Co może zostać z nami, kiedy wywietrzeje już aromat pierników i zjemy ostatni makowiec? Stawiam na kolędy, które możemy śpiew...

Święta, święta i po świętach...




Co może zostać z nami, kiedy wywietrzeje już aromat pierników i zjemy ostatni makowiec? Stawiam na kolędy, które możemy śpiewać w Polsce do 2 lutego. Właściwie to ciekawy element polskiej specyfiki, że tradycyjnie wszyscy zamykają śpiewniki z pieśniami i piosenkami bożonarodzeniowymi w Trzech Króli, czyli 6 stycznia, a my mamy jeszcze prawie miesiąc, by się nimi nacieszyć. No to korzystajmy z tego przywileju!

O wspólnym świętowaniu można pisać wiele. 

A to o tym, co może jeść karmiąca matka, a to jakie prezenty najlepiej wybrać dla pociech mniejszych i większych. Albo o tym jak i co powiedzieć lub nie powiedzieć dzieciom o naszych poglądach na temat św. Mikołaja i jego kulturowej personifikacji. Hmm... Zostawmy te tematy na inny wpis, może kiedyś. A może nie ;)

Dla nas obu, Lamy i mnie, ważnym elementem wspólnego rodzinnego świętowania Bożego Narodzenia jest kolędowanie. To nie znaczy, że mamy tak niesłychanie muzykalną rodzinę, że każdy bierze pod pachę swój ulubiony instrument, którego jest wirtuozem, i niczym orkiestra symfoniczna rozkładamy partytury, stroimy się i jedziemy z koksem. Aż się rozczuliłam na taką myśl, ale tak nie jest. Jedni śpiewają lepiej, inni słabiej. Jedni głośno, inni powinni ciszej, ale akurat też lubią głośno, takie życie... Ogólnie śpiewamy jak kto umie, a capella albo z tym, co akurat jest pod ręką. Nie ukrywam, marzy mi się wielka orkiestra, choćby złożona z samych operatorów trójkątów, ale na razie nasze możliwości kończą się na gitarze, jak się akurat uda ją nastroić, dobrać akordy i "bicie". W końcu nie o to chodzi, by efekt powalił (choć czasem akurat powala, bo każdy śpiewa swoją wersją albo wręcz swoją kolędę). W przypadku tych pieśni właśnie, moim zdaniem nie ma to najmniejszego znaczenia. No chyba, że akurat startujecie w jakimś konkursie. W takim razie: powodzenia!

A co kolędy mają do rodzicielstwa? Moim zdaniem jeśli chcemy to mogą być ciekawym elementem wspólnego przeżywania Świąt. To element naszej tradycji. No i wspólnie spędzamy czas. Robimy to razem. Tak jak każdy umie i chce. Można śpiewać, można grać, można słuchać. 

Sądziłam kiedyś, że to trudne nauczyć dzieci kolęd

ale w tym roku zmieniłam zdanie. No i od razu wyjaśnię, że nie przerasta to mojego Dziecka lat dwa i pół. Ale oczywiście w umiarkowanym zakresie, delikatnie mówiąc.
Mnie to wystarcza. I daje nam sporo okazji do zabawy.

Do wyboru mamy mnóstwo kolęd, pastorałek i piosenek świątecznych. 

Myślę, że można próbować ze wszystkim, ważne by refren był chwytliwy i miał prosty i nie za długi  tekst. Ale nie jest to warunek konieczny, jak się okazuje. W końcu można włączyć do gry także proste instrumenty, np. perkusyjne. Mam nadzieję, że grzechotki, trójkąt czy bębenek urozmaici Wam wspólne kolędowanie.




