Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tulu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tulu. Pokaż wszystkie posty

Jak dawno mnie tu nie było! Moją uwagę nieco przyćmiły różne projekty na kanale na Youtube oraz prace nad innym projektem. Oj! No i prac...

Chorowanie z Dzieckiem VIS. Chorowanie Samej


Jak dawno mnie tu nie było! Moją uwagę nieco przyćmiły różne projekty na kanale na Youtube oraz prace nad innym projektem. Oj! No i praca zawodowa. Tak się skupiłam na różnych codziennych sprawach, że... wylądowałam w kolejce po numerek do lekarza, a potem pod gabinetem lekarskim z tygodniowym zwolnieniem w ręku. Szczęśliwym trafem mogłam rozkoszować się "chorowaniem" przez całe 2 dni. Skończyło się wtorkową informacją o gorączce Młodego. Skoro i tak miałam zwolnienie to Staś został ze mną kurując się tradycyjnymi metodami, szczególnie że nim wrócił do domu z przedszkola po gorączce nie było śladu. Dziś kończy się moje zwolnienie i wiem dokładnie czy jest chorowanie samej i z dzieckiem. Różnica jest diametralna!

O tym wie każda mama kobieta

Wydaje się, że każda kobieta choruje w podobny sposób. Jeśli nie ma olbrzymiej gorączki zwalającej z nóg przyświeca im jedna myśl "wreszcie ogarnę nieco dom". Ja chętnie zrezygnowałam z tej myśli. Zawsze ją mam gdy mam nieco wolnego w ciągu tygodnia i słabo na tym wychodzę... ale porządek JAKIŚ mam. No, taki który można mieć mając dwulatka w domu. Oj, porządek wtedy jest towarem deficytowym i znika prawie tak szybko jak czekolada przed okresem.
Tym razem postawiłam na wypoczywanie. Nie można wiecznego kaszlu, antybiotyku (o sugestywnej nazwie ZAMUR) i zapchanego nosa nazwać relaksem, ale pewnym resetem można nazwać siedzenie pod kołderką, oglądanie seriali a gdy powieki robiły się za ciężkie po prostu zasypianie. W takich warunkach miałam szczere nadzieje na wyzdrowienie.

Gdy zjawia się dziecko...

Czy ktokolwiek potrafi wypocząć przy chorym dziecku? A przy dziecku, które teoretycznie jest chore a ma masę energii? O? Czyżbym nie widziała chętnych? Otóż nie da się!
Mój Mały Wulkan Energii nie odpoczywa. Udało mi się raz pospać do jakiejś 6:30, gdy Staś był ze mną w domu. Potem wyszło na jaw, że nie śpię (w końcu ktoś musiał zamknąć drzwi i być przytomny przy dziecku).
Plan dnia był prosty:
ok. 6:00-6:30 Radosny śpiew z okazji przebudzenia mamy
7:00                Leki i śniadanie
7:15-9:00       Zabawy wszelkie
9:00                Drugie śniadanie
9:15-10:00    Próby zrobienia prania. W końcu ktoś to musi zrobić, a wypadek z nocnikiem/jogurtem/życiem nie może czekać... no i śmierdzi... chyba. Byłabym pewna gdybym miała powonienie.
10:00           Może pora na zimną kawę? Inkę bo po co pić normalną na chorobowym? Zimna bo przecież przy dziecku picie kawy przy śniadaniu to przeżytek i dziecko wręcz wymaga kosztowania zimnej kawy.
11:15              Jestem zmęczony! Puszczaj moje piosenki! Skacz! Tańcz!
11:30       Jestem zmęczony! Chcę to! Nie to a tamto! Tamto jest złe! Nienawidzę tamtego! MAMOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOO!
11:45              Życie jest piękne! Znalazłem WINOGRONA!
12:00              Bajka? Książka? Puzzle?
12:11            Ułożę trasę dla samochodu, ale jak dołożysz klocki nie tam gdzie chcę to zniszczę świat!
12:28              Świat umrze! TERAZ!
12:36-13:49    Jedzenie tak! Ale nie to! Umrzyj! Nie śpij! Czytaj! Śpiewaj! Nie oddychaj! Przytulaj! Nie dotykaj! Tul! GRAJMY NA UKULELE! Nie dotykaj ukulele! MOJE!
13:56               Mogę to zjeść skoro właśnie robisz obiad, bo robisz, prawda?
14:26               Miłe, że zrobiłaś obiad, ale... właśnie usnąłem.
16:48               Czy widzę grozę? Nie! Nie śpię już! Będę marudził bo przebudzenie to zło!
17:20               TATUŚ!
17:24       Tatuś wrócił! Mamo baw się ze mną! Nie, tatuś powinien odpocząć po pracy. MAMOOOOOOOOOO
18:30                Kolacja? No dobrze
18:45                Nie chcę się myć!
19:00                Mamo, myjesz się? To ja też! Z tobą, ale nie myjemy głowy, dobrze?
19:11                NIE WYCHODŹ! Zostańmy na wieki w wannie
20:00                Chciałaś obejrzeć film z tatą? Fajnie, ale ja NADAL nie śpię
20:47                Znajcie łaskę! PADŁEM!

Czy któraś z chorujących z dzieckiem mam to zna?
Ja tak!

Koszmar czy może jednak nie?

Z jednej strony mam ochotę powiedzieć, że to koszmarny koszmar i nie da się tego znieść, ale zniosłam. Nie czuję się dużo zdrowsza niż na początku mimo, że właśnie skoczyłam antybiotyk. Mimo to chyba bardziej bym się martwiła, gdyby był padnięty i lał się przez ręce. W tak intensywnej rekonwalescencji widzę energię, która zwalczyła chorobę i próbuje zwalczyć mnie. No tak, to po prostu radość z posiadania mamy non stop. Nic tylko się cieszyć z pozostawionego armagedonu... i powrotu do pracy. Po takim powracaniu do zdrowia człowiek zaczyna doceniać możliwość pójścia do pracy bez dziecka, nawet jeśli się je kocha z całego serca.

Oburzeni? Mieliście być. Ja wolę obchodzić DZIEŃ TATY. Jest taki słynny tekst „OJCEM jest stać się łatwo. Na bycie TATĄ trzeba sobie za...

Nie obchodzę dnia ojca!

Oburzeni? Mieliście być.

Ja wolę obchodzić DZIEŃ TATY. Jest taki słynny tekst „OJCEM jest stać się łatwo. Na bycie TATĄ trzeba sobie zasłużyć”. Zgadzam się w tym w 100%. Nie chcę wygłaszać płomiennych mów opartych na własnych wspomnieniach, ale za to chciałabym napisać o czymś co obserwuję co dnia.


Nie jest prosto być tatą w tym świecie.


Muszę jednak przyznać, że jest znacznie prościej być kochającym rodzicem niż kilkanaście lat temu. Teraz jest nawet modne bycie odpowiedzialnym i zaangażowanym tatą. Czemu więc nadal nie jest prosto?

Spójrzcie na to: każdy dziewczynie gratuluje, pyta jak się czuje i czy dziecko kopie. Kobieta ma namacalny dowód stawania się matką. Tata w tym wszystkim jest wciąż na uboczu. Jasne, mężczyźni się angażują w szukanie fotelików do samochodów, wózków, ale jedyna okazja by porozmawiać z innym przyszłym tatą nadarza się dopiero pod koniec ciąży na szkole rodzenia. Później wcale nie jest łatwiej!

