby nigdy nie przytłoczyło nas życie! I... wiele radości czerpanej od naszych dzieci! One najlepiej wiedzą jak się cieszyć życiem. Obyśmy wszyscy mieli spojrzenia tak szczere jak one.
Tego Wam i sobie życzę!

*Po Kaczce Zen wszystko spływa. Nie obchodzi Cię, że coś nie wyszło, przypaliło się, spóźniło. Ot, takie życie. Spokój to największy skarb.

Szczerzę przyznaję: post miał być wczoraj w ramach "post co środę". Jednak mieliśmy wizytę Księdza po Kolędzie i jakoś tak się nie...

LamiMummy, czyli "małe dzieci - mały kłopot"

Szczerzę przyznaję: post miał być wczoraj w ramach "post co środę". Jednak mieliśmy wizytę Księdza po Kolędzie i jakoś tak się nie zgrało.

A mój post ma dotyczyć niemal słynnego powiedzenia "Małe dzieci - mały kłopot. Duże dzieci - duży kłopot". Ile w tym prawdy? A może Wy też słyszycie "Jak zacznie ci pyskować to będziesz z uśmiechem wspominać problemy takie jak pieluszkowe zapalenie skóry czy nieprzespane noce bo maluch ząbkuje"? Ja słyszę i doprowadza mnie to do pasji. Tak samo jak "nasze pokolenie miało tak samo, teraz spłacacie dług", a w tle słyszę odbijające się echo "dobrze wam tak". No, ale chwila! Czy jedynym wyjście z takiej sytuacji i takich tekstów jest nie posiadanie dzieci?

Otóż nie!

Mam inną teorię.
Każde dziecko ma problemy na swój wiek. Każdy rodzić ma problemy takie, jaki staż. Najpierw dużym problem jest to czy ssie lub czy robi kupkę lub siusiu, a potem przychodzą kolejne. Może to jest jak level w grze? Najpierw masz tak wysokie wyzwanie jak możesz znieść i jakiemu możesz podołać, a potem... potem masz "level up" i masz trudniejsze zadania. To nie jest tak, że małe dziecko to mały kłopot. Nie! To kłopot na miarę dziecka i nie tylko jego, ale i Twoich możliwości. Przecież mając drugie dziecko masz niemal 100x większe wyzwanie niż z pierwszym, małym brzdącem!

Nie! Nie mamy długu wobec żadnego pokolenia. Dzieci nie muszą się drzeć za każdym razem i historie jak to nasz mąż boleśnie ząbkował nie muszą się odbijać i ziścić na naszym dziecku.
Mamy własne dzieci, własne doświadczenia i własne problemy. Są też różne metody wychowawcze, które mają nam zapewnić postęp, a nie trwanie w długach przeszłości. Po to czyta się masę artykułów i książek, albo ogląda programy z poradami na temat dzieci by nie popełniać błędów. By się przygotować na niektóre przygody lub im zapobiec. Uważam, że świadomi rodzice wcale nie muszą być uczestnikami opowieści o tym, jak ich dziecko jadło z psiej miski. Nie! Świadomi rodzice mogą temu zapobiec.

Twórzmy własne rodzinne historie, ale... na Boga! Nigdy nimi nie straszmy nasze dzieci czy synowe lub zięciów!
Obsługiwane przez usługę Blogger.