A teraz mała podpowiedź, od czego my zaczęliśmy: 

najprostszy refren ma chyba "Przybieżeli do Betlejem". Do załapania jest też refren w "Gdy się Chrystus rodzi". Nieco mnie to zdziwiło w tym roku, ale okazuje się, że "cuda, cuda ogłaszają" z "Dzisiaj w Betlejem" też wpada w ucho. Do tego część tekstu w zwrotkach się powtarza, co także ułatwia wspólne śpiewanie. Większość tradycyjnych kolęd nie ma refrenu, bo opowiada pewną historię, która ma ciąg dalszy w kolejnych zwrotkach. Wyjątkiem jest  "Do szopy, hej pasterze" - warto wykorzystać tę okoliczność. Wydawało mi się, że proste do złapania będzie także "lililaj" z "Gdy śliczna panna", ale akurat moje Dziecię woli szybsze rytmy i starannie omija kolędy wolne i nostalgiczne. Wyjątkiem jest tu mniej tradycyjna piosenka o małym doboszu. Być może to dlatego, że to ulubiona kolęda babci oraz że znaleźliśmy ładną wersję animowaną w necie, dzięki czemu łatwiej jej było dowiedzieć się o czym opowiada ta piosenka (a polski tekst tego nie ułatwia, bo mocno odbiega od angielskiego oryginału).
Ale prawdziwym hitem tego roku okazało się (o dziwo!) "Pójdźmy wszyscy do stajenki". To u nas po prostu "kolęda o stajence". Czemu tak się stało? Przychodzi mi do głowy tylko to, że prababcia powiedziała, że to "może" być jej ulubiona kolęda. Oraz, że po prostu spodobała się Małej. Poza tym... no, nie jest to pieśń o chwytliwym refrenie, jakby co. Ale skoro pojawia się prośba "Mamo, śpiewaj o stajence" to jadę i śpiewam i nawet próbujemy razem (na razie opanowała pierwszy wers, a dalej tworzy tekst na bieżąco, głównie czerpiąc inspiracje z "Panie Janie". O melodii na razie właściwie nie ma co wspominać.)



A co ułatwi Wam wspólne śpiewanie? 

Polecam przygotowanie wcześniej (można myśleć już o przyszłym roku, czemu nie?) śpiewników. Zwykle spotykaliśmy się w domu z problemem tekstu, który w naszych głowach kończył się na drugiej, no może trzeciej zwrotce. Ale skoro już śpiewamy i dobrze nam idzie to miło by było zaśpiewać pięć zwrotek, czemu nie. Ale w tym śpiewniku czwarta zwrotka taka, a w innym jest tekst piątej w tym miejscu. No i pojawia się konsternacja. Warto więc mieć jednolite śpiewniki, a łatwo je przygotować samemu. Największy problem to szycie grzbietu, żeby się trzymały. Reszta to pestka. Dobrze jednak pamiętać o tym, odpowiednio duży tekst mogły przeczytać wszystkie osoby, także seniorzy w okularach dobranych trzy lata temu, z grubsza. 

Ciekawym urozmaiceniem będą instrumenty. 

Przynajmniej jeden wiodący ułatwi utrzymanie w ryzach melodii, ale warto stworzyć sekcję perkusyjną, która doda tu i ówdzie jakąś wesołą nutkę. Nawet jeśli ta nutka będzie głośna i średnio pasowała. Wtedy możemy się umówić, że perkusja daje popis swoich możliwości w refrenie albo przy powtórzeniu tekstu. Albo przy jednej kolędzie, którą ustalimy na początku. Ale wtedy lepiej wpleść tę kolędę w program wieczoru przynajmniej dwa razy, by docenić zapał grających. W roli perkusji świetnie sprawdzą się trójkąt, tamburyno, grzechotki, janczary... i cymbałki, choć niektóre dźwięki mogą nie być trafione. Od razu dodam, że gdybyście chcieli nabyć cymbałki w sklepie muzycznym to proście o "dzwonki chromatyczne". o czym zostałam kiedyś w takowym sklepie poinformowana. Moim zdaniem pan podał mi cymbałki, ale on twierdził, że to dzwonki najprawdziwsze i nazywanie ich nazwą potoczną nie przystoi. Czy jakoś tak.


Tym samym życzę Was wszystkim, którzy akurat dotrwaliście do końca mojego wpisu dobrego czasu spędzonego wspólnie w Nowym Roku. Mamy jeszcze ponad miesiąc na wspólne kolędowanie. Co Wam polecam. Wszystkiego dobrego!