Przed porodem byłam przerażona i to nie tym czego miałam być czynnym uczestnikiem, ale dlatego że uświadomiłam sobie jak mężczyzna musi się czuć w tej styuacji. Gdy już jest po wszystkim, a kobieta jego życia zostaje z dzieckiem w szpitalu on musi jechać do domu kompletnie sam. Jest oszołomiony, podniecony i wzruszony i... jest w tym wszystkim kompletnie sam. Wyobraźcie sobie, że w jednej chwili jesteście najszczęśliwszymi ludźmi na świecie i że na waszych oczach dokonał się cud. Macie poczucie, że staliście i będziecie się stawać dla kogoś wychowawcą i... wracacie sami do pustego domu, gdzie nie ma łez wzruszenia, potu i emocji. Jest... pustka.

Pewnie wiele z was powie, że nadużyciem będzie powiedzenie, że przez tych kilka chwil mężczyzna ma prawo przeżywać baby blues. Ja jednak wierzę, że to może być podobne uczucie. Nie, oczywiście, że nie takie samo, ale jednak podobne. Może właśnie dlatego tak szybko panowie odreagowują na imprezach pępkowych zanim jeszcze żona wróci do domu. Nie chcą być sami, a już niebawem nigdy już nie będą sami.

I później, gdy męskie rodzicielstwo zacznie się na dobre to mężczyzna ma być strażnikiem porządku i „tym surowym”. Ile razy słyszy się „poczekaj aż wróci tata”. I co ten biedny tata ma zrobić? Zamiast bawić się z dzieckiem od progu powinien być karzącą ręką sprawiedliwości czy tego chce czy nie chce.

Wiecie co? Dajmy ojcom być tatusiami. Podział obowiązków nie kończy się na tym, że mama ma być tym dobrym policjantem, a tata tym złym. Jeśli potrafimy usiąść do traktorów i przybić gwoździa to pozwólmy panom usiąść na dywanie i wyjąć klocki lub kredki. To od kobiet zależy na ile nasi panowie będą się czuli ojcami, a na ile tatusiami.

Wszystkiego najlepszego od LamiMummy!



Mimo, że echo Dnia TATY już cichnie ja tym apelem chcę  trafić do właśnie serc pań. Bądźmy dobre dla naszych panów nie tylko na wiosnę (jak mówiła piosenka), ale przez cały rok. Dzięki temu nasze dzieci będą szczęśliwsze. Możecie mi wierzyć!

A ja marzę o górach… Uwielbiam góry i mój Małż dzieli ze mną tę pasję. Teraz będziemy zarażać nią nasze Dziecko. Taki jest plan. I w...

Wakacje w górach - faza planowania



A ja marzę o górach…
Uwielbiam góry i mój Małż dzieli ze mną tę pasję. Teraz będziemy zarażać nią nasze Dziecko. Taki jest plan. I właśnie mamy fazę planowania naszych wakacyjnych wędrówek. Oto jak proponujemy się za to zabrać.

Morze czy góry?
Dla nas odpowiedź jest prosta, ale oczywiście każdy musi sobie sam odpowiedzieć na to pytanie, zależnie od tego, co lubi robić. Jaka nie będzie Wasza decyzja sądzę, że warto rzecz przepróbować na sucho zanim wyruszycie przez pół Polski, albo jeszcze dalej. Jeśli wybieracie morze to może wybierzcie się na lokalną plażę lub basen, żeby zobaczyć, jak malec znosi siedzenie nad akwenem i na jakie aktywności się nastawić podczas wakacji. Może wystarczy dokupić kilka foremek a może jednak nie obejdzie się bez piłki czy pontonu?
Jeśli ciągnie Was w góry to polecamy chociaż jedną wycieczkę po Waszej okolicy, żeby zobaczyć jaki dystans jest w Waszym zasięgu, czy las to wystarczająca atrakcja i czy dziecko chce chodzić samo czy też wybiera łagodne kołysanie nosidła. Takie przygotowanie pozwala lepiej zaplanować czas wyjazdu i dostosować atrakcje do zainteresowań i możliwości malucha.
Dodam kwestię oczywistą: zeszłoroczne doświadczenia mogą się nie przydać w tym roku. Po pierwszej tegorocznej wycieczce widzimy, że zmiany w zachowaniu naszej Truskawki są tak duże, że musimy na wszystko spojrzeć świeżym okiem. Małe dziecko zmienia się bardzo szybko i trzeba nastawić się na elastyczność.

Miejscówka
W tym roku sporo czasu zajęło nam szukanie miejsca, gdzie chcielibyśmy się wybrać. Szukaliśmy według klucza: RÓŻNORODNOŚĆ. Bioróżnorodność to też ważna sprawa, ale tu chodzi o różnorodność atrakcji. Wybierając się w góry szukamy miejsca, które daje nam możliwość zaplanowania krótszych i dłuższych wycieczek. Wykorzystanie nosidła, małych nóżek małego podróżnika, ale także kolejki czy wyciągu. Ot, żeby się przejechać!
Bierzemy też pod uwagę środki transportu, którymi możemy wygodnie dysponować w drodze do i na miejscu. Oraz aktualne zainteresowania dziecka. W naszym przypadku to pociągi, ale kto wie, czy do wakacji to się nie zmieni? ;) Szukamy też wypożyczalni rowerów na miejscu, bo dopiero co skończyła się faza zainteresowania rowerami i chcemy  spróbować chociaż krótkiej wycieczki rowerowej.


All inclusive czy survival?
Z wyborem miejsca noclegu też trzeba się uporać. Kiedy już odpowiemy sobie na pytanie, czego oczekujemy - dalej będzie już z górki, bo oferta jest naprawdę bogata. My decydujemy się na samodzielne gotowanie, co od razu zawęża wybór do miejsc, które oferują dostęp do kuchni. Ważny jest dla nas też ogród, w którym zwykle spędzamy popołudnia oraz położenie pensjonatu w centrum miejscowości, bo nasz Brzdąc chce chodzić sam, ale czasem tylko na krótką metę. Noszenie jej 5 km w tę i 5 km z powrotem, by kupić chleb nie należy do moich wakacyjnych marzeń, więc chciałabym mieć sklep nieco bliżej.

Zamiast epilogu
Muszę przyznać, że etap planowania to dla mnie wstęp do przygody i bardzo go lubię. Błądzenie palcem po mapie (tak, nadal używamy takich drukowanych, choć elektroniczne mają wiele plusów i też z nich korzystamy) i przeglądanie zdjęć innych miłośników gór daje mi przedsmak wakacyjnego wypoczynku w stylu wędrówki górskimi szlakami. Pozostaje tylko dopiąć wszystko na ostatni guzik i czekać na wyznaczony termin wyjazdu.
Już nie mogę się doczekać!

A teraz rodzi się główne pytanie... czemu post o cebuli nie jest w zakładce z jedzeniem? Bo nie o taką cebulę chodzi! No tak, znawcy cebu...

LamiMummy i... CEBULA!