Podobno dobrze jest być tu i teraz. Nie martwić się jutrem, pojutrzem ani przyszłym tygodniem. Nie martwić się zmianą pór r...

Tu i teraz






Podobno dobrze jest być tu i teraz. Nie martwić się jutrem, pojutrzem ani przyszłym tygodniem. Nie martwić się zmianą pór roku ani fazami księżyca. Nie martwić się sposobami liczenia lat w poszczególnych kulturach. 

Tak, zmierzam do absurdu, żeby udowodnić samej sobie absurdalność moich wielu zmartwień. Przecież na wiele z tych i innych spraw po prostu nie mam wpływu, więc moje martwienie się zmieni tylko ilość siwych włosów na mojej głowie (kiedyś myślałam, że także prawdopodobieństwo wrzodów, ale skubani naukowcy udowodnili, że to zależy tylko od obecności jakichś bakterii, więc mój stres nawet na to nie wpływa, hmm...).

A mimo to patrzę na przyszłość i poza zmartwieniem znajduję w tym  sporo pocieszenia.
Kiedyś moje Dziecko dorośnie, a ja będę mogła odkrywać z nim świat. Będę mogła zwiedzić zamek, muzeum, latarnię morską, obserwatorium astronomiczne. Odnajdziemy na niebie Oriona, a na horyzoncie Grudziądz czy Trzebnicę. Wejdziemy razem na najwyższy szczyt Gór Sowich oraz Niżu Polskiego, popłyniemy kajakiem, pojeździmy na rowerze, powędrujemy lasem i polem. Weźmiemy udział w festiwalu filmów dla dzieci i młodzieży albo targach książki. Posłuchamy instrumentów i szumu morza. Już nie mogę się doczekać.

A teraz... teraz jest piękny okres, kiedy moje Dziecko uczy się wielu rzeczy, coraz lepiej się komunikuje, coraz więcej rozumie i obie z każdym dniem uczymy się kochać się bardziej. To piękne obserwować, jak bardzo potrzebni jesteśmy jej oboje, jej Tata i ja. I jaka jest szczęśliwa, kiedy jesteśmy wszyscy razem. Ale są też trudne momenty i wtedy marzenie o kolejnych interesujących wyzwaniach mi pomaga przetrwać to co tu i teraz. Może część z tych rzeczy, o których myślę będzie chciała zrobić sama. Może niektórych w ogóle nie będzie chciała spróbować. A może coś zrobimy kilka razy, bo tak nam się spodoba. To nic. Jestem ciekawa naszej wspólnej przyszłości. Naszej i jej osobno też.

A tu i teraz... 



Żeby się nim cieszyć pewnie jeszcze długa droga przede mną. Podobno tak człowieki mają skonstruowany mózg. Mózg, który przetwarza tyle rzeczy, uczy się, rozumie, myśli... Uh, nie da się ogarnąć na razie. Ale też skupia się na negatywnych elementach i sprawia, że zachowujemy się jak pierwotne gady. Na szczęście potrafi też marzyć. Także o tym, by cieszyć się tu i teraz.


Jak dawno mnie tu nie było! Moją uwagę nieco przyćmiły różne projekty na kanale na Youtube oraz prace nad innym projektem. Oj! No i prac...

Chorowanie z Dzieckiem VIS. Chorowanie Samej


Jak dawno mnie tu nie było! Moją uwagę nieco przyćmiły różne projekty na kanale na Youtube oraz prace nad innym projektem. Oj! No i praca zawodowa. Tak się skupiłam na różnych codziennych sprawach, że... wylądowałam w kolejce po numerek do lekarza, a potem pod gabinetem lekarskim z tygodniowym zwolnieniem w ręku. Szczęśliwym trafem mogłam rozkoszować się "chorowaniem" przez całe 2 dni. Skończyło się wtorkową informacją o gorączce Młodego. Skoro i tak miałam zwolnienie to Staś został ze mną kurując się tradycyjnymi metodami, szczególnie że nim wrócił do domu z przedszkola po gorączce nie było śladu. Dziś kończy się moje zwolnienie i wiem dokładnie czy jest chorowanie samej i z dzieckiem. Różnica jest diametralna!

O tym wie każda mama kobieta

Wydaje się, że każda kobieta choruje w podobny sposób. Jeśli nie ma olbrzymiej gorączki zwalającej z nóg przyświeca im jedna myśl "wreszcie ogarnę nieco dom". Ja chętnie zrezygnowałam z tej myśli. Zawsze ją mam gdy mam nieco wolnego w ciągu tygodnia i słabo na tym wychodzę... ale porządek JAKIŚ mam. No, taki który można mieć mając dwulatka w domu. Oj, porządek wtedy jest towarem deficytowym i znika prawie tak szybko jak czekolada przed okresem.
Tym razem postawiłam na wypoczywanie. Nie można wiecznego kaszlu, antybiotyku (o sugestywnej nazwie ZAMUR) i zapchanego nosa nazwać relaksem, ale pewnym resetem można nazwać siedzenie pod kołderką, oglądanie seriali a gdy powieki robiły się za ciężkie po prostu zasypianie. W takich warunkach miałam szczere nadzieje na wyzdrowienie.

Gdy zjawia się dziecko...

Czy ktokolwiek potrafi wypocząć przy chorym dziecku? A przy dziecku, które teoretycznie jest chore a ma masę energii? O? Czyżbym nie widziała chętnych? Otóż nie da się!
Mój Mały Wulkan Energii nie odpoczywa. Udało mi się raz pospać do jakiejś 6:30, gdy Staś był ze mną w domu. Potem wyszło na jaw, że nie śpię (w końcu ktoś musiał zamknąć drzwi i być przytomny przy dziecku).
Plan dnia był prosty:
ok. 6:00-6:30 Radosny śpiew z okazji przebudzenia mamy
7:00                Leki i śniadanie
7:15-9:00       Zabawy wszelkie
9:00                Drugie śniadanie
9:15-10:00    Próby zrobienia prania. W końcu ktoś to musi zrobić, a wypadek z nocnikiem/jogurtem/życiem nie może czekać... no i śmierdzi... chyba. Byłabym pewna gdybym miała powonienie.
10:00           Może pora na zimną kawę? Inkę bo po co pić normalną na chorobowym? Zimna bo przecież przy dziecku picie kawy przy śniadaniu to przeżytek i dziecko wręcz wymaga kosztowania zimnej kawy.
11:15              Jestem zmęczony! Puszczaj moje piosenki! Skacz! Tańcz!
11:30       Jestem zmęczony! Chcę to! Nie to a tamto! Tamto jest złe! Nienawidzę tamtego! MAMOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOO!
11:45              Życie jest piękne! Znalazłem WINOGRONA!
12:00              Bajka? Książka? Puzzle?
12:11            Ułożę trasę dla samochodu, ale jak dołożysz klocki nie tam gdzie chcę to zniszczę świat!
12:28              Świat umrze! TERAZ!
12:36-13:49    Jedzenie tak! Ale nie to! Umrzyj! Nie śpij! Czytaj! Śpiewaj! Nie oddychaj! Przytulaj! Nie dotykaj! Tul! GRAJMY NA UKULELE! Nie dotykaj ukulele! MOJE!
13:56               Mogę to zjeść skoro właśnie robisz obiad, bo robisz, prawda?
14:26               Miłe, że zrobiłaś obiad, ale... właśnie usnąłem.
16:48               Czy widzę grozę? Nie! Nie śpię już! Będę marudził bo przebudzenie to zło!
17:20               TATUŚ!
17:24       Tatuś wrócił! Mamo baw się ze mną! Nie, tatuś powinien odpocząć po pracy. MAMOOOOOOOOOO
18:30                Kolacja? No dobrze
18:45                Nie chcę się myć!
19:00                Mamo, myjesz się? To ja też! Z tobą, ale nie myjemy głowy, dobrze?
19:11                NIE WYCHODŹ! Zostańmy na wieki w wannie
20:00                Chciałaś obejrzeć film z tatą? Fajnie, ale ja NADAL nie śpię
20:47                Znajcie łaskę! PADŁEM!

Czy któraś z chorujących z dzieckiem mam to zna?
Ja tak!

Koszmar czy może jednak nie?