A teraz rodzi się główne pytanie... czemu post o cebuli nie jest w zakładce z jedzeniem?
Bo nie o taką cebulę chodzi!

No tak, znawcy cebul powiedzieliby pewnie, że to warzywo zasługuje na post, czy własny artykuł. Nie neguję tego! Szczególnie, że wierzę, że kiedyś napiszę coś o naturalnych antybiotykach i naturalnym leczeniu przeziębienia. Tylko, że w tym artykule chciałabym napisać coś o ubieraniu dziecka na cebulkę.


Temat być może bardziej jesienny niż na moment, gdy na dworze śnieg miejscami zalega, a ja sama siedzę opatulona w koc. Większość z nas zna zasadę ubierania dziecka "na cebulkę" i sama ta nazwa może wiązać się z wcześniej przytoczonym tematem naturalnych antybiotyków, ale równie dobrze możemy dziecko ubierać "na tort" lub... "na ogra". Nie jest istotna nazwa. Istotne są warstwy!


Czemu istotne są warstwy?

To banalnie proste! Im więcej warstw masz tym cieplej.
Tak widzi sprawę większość mam i jest w tym wiele prawdy. Z każdą dodatkową i cienką warstwą jest nam cieplej. Trudniej nam się też ruszać, ale to akurat nie sprawa tego artykułu. Tak więc, zakładając na dziecko podkoszulek, cienką bluzeczkę, sweterek, a także rajstopki, skarpetki, a na to wszystko kombinezon mamy poczucie, że wypełniliśmy dobrze swój rodzicielski obowiązek. Dziecko ma warstwy, a więc dobrze je ubraliśmy na zimę, chłody i zabawy na dworze, ale czy na pewno?

Sens warstw leży jednak gdzieś indziej. Sprawa nie kończy się na ubieraniu, ale raczej rozbieraniu i to wcale nie tym po powrocie do domu.

Podczas spaceru mamy możliwość kontroli tego, czy dziecku jest ciepło, ale też nie za ciepło. W końcu, jeśli dziecko przegrzane wychodzi, np. z zakupów w jakimś hipermarkecie na mróz to przeziębienie już czyha za rogiem i zaciera ręce. Idea ubierania na cebulkę wiąże się też z rozbieraniem w odpowiednich momentach. Mając warstwy łatwiej jest zdjąć to co zbędne i dopasować ubranie dziecka do aktualnych potrzeb.

Praktyka

Smutno to wygląda. Małe, wypchane kombinezony wożone w wózkach bez względu na to czy są w pomieszczeniu, środku transportu, czy na zewnątrz są tak samo opatulone, a potem tak samo zapieczętowane wędrują do kolejek w przychodniach. Żadna mama ani babcia nie wpadnie na pomysł by sprawdzić, czy dziecku nie potrzeba zdjąć coś lub chociaż rozchylić szalik.

Co ciekawsze, coraz częściej spotyka się kominy dla dzieci, a raczej kominiarki. Nie kupują ich rodzice jadący z pociechami na narty, ale tacy, którzy zimują w mieście. Teraz zróbcie sobie małą symulację jak wygląda wasz szalik jeśli opatulicie się pod nos i wyjdziecie na mróz. Po kilku chwilach macie gorącą, skraplającą się parę. Środowisko bardzo wilgotne i ciepłe. Zaraz... czy to nie środowisko idealne do wytwarzania się drobnych ustrojów, które zagrażają naszemu zdrowiu? Nieważne, ważne by dziecko miało ciepłą czapkę i zasłonięte usta! Tak, to była dygresja przepełniona sarkazmem.

Wracając do tematu! Są sposoby na kontrolę ciepłoty dziecka, w sensie "czy się nie przegrzewa". Najbardziej tradycyjny do sprawdzenie czy ma ciepły, ale nie spocony kark. Inne to już wyższa technika, o których wspominają bardziej znane blogerki parentingowe.

Tak czy inaczej, istnieją sposoby na sprawdzenie, czy dziecku nie jest za ciepło w trzydziestu założonych warstwach, a więc dlaczego z nich nie korzystamy i pozwalamy by nasze szkraby biegały w ubraniowym torcie? Bo nie myślimy. Ważne, że dziecku ciepło i się rusza, tak? Otóż, ważne by za chwilkę tak zgrzane nie zaczęło kaszleć, dlatego powinnyśmy zdejmować warstwy, które przegrzewają nasze szkraby.

Nie jestem bez winy...

Sama ograniczam się do ściągania czapek i rozpinania kurtki tak szybko jak się da, gdy znajdziemy się w 4 ścianach choćby autobusu. Mam nadzieję, że jak wrócimy do wypraw na plac zabaw będę bardziej zdeterminowana by zdejmować niepotrzebne ubrania i kontrolować, czy mój mały smyk nie jest przegrzany.

Nic tak nie psuje dobrej zabawy jak... katarek i kaszelek po powrocie do domu.

Teraz tylko zostaje nam czekanie na cieplejsze dni, bo razem z wiosną zamierzam zrezygnować z wózka i przejść na niezależne spacerki bez niepotrzebnych kółek.


Dajcie znać, czy chociaż trochę artykuł się spodobał.


Dziś dzień postaci z bajek i z tej okazji miałam kilka przemyśleń już wczoraj. Bajki kiedyś "Za moich czasów..." to jeden ...

Bajki dla malucha



Dziś dzień postaci z bajek i z tej okazji miałam kilka przemyśleń już wczoraj.

Bajki kiedyś

"Za moich czasów..." to jeden z najpopularniejszych początków zdań, które mają sugerować, że przeszłość była lepsza. Według mnie jeśli chodzi o bajki była dużo lepsza!

Z rozrzewnieniem wspominam Było sobie życie lub niezapomniane sobotnie poranki z Disneyem i codzienne czekanie na wieczorynki. Teraz tego nie ma. Są inne bajki, które mają bawić nie tylko dzieci, ale i dorosłych lub nie niosą za sobą żadnego przekazu. Wspominam z uśmiechem na ustach Muminki lub Gumisie, a nawet Bobry z Wiklinowej Zatoki.

Czego uczyły mnie te bajki? Wydaje mi się, że dobra. Zwykłego i ludzkiego dobra. Niosły za sobą wartości takie jak przyjaźń, szczerość i... wiele innych pozytywnych emocji. Oczywiście, były także produkcje takie jak Tom & Jerry lub ScoobyDoo, ale akurat to mnie nie bawiło ze względu, że byłam dziewczynką, a przemoc i dziewczynki rzadko idą w parze.

Dzięki Było sobie życie nie miałam żadnych problemów by powiedzieć na co dzieli się krew lub by pojąć tajemnice związane z genami i DNA. Prosta i fajna bajka uczyła i bawiła, czyli łączyła przyjemne z pożytecznym. Nadal cieszę się widząc gry, filmy i zabawy związane z tą bajką. Mam nadzieję, że niebawem uda mi się nabyć je dla mojego syna by też poznał tę serię.