Z jednej strony mam ochotę powiedzieć, że to koszmarny koszmar i nie da się tego znieść, ale zniosłam. Nie czuję się dużo zdrowsza niż na początku mimo, że właśnie skoczyłam antybiotyk. Mimo to chyba bardziej bym się martwiła, gdyby był padnięty i lał się przez ręce. W tak intensywnej rekonwalescencji widzę energię, która zwalczyła chorobę i próbuje zwalczyć mnie. No tak, to po prostu radość z posiadania mamy non stop. Nic tylko się cieszyć z pozostawionego armagedonu... i powrotu do pracy. Po takim powracaniu do zdrowia człowiek zaczyna doceniać możliwość pójścia do pracy bez dziecka, nawet jeśli się je kocha z całego serca.

Mamy dla Was kilka pomysłów na turystyczne jedzenie, które łatwo i szybko można przygotować. I nie są to parówki! I nie są to też...

Jemy smacznie na wakacjach



Mamy dla Was kilka pomysłów na turystyczne jedzenie, które łatwo i szybko można przygotować. I nie są to parówki!


I nie są to też obwarzanki! ;)

Wakacje to czas, kiedy robimy różne rzeczy inaczej niż zwykle. 

Czyli prościej, szybciej, nie mając domowego zaplecza. I to dotyczy także jedzenia. Możemy wybrać różne propozycje wakacyjnego jedzenia lub połączyć je ze sobą. Albo wykupujemy noclegi z wyżywieniem na cały pobyt lub jego część. Możemy także stołować się "na mieście", co oczywiście jest droższe niż jedzenie w pensjonacie czy hotelu, ale daje większą elastyczność co do czasu, miejsca i rodzaju jedzenia, które napotkamy. Możemy też gotować sami, bo wiele pensjonatów daje możliwość skorzystania z kuchni lub aneksu kuchennego. Każdy może wybrać to, co najbardziej mu odpowiada.


A my nastawiliśmy się na gotowanie!


W takim wypadku warto poświęcić kilka chwil na zorientowanie się, co oferuje nasz gospodarz. Może się okazać, że jednak ma znaczenie, czy w kuchni są dwa palniki elektryczne i czajnik czy cztery gazowe i czajnik w każdym pokoju. Szczególnie, jeśli wszyscy goście postanowią rano zjeść śniadanie w tym samym czasie, a pensjonat jest spory.
Zwykle w kuchni mamy do dyspozycji kilka garnków, patelni i innych przyrządów. Nie spodziewajmy się jednak znaleźć tam nowiutkie teflonowe patelnie , garnek do gotowania mleka czy blender. Jeśli szczególnie nam na tym zależy - warto spytać przed wyjazdem, czy będzie to dostępne. Często spotkamy za to kuchenkę mikrofalową, a w internetach - mnóstwo filmików jak przygotować sprytnie ciasto w kubku za pomocą mikrofali. Czemu nie skorzystać? Szczególnie, jeśli nie używacie jej na co dzień, tak jak my zresztą.


A co będziemy szamać?

Najczęściej ludzie jedzą w takich turystycznych okolicznościach kiełbaski lub parówki na gorąco, jajecznicę oraz kanapki, czasem z talerzem warzywnym pełnym pomidorów i ogórków jako dodatek do nich. A co my proponujemy jako alternatywę, by smacznie i zdrowo zjeść?
W warunków turystycznych trzeba wziąć pod uwagę okoliczności, czyli przede wszystkim dostęp do produktów. Bywa on bardziej ograniczony niż w domu, ale też możemy spróbować poszukać czegoś, czego w domu nie kupimy. Po pierwsze świeże oscypki, ale nie tylko. Na wsi możemy zdobyć także świeże, niepasteryzowane mleko, które możemy "postawić na zsiadłe" oraz zebrać z niego śmietanę. Do tego świeży twaróg, który naprawdę smakuje zupełnie inaczej niż ten z mleczarni. Mogą to być także mleko kozie, owcze i ich przetwory, jajka, a czasem nawet warzywa lub zioła czy miód. Jeśli macie szczęście albo poświęcicie trochę czasu na szukanie w okolicy za pomocą internetu lub chodzenia i pytania może uda Wam się znaleźć źródło ryb. (Mnie się jeszcze nie udaje, czego bardzo żałuję. Ryby to moja wakacyjna porażka, bo trudno mi je znaleźć w mniejszych miejscowościach, więc niestety po powrocie musimy nadrobić zaległości w ich jedzeniu.) I oczywiście w grę wchodzą także jagody, poziomki, owoce ogrodowe oraz grzyby. Nasze dzieci jeszcze ich nie jedzą, ale i tak można je wspólnie zbierać, jeśli to lubicie.



Poza tym warto wziąć pod uwagę szybkość przygotowania potrawy i ilość naczyń do tego niezbędnych (jednak często trzeba się nimi podzielić z innymi gośćmi). W takim przypadku sprawdzają się wegetariańskie zupy albo jednogarnkowe dania warzywne. Z mięs zwykle wybieram wtedy drób, który wymaga krótszego czasu gotowania. Wspaniałym składnikiem do wykorzystania w takim przypadku są jajka, które pasują do każdego posiłku i wielu warzyw. Idealne!



A teraz nasze przykłady

- owsianka: wystarczy niewielki garnek (dobrze by był polewany lub z nieco grubszym dnem, bo owsiankę łatwo przypalić, szczególnie na kuchence elektrycznej, jeśli na co dzień używamy gazowej lub indukcyjnej), trochę wody, płatków owsianych i ulubione dodatki. By szybciej uzyskać temperaturę odpowiednią dla każdego członka rodziny dolewamy do gotowej owsianki zimnego mleka, zwykłego lub roślinnego. Niektórzy słodzą cukrem, niektórzy miodem, a inni jeszcze świeżymi lub suszonymi owocami. Albo nie słodzą wcale. Jako słodzik polecamy szczególnie banana lub suszone śliwki.

 - makaron z jajkiem: no wiem, nie brzmi to jakoś specjalnie, ale jak się nad tym zastanawiam, to wydaje mi się, że to nawet dość pożywne i nieźle zbilansowane danie, a proste jak konstrukcja cepa i szybkie do przygotowania jak... błyskawica :) Makaron gotuje się 10 min. (my wybieramy pełnoziarniste świderki, a czasem dorzucamy, czyli właściwie przemycamy, marchewkę pokrojoną obieraczką w cienkie paski, ale co kto woli), po przecedzeniu wrzucamy go z powrotem do garnka, w którym się gotował i wbijamy tam jajko lub kilka. Trzeba to mieszać póki jajko się odpowiednio nie zetnie. Wszytko można posypać czymś zielonym, np. pełną witaminy C natką pietruszki (szczególnie, jeśli chcemy przyswoić żelazo z żółtka jajka). Do tego można i warto dodać świeże lub gotowane warzywa. No i już! :)



- kasza z warzywami: kolejne danie jednogarnkowe, które można przygotować w wielu wariantach. Podstawowym może być kasza orkiszowa czy gryczana z papryką, marchewką i cukinią. Ale możemy wrzucać do garnka to, co akurat jest pod ręką, byle przemyśleć nieco czas gotowania poszczególnych składników i wrzucać je w odpowiedniej kolejności. 
Wersja studencka, z którą spotkałam się kiedyś na rajdzie obejmowała makaron (tu mogłaby być kasza, ale przecież makaron też jest w porządku), warzywa z puszek (cóż za prostota przygotowania) oraz pokrojona kiełbaska i dodany na koniec ser żółty pokrojony w kostkę. Wymieszane dane jest pożywne, jednogarnkowe i pozbywamy się resztek, które mamy skumulowane na koniec wyjazdu. Wszystko posypujemy natką, bo czemu nie? ;)

Warto wziąć pod uwagę także naleśniki, placki bananowe (przepis znalazłam w necie, a są przepyszne i składają się z bananów, jajek i płatków owsianych) oraz leczo. Grunt, żeby było smacznie, a dieta także podczas wakacji była różnorodna. 



Smacznego!