Bajki dziś

Przeraża mnie, gdy widzę produkcje o gąbkach i wiewiórkach na dnie oceanu. Nie mam pojęcia, co za sobą niosą mimo, że widziałam je kilka razy w życiu. Jestem dumna, że w moim domu nie ma telewizora (mimo, że czasem chciałabym móc pograć na konsoli i... ale może kiedyś się uda zaserwować sobie i taką rozrywkę), w którym non stop lecą bajki, na które nie mam wpływu. Tak, chyba należę do tych mam, które lubią mieć kontrolę. Usprawiedliwiam się tym, że ta kontrola to chyba zdrowy objaw w tym wypadku. Bajki też kształtują nasze dzieci, więc dobrze wybierać je z głową.

Z czystym sumieniem mogę polecić W głowie się nie mieści.
To film animowany, który uczy nie tylko dzieci, ale i rodziców o uczuciach. Z tego co czytałam, wszystkie przedstawione w nim teorie znajdują swoje odbicie w psychologii, a więc więzi i odczucia są realnym odbiciem tego, co może dziać się także w świecie naszych dzieci. Dla mnie rozmawianie o uczuciach tych trudniejszych z kimkolwiek jest wielkim wyzwaniem. Trudno było mi usiąść z dzieckiem i strojąc miny mówić jakie uczucia mogą obrazować. Ta bajka pokazała mi, że... smutek też jest ważny i nie jest negatywnym uczuciem, a także potrzebnym. Myślę, że rodzice mogą wiele dobrego z tej bajki wyciągnąć i dać pole do rozmów z dziećmi. Wyszła też seria książeczek, które mogą być punktem wypadowym do rozmawiania o emocjach. Co dla mnie jest ważniejsze, w tej bajce nie chodzi o dwuznaczny humor, który bawi rodziców i dzieci, a o trudne tematy bardzo przystępnie przedstawione chyba dla każdej grupy wiekowej. Uwaga! Wzrusza!

Drugim filmem, który ostatnio obejrzałam, a który mogę polecić to... Zootopia.
Na początku naśmiewałam się nieco z tej bajki, ale odkryłam, że może być to dobry sposób by porozmawiać z dziećmi o postrzeganiu innych ze względu na ich wygląd lub zachowanie. Dobrze czasem dać komuś drugą szanse i spróbować z nim się zaprzyjaźnić mimo, że wydaje się kimś kogo można tylko skreślić i zapomnieć o tej znajomości. Miałam takiego kolegę w szkole. Był nadpobudliwy, ale do tego dociekliwy. Sprawiał problemy wychowawcze, ale dzięki nauczycielom, którzy przesadzili go przede mną mogłam wraz z drugim kolegą wyjaśniać mu jakieś zagadnienia z matematyki. Z uporem maniaka mówiłam "nie ściągniesz pracy domowej, ale mogę na przerwie pomóc ci ją rozwiązać samemu". Nie wiem czy wyszedł na ludzi, ale cieszę się, że mimo uprzedzeń, które mogłam względem niego mieć przełamałam się by mu próbować pomóc. Kto wie? Może właśnie Wasze dziecko przełamie jakiś schemat i wyciągnie rękę do osoby, która potrzebuje pomocy dzięki np. takiej bajce jak Zootopia.

Po co w ogóle bajki?

Mogła bym pisać wiele o rozwijaniu wyobraźni i nauce czytania i poszanowania dla książek. Ba! Mogłabym się rozpisywać o poszerzaniu słownictwa i poznawaniu norm moralnych i społecznych, a także o karmieniu złudzeniami, ale... dla mnie najważniejsze w tym wszystkim jest to, by rozmawiać z własnym dzieckiem. Nie! Pytanie "jak minął dzień" to nie rozmowa. Wspólna konwersacja zaczyna się od opowieści. Za czasów mojego dzieciństwa mama prosiła o opowiedzenie filmu, na którym byłam z klasą w kinie. Oczywiście, chciałam się z nią podzielić tym, ale musiałam nauczyć się opowiadać z sensem o tym co widziałam. Gdy oglądamy wspólnie bajkę dobrze czasem powiedzieć coś na bieżąco lub po wyłączeniu bajki, przytulając się opowiedzieć sobie co było dobre a co złe w tej bajce. Kto był dobrym charakterem, a kto złym lub co my byśmy zrobili w takiej sytuacji. To wielka nauka dla dziecka, a dodatkowo uczy rozmawiać nawet na trudniejsze tematy.

I co? Bajki są potrzebne?
No wiem, DZIEŃ POSTACI Z BAJEK, a ja tylko o bajkach a nie o bohaterach, którzy są dla nas więcej niż wyjątkowi, ale... o tym na pewno poczytacie w tysiącu innych miejsc.

Wesołego Dnia Postaci z Bajek :)

Chciałoby się napisać „to nasza pierwsza” jesień, ale prawdę mówiąc to ta będzie już drugą, bo Żuczek urodził się latem. Poza ty...

Jesień z dzieckiem







Chciałoby się napisać „to nasza pierwsza” jesień, ale prawdę mówiąc to ta będzie już drugą, bo Żuczek urodził się latem. Poza tym jakoś ta pierwsza nie zapadła mi aż tak w pamięć, teraz natomiast widzę nowe wyzwania… i już się na nie cieszę :)

Jesiennie i kasztanowo

Pierwsza rzecz, którą można robić jesienią, i to nawet z najmniejszymi maluchami, to zbieranie kasztanów. Otwierają one mnóstwo możliwości, także macie pole do popisu. Dzieci powinny dotykać różnych faktur i tu akurat kasztany nie są jakieś rewelacyjne, bo są gładziutkie i bardzo miłe w dotyku. Ale już w skórce… Trochę się bałam jak Króliczek zareaguje na kolce, ale była zainteresowana i nie bała się dotykania ich. Taki oto prosty sposób na poznawanie nowego przedmiotu, oglądanie kształtu i koloru, dotykanie, mizianie, pewnie i próbowanie, smakowanie. Wiecie, zawsze można je obmyć lub wytrzeć, a nawet sparzyć… zostawiam pod rozwagę. Moje Dziecko akurat dostaje takie prosto z ziemi.
Kiedy już zbierzemy kasztany to od razu przychodzą nam do głowy ludziki, które dzielnie produkowaliśmy na plastyce w szkole, a nawet przedszkolu. Roczniaki chyba im jeszcze nie sprostają, co nie znaczy, że nie warto tych jesiennych okrąglaczków zbierać. W przypływie desperacji, że oto Dziecia trzeba czymś zająć, bo należałoby jednak przygotować jakiś obiad. Czy cuś. (Wiecie, tu można wstawić wszystko, także pisanie posty na bloga) taki oto pomysł nam się wyklarował, że można kasztankami rzucać do celu. A pod ręką akurat była… wytłaczanka do jajek (tak, musiałam to wygooglać). Z jej pomocą to można nawet celować na punkty, czyli im bliżej środka wytłaczanki tym lepiej.


Zabaw z kasztankami może być mnóstwo. Ot, chociażby grzechotka. Aż boję się pomyśleć jaki to by był dźwięk,  gdyby napełnić nimi metalowe pudełko! :) Ale jakby wrzucić jednego niewinnego kasztanka do plastykowej butelki… No, nie byłoby tak donośnie, ale na pewno ciekawie i zupełnie inaczej niż szumi przesypywany w ten sposób mak, ryż czy groch. Nam akurat niewiele do szczęścia na tym etapie potrzeba, bo wystarczy, że można przekładać coś z pudełka do pudełka. A do tego kasztanki nadają się bardzo dobrze. Zabawę można urozmaicić też żołędziami czy szyszkami, szczególnie dostępnymi jesienią szyszkami bukowymi (podręczny ekspert mówi mi, że to się nazywa buczyna i na pewno nie jest szyszką, ale dla mnie to „szyszki”, choć oczywiście szyszkami formalnie nie są.)

 

 

Czy deszcz czy słota... warto spacerować

Cokolwiek zbierzecie w jesiennym parku czy lesie najważniejsze jest to, żeby jesień była czasem aktywności. Teraz przygotowujemy się na zimę i jeśli nasz organizm nie przyzwyczai się do chłodku to jak będziemy spacerować zimową porą? A spacery są ważne dla odporności i dobrego funkcjonowania. To porcja aktywności, o którą warto dbać, szczególnie jeśli są one jedyną jej formą. Póki co, oby jesień jak najdłużej rozpieszczała nas słońcem i ciepełkiem, a jeśli przyjdzie słota… cóż, bądźmy na nią gotowi i szykujmy się na chlapanie kaloszami w kałużach. :)



Ostatnio miałam czas, by się zastanowić nad koszulkami z zabawnymi napisami dotyczącymi macierzyństwa i pokrewnych dziedzin z podpisem ...

Daję miłość...


Ostatnio miałam czas, by się zastanowić nad koszulkami z zabawnymi napisami dotyczącymi macierzyństwa i pokrewnych dziedzin z podpisem "Jaka jest twoja supermoc?". Uznałam, że skoro nie karmię bluza czy koszulka "daję mleko/produkuję mleko" mnie już nie dotyczy i zaczęłam kombinować dalej, ale... zawsze pojawiało się jakieś "ALE".

Daję mleko

Tak, wydaje się to niewinną deklaracją "karmię i jestem z tego dumna". Oczywiście, mamy, które podjęły trudy laktacji i nie chcą z nich rezygnować przy pierwszej lepszej okazji są godne podziwu, ale są też mamy, które bardzo chciałyby karmić, ale nie mogą. I teraz pomyśl: idzie taka mama, która znów wraca od lekarza i znowu jest coś nie tak, bo ma zapchane kanaliki albo jeszcze inne nieszczęście i widzi drugą mamę, która dumnie pręży pierś twierdząc, że jej supermocą jest dawanie mleka. Może być bolesne, prawda?

Nie chcę powiedzieć, że nagle teraz niech wszystkie mamy karmiące siedzą cicho, bo kogoś urażą faktem, że podczas spaceru będą musiały nakarmić dziecko i zacząć je karmić. Nie wiemy w końcu, co kto przeżywa w swojej głowie, a karmienie dziecka nie dość, że jest obowiązkiem, ale dodatkowo karmienie piersią jest po prostu piękne. 

Daję życie

Później pomyślałam o czymś odpowiednim dla obojga rodziców i czymś łączącym wszystkich rodziców... tych biologicznych. Fakt dania życia jest bezsprzecznie piękny i spajający. Nikt chyba nie ma wątpliwości, ale... i tu znów pojawia się problem. Istnieją rodzice adopcyjni i tacy, którzy nie mogą mieć dzieci. Łatwo wyobrazić sobie sytuację, gdy kobieta wraca z kolejnego badania lub po kolejnym poronieniu. Jedno wielkie nieszczęście i znów widzą miłych, uśmiechniętych rodziców, którym szczęśliwie się udało. No i wybucha.

Z drugiej strony, nie popadajmy ze skrajności w skrajność! To, że niektórym parom nie udaje się zajść w ciążę to nie znaczy, że my musimy chować się z naszymi dziećmi i udawać, że ich nie mamy lub nie są powodem do szczęścia i uśmiechu. To byłoby chore. 

DAJĘ MIŁOŚĆ!

Moja propozycja (mam nadzieję) jest genialna w swojej prostocie. Łączy rodziców karmiących naturalnie i słoiczkowo, tych którzy rodzili naturalnie i przez cesarkę, tych którzy dzieci pokochali od pierwszego wejrzenia na sali porodowej i tych, którzy pokochali w innych okolicznościach... a do tego tych wszystkich, którzy nie chcą mieć dzieci i chcą żyć tylko we dwoje. 

Miłość łączy wszystkich! Miłość można dać mamie, partnerowi, czy kotu, a także dziecku.


I co? Chcielibyście koszulkę, która Was identyfikuję z tymi, którzy kochają?

Dopiero pisząc ten artykuł zorientowałam się, że mówi się "Bóg jest Miłością", a więc dając Miłość stajemy się bliżsi Bogu. Pokrzepiająca myśl na niedzielę, prawda?

Niedawno doświadczyłam przykrej sytuacji, gdy w zasadzie zostałam wyproszona z dzieckiem z kościoła, bo przeszkadzałam w skupieniu ...

Miejsce dziecka w Kościele okiem LamiMummy




Niedawno doświadczyłam przykrej sytuacji, gdy w zasadzie zostałam wyproszona z dzieckiem z kościoła, bo przeszkadzałam w skupieniu jednej pani (około 40 lat, sama miała na oko 10 letnią córkę). Zaczęłam myśleć o miejscu dziecka i matki w Kościele.

Nasze początki i założenia

Wszystko jest pięknie, gdy przychodzisz do kościoła z brzuszkiem. Ludzie się uśmiechają, a nawet ustępują ci miejsca. Rewelacja. Chciałoby się powiedzieć "chwilo trwaj", gdyby nie fakt, że pod koniec ciąży wysiedzenie na godzinnej Mszy robi się problematyczne.

Po porodzie rodzi się pytanie "kiedy pierwszy raz pójść do kościoła?" Ja rodziłam w czwartek i w niedzielę wieczorem miałam wypis. Papiery do wyjścia dostałam ok. 17. Zagryzłam zęby z żalu, że nie zostałam do poniedziałku bo Msza w szpitalu była o 19. Chętnie bym zabrała Kluska w "korytku" i wybrała się na szpitalną Mszę. W końcu miałam za co... i za kogo dziękować. W kolejnym tygodniu (a była to zima) nie wychodziliśmy jeszcze na spacery, a Młody jadł baaaaaaaaaaaaardzo często, więc o wyrwaniu się na niedzielną Mszę także nie było mowy. Po dwóch tygodniach udało nam się trafić na Eucharystię. Niektórzy się dziwili, że zabieram takiego małego szkraba w skupisko ludzi, ale uznaliśmy, że wychodzi już na godzinne spacery w ziąb. Poza tym, skoro postanowiliśmy hartować malucha to kościół mu na pewno nie zaszkodzi.

Do chrztu zanieśliśmy go, gdy miał dwa i pół miesiąca. W pewnym momencie żałowałam, że nie zrobiliśmy tego wcześniej, ale nasz Klusek i tak zniósł to dzielnie.

I właśnie! Stał się małym katolikiem, a więc zyskał pełne prawo do uczestniczenia w życiu Kościoła.