Oburzeni? Mieliście być. Ja wolę obchodzić DZIEŃ TATY. Jest taki słynny tekst „OJCEM jest stać się łatwo. Na bycie TATĄ trzeba sobie za...

Nie obchodzę dnia ojca!

Oburzeni? Mieliście być.

Ja wolę obchodzić DZIEŃ TATY. Jest taki słynny tekst „OJCEM jest stać się łatwo. Na bycie TATĄ trzeba sobie zasłużyć”. Zgadzam się w tym w 100%. Nie chcę wygłaszać płomiennych mów opartych na własnych wspomnieniach, ale za to chciałabym napisać o czymś co obserwuję co dnia.


Nie jest prosto być tatą w tym świecie.


Muszę jednak przyznać, że jest znacznie prościej być kochającym rodzicem niż kilkanaście lat temu. Teraz jest nawet modne bycie odpowiedzialnym i zaangażowanym tatą. Czemu więc nadal nie jest prosto?

Spójrzcie na to: każdy dziewczynie gratuluje, pyta jak się czuje i czy dziecko kopie. Kobieta ma namacalny dowód stawania się matką. Tata w tym wszystkim jest wciąż na uboczu. Jasne, mężczyźni się angażują w szukanie fotelików do samochodów, wózków, ale jedyna okazja by porozmawiać z innym przyszłym tatą nadarza się dopiero pod koniec ciąży na szkole rodzenia. Później wcale nie jest łatwiej!

Przed porodem byłam przerażona i to nie tym czego miałam być czynnym uczestnikiem, ale dlatego że uświadomiłam sobie jak mężczyzna musi się czuć w tej styuacji. Gdy już jest po wszystkim, a kobieta jego życia zostaje z dzieckiem w szpitalu on musi jechać do domu kompletnie sam. Jest oszołomiony, podniecony i wzruszony i... jest w tym wszystkim kompletnie sam. Wyobraźcie sobie, że w jednej chwili jesteście najszczęśliwszymi ludźmi na świecie i że na waszych oczach dokonał się cud. Macie poczucie, że staliście i będziecie się stawać dla kogoś wychowawcą i... wracacie sami do pustego domu, gdzie nie ma łez wzruszenia, potu i emocji. Jest... pustka.

Pewnie wiele z was powie, że nadużyciem będzie powiedzenie, że przez tych kilka chwil mężczyzna ma prawo przeżywać baby blues. Ja jednak wierzę, że to może być podobne uczucie. Nie, oczywiście, że nie takie samo, ale jednak podobne. Może właśnie dlatego tak szybko panowie odreagowują na imprezach pępkowych zanim jeszcze żona wróci do domu. Nie chcą być sami, a już niebawem nigdy już nie będą sami.

I później, gdy męskie rodzicielstwo zacznie się na dobre to mężczyzna ma być strażnikiem porządku i „tym surowym”. Ile razy słyszy się „poczekaj aż wróci tata”. I co ten biedny tata ma zrobić? Zamiast bawić się z dzieckiem od progu powinien być karzącą ręką sprawiedliwości czy tego chce czy nie chce.

Wiecie co? Dajmy ojcom być tatusiami. Podział obowiązków nie kończy się na tym, że mama ma być tym dobrym policjantem, a tata tym złym. Jeśli potrafimy usiąść do traktorów i przybić gwoździa to pozwólmy panom usiąść na dywanie i wyjąć klocki lub kredki. To od kobiet zależy na ile nasi panowie będą się czuli ojcami, a na ile tatusiami.

Wszystkiego najlepszego od LamiMummy!



Mimo, że echo Dnia TATY już cichnie ja tym apelem chcę  trafić do właśnie serc pań. Bądźmy dobre dla naszych panów nie tylko na wiosnę (jak mówiła piosenka), ale przez cały rok. Dzięki temu nasze dzieci będą szczęśliwsze. Możecie mi wierzyć!

A ja marzę o górach… Uwielbiam góry i mój Małż dzieli ze mną tę pasję. Teraz będziemy zarażać nią nasze Dziecko. Taki jest plan. I w...