Maluch w wózku

Ludzie w większości nie mają nic przeciwko widząc śpiące dziecko. Gdy marudzi i jest brane na rękę, też nie ma problemu. Schody zaczynają się wraz z płaczem. Ba! Czasem wystarczy wyjęcie dziecka z wózka. Ludzie sami zaczynają się rozpraszać i gaworzyć, albo krzywo patrzeć. Jakim prawem pokazujemy mu to co się dzieje na ołtarzu? Ano takim, że stał się częścią tej wspólnoty i też ma prawo wiedzieć i widzieć.

Wiele się słyszy o przychodzeniu z dziećmi do kościoła, o przykładzie tatusiów i o tym, żeby od najmłodszych lat oswajać dziecko i wpajać mu, że to, co dzieje się na Mszy jest ważne. Nikt jednak nie mówi, że mamy z najmniejszymi dziećmi są ledwo tolerowane na Mszach dla dzieci lub rodzin. Może inaczej by było, gdyby faktycznie na takie Msze przychodziły rodziny i dzieci, a nie (jak na każdą Mszę) 80% staruszków. 


Dziecko na własnych nóżkach

To temat bardzo mi teraz bliski. Odkąd Klusek chodzi i dałam mu taką możliwość, chętnie poznaje kościół. Robię wszystko, by ograniczał się do pierwszego stopnia schodów i by nawet mu się nie śniło wchodzenie do prezbiterium. Co gorsza, są przecież inne dzieci, od których lepiej się ciągnie przykład niż od mamy. W ten sposób stałym elementem, który trzeba odwiedzić na Mszy stał się łańcuch przy chrzcielnicy. Próbuję Malucha ograniczyć do bocznej nawy, gdzie ludzie przecież w jakiś sposób są skupieni na... Mszy w nieco inny (dla mnie tajemny) sposób.


Skupienie

Czy dziecko przeszkadza się skupić w kościele i na Mszy? Oczywiście! Nie tylko rodzicom, którzy zazwyczaj biegają za pociechą i starają się nadążyć za każdą skapującą śliną. Są też ludzie, którzy skupiają się na dzieciach, a nie na tym co się dzieje na ołtarzu. W zasadzie... póki dziecko nie przewróci się lub nie wpadnie na takiego człowieka, on wcale nie musi się nim interesować. Może skupiać się na czym tylko chce. Przecież nikt nie każe ci wodzić oczami za dzieckiem! Jeśli maluch płacze to może być problem. Takim samy problemem jednak jest to, że ktoś nie umie czytać czytań a bierze się za to i nijak ani słowa nie zrozumiesz z pierwszej części Liturgii Słowa. Bywa.

Inną rzeczą jest to, że takie biegające dziecko i cieszące się życiem i nowo odkrytą możliwością podnoszenia dywanu na pierwszym schodku może być motorem do przemyśleń na temat Dziecieństwa Jezusa. Piękny motyw przewodni do kontemplacji! W zasadzie możemy być wdzięczni szkrabom, że mogą się stać motorem do przemyśleń, o których być może dawno już zapomnieliśmy lub nigdy nie mieliśmy okazji pomyśleć.


Moja "przygoda"

Tu chciałam wspomnieć o tym, co zainspirowało mnie do tego posta, czy też artykułu. Byliśmy z Kluskiem i Śliweczką na Mszy w naszym rodzinnym mieście. Ta Eucharystia poprzedzała procesję. Sama nie lubię łazić na takie spędy, ale skoro Babcia chciała to nie było sensu się kłócić. Pierwszym problemem było to, że Msza nie była dla dzieci, a dla młodzieży. Ta dla dzieci w dzień Bożego Ciała jest... jakby wycinana z grafika, bo w tym czasie jest procesja, a po niej następuje Suma. Z braku możliwości wyboru traf chciał, że poszliśmy na tę Mszę.

Klusek do kazania dzielnie siedział w wózku oswajając się z nowym miejscem. Potem jednak nie wytrzymał i uznał, że pora ruszyć i poznać ten przybytek organoleptycznie. Wiedziałam doskonale, że zatrzymując go teraz spowoduję wielki lament, a przecież jeśli czyjąkolwiek uwagę skupi malec to pierwszych rzędów lub osób, koło których uda mu się przemknąć. Nie pozwalałam mu przechodzić za środek kościoła, ani wchodzić dalej niż na pierwszy stopień. Dzielnie prowadzałam go do Śliwki i dawałam mu wrócić na początek kościoła.

Do momentu!

Sama nie wiem, który to był moment Mszy, ale coś koło połowy. Wspomniana na samym początku kobieta zatrzymała mnie i powiedziała "niech pani zabierze dziecko na koniec kościoła, bo nie mogę się skupić". Sama stała w tej dalszej połowie i miałam ochotę powiedzieć "ale niech się pani skupia lub przejdzie bliżej, a nie za filarem, będzie łatwiej". Na końcu języka też miałam "ale on też jest katolikiem i uczestniczy we Mszy jak potrafi". Tak, Klusek potrafi tańczyć nawet do Chwała na wysokości, Spowiedzi Powszechnej lub Ojcze Nasz i to też tego mówionego, a nie śpiewanego.

Skinęłam pani głową i udałam się z Kluskiem na tyły. Modlitwę Wiernych spędziliśmy już w kruchcie, bo na tyłach Młody trzymany w rękach zaczął krzyczeć i się wyrywać. W kruchcie ludzie zaczęli się oglądać na nas. Wyszliśmy przed kościół, bo przecież przy otwartych drzwiach nadal słychać, a Klusek POWINIEN zaraz pójść spać. Podczas Podniesienia znów ktoś mu machną ręką, by się trochę uspokoił. On jednak był w szale, bo przecież nic złego nie robił. Chodził, poznawał, był w Domu Ojca, a więc w miejscu, które powinno być przyjazne, pełne miłości, a nie wykluczenia tylko dlatego, że jest za młody by siedzieć grzecznie w ławce. 

Ja zaczęłam płakać. Może to daleko idące skojarzenie, ale poczułam się jak Maryja, której nie chcieli w żadnej gospodzie. Poczułam się wyproszona z kościoła tylko dlatego, że moje dziecko jest ciekawe świata i nie potrafi karnie siedzieć w wózku.

Nie chcę dawać mu zabawek do kościoła, bo nie o to chodzi, by dziecko bawiło się potem resorakami na schodach do prezbiterium! Nie o to chodzi, by bawić się lalą w kościele. Chcę, by się przyzwyczajał, że jesteśmy razem, a w tym miejscu może czuć się dobrze i swobodnie, a nie być zastraszonym i jak najszybciej chcieć wyjść, by móc pobiegać przed kościołem. 


Drobny apel


Jeśli widzicie mamę z dzieckiem, jeśli wam to przeszkadza, to... pomyślcie może o własnych mamach? O tym, że Jezus też biegał i też może komuś przeszkadzał w modlitwach. W końcu nie był niewiniątkiem, bo ucieczka rodzicom, by poczytać Pismo Święte i nauczać w świątyni to nie przejaw karności i grzecznego siedzenia w ławce, ale chęć poznania świata i inicjatywa, którą podjął.

Gdy byłam na naukach, by zostać chrzestną dla córeczki Śliweczki, ksiądz powiedział rzecz, która utkwiła mi w pamięci. Dziecko nim zacznie pojmować czym jest grzech jest świętsze od papieża i jest bliżej Boga niż nam się wydaje. Po chrzcie został obmyty z grzechu i póki nie wie czym jest dobro i zło jest bezgrzeszne. 

Może właśnie to biegające dziecko, cieszące się każdym kwiatkiem lub słojem na polakierowanej ławce chce dać nam jakąś naukę? Może właśnie przez tego płaczącego szkraba Bóg próbuje powiedzieć nam coś ważnego?



"Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie, nie przeszkadzajcie im; do takich bowiem należy królestwo Boże." Mk 10, 14

Od kilku dni powtarzam sobie "muszę napisać o tym notkę". Czemu? Bo o pozytywach trzeba mówić, a  wręcz krzyczeć. W końcu d...

LamiMummy i duma!



Od kilku dni powtarzam sobie "muszę napisać o tym notkę". Czemu? Bo o pozytywach trzeba mówić, a  wręcz krzyczeć. W końcu duma to jedno z przyjemniejszych uczuć, prawda?

Samodzielność

Klusek ostatnio ćwiczy samodzielne zachowania. Jedzenie całą twarzą oraz dłońmi wychodzi mu fenomenalnie. W takich momentach wybieram zawieszanie oka na czymś innym... fotelu z rzeczami do zszycia? To nigdy nie jest dobry wybór szczególnie, że daje możliwość Kluskowi na atak! Zazwyczaj nie kończy się to dobrze, bo prócz kaszki na całej jego powierzchni ja też dostaję nią rykoszetem. Sami pomyślcie, co może się stać, gdy brudne dziecko postanowi Cię przytulić? Małe brudne rączki wędrują za Twoją szyję torem standardowym, czyli koło policzków i zahaczając o włosy. Hm... kaszka we włosach, na policzku, a także na dopiero co założonej bluzce to nic o czym chciałabym dzisiaj pisać.
O brudnym dywanie też nie!

Naleśniki

Lubicie? Ja tak! Tego dnia, którego dzieje się akcja naszej opowieści postanowiłam olać kaszkę i zrobić naleśniki ku uciesze społeczności obecnej w moim jakże wielkim domu. Nie musiałam przeszukiwać wszystkich zakamarków, by zwabić społeczność do kuchni. Klusek wręcz nie mógł się doczekać aż dostanie swoją porcję! Grzecznie czekał, dyskutował, a w chwili niecierpliwości przyniósł grającą kostkę by umilić i przyśpieszyć proces powstawania jego porcji.

Na pierwszy rzut dostał jednego naleśnika z tatusiowymi powidłami. Ładnie pokrojony wylądował wraz z talerzykiem na stoliczku Kluska. Rzeczony usiadł i zaczął wcinać, a więc mogłam popracować nad porcją dla siebie.

Okazało się, że "świat to za mało", a raczej naleśnik to za mało. Klusek przyniósł talerzyk pokazał, że jest pusty i z cieknącą ślinką (mieszającą się z powidłami na brodzie i policzkach) wskazał właśnie usmażonego naleśnika. Z ciężkim sercem westchnęłam i oddałam mu naleśnika przekładając go na talerzyk. Oddałam naczynie Kluskowi i powiedziałam "tylko nie przewróć się i nie wywal". Uparcie zajęłam się swoją porcją. 

Coś mnie jednak tknęło i uznałam, że sprawdzę, jak tam posiłek mojego syna. Na ten widok serce mi urosło. Wrócił na miejsce nic nie wywalając i grzecznie jadł przy stoliku. On ma 15 miesięcy! To nawet nie półtora roku!

Duma kontra przerażenie

Niektóre mamy nie mogą się pogodzić z tym, że ich dziecko dojrzewa i zaczyna testować przywileje samodzielności. Ja się cieszę. Pomijam wszystkie samolubne przyczyny tej radości.
Spójrzmy na to w ten sposób:
1) Chłopak się rozwija, a więc jest zdrowy
2) Samodzielność oznacza niezależność, a więc danie wytchnienia rodzicom
3) Musi się czuć bezpiecznie skoro podejmuje własne, często ryzykowne działania
4) Nie boi się świata, a z radością go poznaje
5) Przy swoim zacięciu eksploracji wciąż zerka na nas szukając akceptacji i pozwolenia

Duma!
To uczucie zawsze powinno nam towarzyszyć widząc, jak nasze dziecko łapie za łyżkę i próbuje samo zjeść kaszkę, zupkę czy schabowego. To oznacza, że uczymy go ciekawości świata, a nie tracimy kontrolę. Dla naszej pociechy zawsze najważniejsze będzie, że rodzice powiedzą "jestem dumny z ciebie".

Zdjęcie z Instagrama Bored Panda. Oryginały na: http://www.secondlife.toys/en/ Artykuł znaleziony na Bored Panda zainspirował mnie do t...

LamiMummy i... recykling zabawek.

Zdjęcie z Instagrama Bored Panda. Oryginały na: http://www.secondlife.toys/en/
Artykuł znaleziony na Bored Panda zainspirował mnie do tego posta. Czego dotyczył? Prostej sprawy. Jeśli zabawka się rozpruła zawsze można przeszyć jej element innej zabawki zamiast ją wyrzucać. Pomijam fakt, że zawsze przecież można zszyć zabawkę lub naszyć łatkę, ale... sama idea zmusiła mnie do przemyśleń.


O czym myśli LamiMummy, gdy widzi tak przeszyte zabawki?

Ha! Bardzo proste. Zmusiło mnie to do myślenia, że może zszycie zabawek lub łatka to najprostsze i najoszczędniejsze wyjście, ale praktyka zaproponowana przez Bored Panda może mieć znaczenie przełomowe dla rodziców i dzieci.

Zwróćcie uwagę, że ta praktyka to nic innego jak TRANSPLANTACJA. 

Dzięki temu możemy oswajać się z myślą o przeszczepianiu organów. My, dorośli, a także nasze dzieci. Ważny temat? O tak! Ostatnio przewija się w serialach i filmach i wciąż wymaga przypominania w naszej świadomości. Podczas poprzedniej mojej wizyty w przychodni (czyli w tym tygodniu) zgarnęłam nawet kartkę "Zgoda na życie", ale jeszcze jej nie wypełniłam. Pewnie obecność takiej zabawki bardziej, by mnie do tego zmobilizowała.

Może i jest to działanie podprogowe i na pierwszy rzut oka, dla osób, które nie zwracają na to uwagi wcale się to tak nie kojarzy, ale... gdzieś w świadomości się rodzi, że gdy jedna zabawka kończy swoje życie to może jeszcze zrobić coś dobrego, może stać się częścią naszej ulubionej, rozprutej zabawki. 

Do mnie ta idea przemawia!
Brawo Bored Panda!

Rozwijanie hobby na kokosowo Po urodzeniu dziecka miałam taki czas, kiedy nie wiedziałam jak się nazywam. Kiedy cieszyłam się jak głu...

Kokosowa Mama z pasją



Rozwijanie hobby na kokosowo

Po urodzeniu dziecka miałam taki czas, kiedy nie wiedziałam jak się nazywam. Kiedy cieszyłam się jak głupek samotnym wyjściem do sklepu. Do tej pory moją ulubioną codzienną czynnością jest prysznic, kiedy mój Żuczek już śpi. Już nie wystarcza mi 10 minut ochlapania się letnią wodzie. Teraz delektuję się każdą chwilą pod ciepłym strumieniem, kiedy jestem sama ze sobą i swoimi myślami. A częściej ich brakiem. Uwielbiam te chwile. Dlatego naprawdę kupiłam sobie kokosowy żel pod prysznic. Tak rozwijam moje jedyne hobby karmiącej, etatowej matki.