Wakacje w górach - faza planowania



A ja marzę o górach…
Uwielbiam góry i mój Małż dzieli ze mną tę pasję. Teraz będziemy zarażać nią nasze Dziecko. Taki jest plan. I właśnie mamy fazę planowania naszych wakacyjnych wędrówek. Oto jak proponujemy się za to zabrać.

Morze czy góry?
Dla nas odpowiedź jest prosta, ale oczywiście każdy musi sobie sam odpowiedzieć na to pytanie, zależnie od tego, co lubi robić. Jaka nie będzie Wasza decyzja sądzę, że warto rzecz przepróbować na sucho zanim wyruszycie przez pół Polski, albo jeszcze dalej. Jeśli wybieracie morze to może wybierzcie się na lokalną plażę lub basen, żeby zobaczyć, jak malec znosi siedzenie nad akwenem i na jakie aktywności się nastawić podczas wakacji. Może wystarczy dokupić kilka foremek a może jednak nie obejdzie się bez piłki czy pontonu?
Jeśli ciągnie Was w góry to polecamy chociaż jedną wycieczkę po Waszej okolicy, żeby zobaczyć jaki dystans jest w Waszym zasięgu, czy las to wystarczająca atrakcja i czy dziecko chce chodzić samo czy też wybiera łagodne kołysanie nosidła. Takie przygotowanie pozwala lepiej zaplanować czas wyjazdu i dostosować atrakcje do zainteresowań i możliwości malucha.
Dodam kwestię oczywistą: zeszłoroczne doświadczenia mogą się nie przydać w tym roku. Po pierwszej tegorocznej wycieczce widzimy, że zmiany w zachowaniu naszej Truskawki są tak duże, że musimy na wszystko spojrzeć świeżym okiem. Małe dziecko zmienia się bardzo szybko i trzeba nastawić się na elastyczność.

Miejscówka
W tym roku sporo czasu zajęło nam szukanie miejsca, gdzie chcielibyśmy się wybrać. Szukaliśmy według klucza: RÓŻNORODNOŚĆ. Bioróżnorodność to też ważna sprawa, ale tu chodzi o różnorodność atrakcji. Wybierając się w góry szukamy miejsca, które daje nam możliwość zaplanowania krótszych i dłuższych wycieczek. Wykorzystanie nosidła, małych nóżek małego podróżnika, ale także kolejki czy wyciągu. Ot, żeby się przejechać!
Bierzemy też pod uwagę środki transportu, którymi możemy wygodnie dysponować w drodze do i na miejscu. Oraz aktualne zainteresowania dziecka. W naszym przypadku to pociągi, ale kto wie, czy do wakacji to się nie zmieni? ;) Szukamy też wypożyczalni rowerów na miejscu, bo dopiero co skończyła się faza zainteresowania rowerami i chcemy  spróbować chociaż krótkiej wycieczki rowerowej.


All inclusive czy survival?
Z wyborem miejsca noclegu też trzeba się uporać. Kiedy już odpowiemy sobie na pytanie, czego oczekujemy - dalej będzie już z górki, bo oferta jest naprawdę bogata. My decydujemy się na samodzielne gotowanie, co od razu zawęża wybór do miejsc, które oferują dostęp do kuchni. Ważny jest dla nas też ogród, w którym zwykle spędzamy popołudnia oraz położenie pensjonatu w centrum miejscowości, bo nasz Brzdąc chce chodzić sam, ale czasem tylko na krótką metę. Noszenie jej 5 km w tę i 5 km z powrotem, by kupić chleb nie należy do moich wakacyjnych marzeń, więc chciałabym mieć sklep nieco bliżej.

Zamiast epilogu
Muszę przyznać, że etap planowania to dla mnie wstęp do przygody i bardzo go lubię. Błądzenie palcem po mapie (tak, nadal używamy takich drukowanych, choć elektroniczne mają wiele plusów i też z nich korzystamy) i przeglądanie zdjęć innych miłośników gór daje mi przedsmak wakacyjnego wypoczynku w stylu wędrówki górskimi szlakami. Pozostaje tylko dopiąć wszystko na ostatni guzik i czekać na wyznaczony termin wyjazdu.
Już nie mogę się doczekać!

Obsługiwane przez usługę Blogger.