A jednak…

Jest to prawda, ale nie do końca. Mam jeszcze pasję. Kiedyś myślałam, że to hobby, ale właściwie skoro znajduję na to czas nawet teraz to chyba jest to rodzaj pasji.
Kilka lat temu założyłam przez stronę internetową drzewko genealogiczne mojej rodziny. Właściwie nie wiem, dlaczego i nie wiem, jak to się stało, że akurat trafiłam na tę stronę. Czasem długo nie wrzucam nowych informacji, a nawet wcale tam nie zaglądam. A czasem bakcyl przytakuje i siedzę do późna szukając wieści w necie. Wykorzystuję także odwiedziny u rodziny, by wypytać ich o wszystko, co jeszcze pamiętają. I cieszę się wtedy podwójnie, że jeszcze są i że mogę ich pytać. Ogólnie, budowanie mojego drzewka sprawia mi mnóstwo frajdy. Jestem dumna z każdego konara, każdej gałęzi, gałązki i listka. Każdego okrucha informacji, które kiedyś połączę. Albo też nigdy nie dowiem się, kim jest jedna czy druga ciotka ze starej fotografii.



W poszukiwaniu niestraconego czasu

Warto zainwestować swój cenny czas w takie poszukiwania. To sposób na zacieśnienie rodzinnych więzi. Wprawdzie w każdej rodzinie są sprawy, o których się nie mówi, ale jest też mnóstwo takich, które tylko czekają na zainteresowanie. Starsi ludzie zwykle lubią opowiadać o czasach swojej młodości i wystarczy tylko pociągnąć temat, by zyskać cenne informacje do drzewka, ale także wiedzę o życiu codziennym w czasie wojny, przed nią czy tuż po niej.
Zacieśnianie więzi rodzinnych może iść dalej, bo możecie odkryć nowych, nieznanych dotąd kuzynów. Potencjalnie mogą mieć nawet dzieci w wieku Waszych pociech. A może wśród krewnych czeka na kontakt jakaś miła ciotunia, która potrafi upiec pychotkową szarlotkę i przy herbatce chciałaby pogawędzić z Wami o dziadkach czy pradziadkach i ich udziale w wojnie rosyjsko-japońskiej.
Każdy rodzic tysiąc razy słyszał już pytanie, do kogo podobna jest jego latorośl. Drzewko to okazja do przeglądania rodzinnych zdjęć i wydobywania z zakamarków pamięci opowieści o sumiastych wąsach i spłowiałych twarzach. Zdarzało mi się, że nikt już nie pamiętał, która ciocia stała z trójką dzieci obok wysokiego czarnowłosego męża, a tu nagle olśnienie i okazało się, że to Maria, Cesia czy inna Zosia. Może do ich najstarszej, ślicznej córeczki będzie za rok podobna moja Kruszynka. To dotyczy także charakteru. Bo przy okazji Babcia wspomina swojego wuja, który był roztrzepany zupełnie jak ja, ale uwielbiał się śmiać (też jak ja). Aż dziw, że nigdy wcześniej o nim nie słyszałam.
Czy trzeba długo zachęcać do poznawania własnych korzeni? Oczywiście, fajnie byłoby mieć przodka, który wojował z królem Jagiełłą, ale prawdę mówiąc, wystarczy mi, że byli porządnymi chłopami, którzy starali się żyć uczciwie i kochać wzajemnie. Nie oszukujmy się zresztą, mimo chęci, większość Polaków ma korzenie chłopskie i to żadna ujma dla nikogo. Może Zagłoby tośmy w rodzinie nie mieli, ale za to odkryłam wśród moich protoplastów Eleonorę, Gabriela czy Kunegundę. Dzięki mojej pasji mam pod ręką szereg tradycyjnych imion, z których mogę czerpać inspirację przy nazywaniu dzieci. Nie muszę, ale to zawsze jakiś pomysł. Tak czy siak, kolejna córka to chyba powinna być Marianna, bo mamy takowe w każdej gałęzi i prawie w każdym pokoleniu. Ciekawe, czy to specyfika naszego matecznika, regionu czy takie czasy po prostu?
A ponadto drzewko przyda się Waszym dzieciom na lekcjach historii. Niby to dopiero w czwartej klasie, ale już widzę minę mojego Dziecka, kiedy pokażę jej nasze rozłożyste drzewo, nad którym pracowaliśmy kilka lat. Tak serio, to pozwolę jej zrobić własne drzewko, a dopiero potem uzupełnimy je dodatkowymi informacjami. A może zarażę Ją naszą pasją i będzie jeździła z nami po archiwach, by szukać nowych danych? A może nie. W każdym razie, nie zamierzam uczyć Małej czytania na przykładzie ksiąg metrykalnych. Choć oczywiście to też jest pewna możliwość ;)



Głos LamiMummy

Może i mój głos jest nieśmiały, ale nie byłam biernym obserwatorem pasji Śliweczki. Oj nie! Tylko, że ja zatrzymałam się przy pierwszej trudności w postaci parafialnych ksiąg pisanych cyrylicą. Nie znam tego pisma, a już na pewno nie kaligrafowanego i pisanego. Co prawda, dostrzegłam pewną niewyjaśnioną tajemnicę w odnalezionych zapiskach, ale…
Podziwiam i wysłuchuję każdej rewelacji o odnalezionym przez Śliweczkę akcie urodzenia lub zgonu, którzy oddala nas od znanych nam naszych korzeni. Oddala, bo przecież znamy naszą historię coraz dalej.
Mogę też dodać, że… ja, jako ta bardziej plastyczna siostra pokusiłam się o stworzenie dla naszego Dziadka na urodziny ówczesnego drzewka. Co prawda, było bardzo skrócone, ale ważne było, aby Dziadek widział, że jego życie owocuje… nami. Teraz, gdy o tym piszę łza kręci mi się w oku, bo Dziadka nie ma między nami ciałem, ale jest duchem. Chyba właśnie to jest sens robienia zdjęć i dokumentowania przeszłości.

Czemu to ma służyć?

W mojej opinii to nie tylko chwaleniu się w szkole, czy szukaniu imion, ale też budowaniu świadomości. Chyba każdy kiedyś zastanawiał się skąd pochodzi to nazwisko, które nosi. Poza tym, wiedząc, że dawno temu był ktoś, kto żył za czasów rozbiorów i jakoś sobie radził. Może służył w dworze, może płodził dzieci, ale żył i nie wiedział, że kiedyś przyjdzie taki Klusek na świat lub taka Iskierka Śliweczki. My jednak możemy pamiętać ich imiona, gromadzić ich historię i mieć nadzieję, że kiedyś… ktoś zapisze nasze imiona gdzieś blisko pnia, czy w korzeniu swojego drzewa.


To oczywiście nie nasza rodzina, a tylko ilustracja jak takie drzewko może wyglądać. Potencjalnie :)
Obsługiwane przez usługę Blogger.