Niedawno doświadczyłam przykrej sytuacji, gdy w zasadzie zostałam wyproszona z dzieckiem z kościoła, bo przeszkadzałam w skupieniu ...

Miejsce dziecka w Kościele okiem LamiMummy




Niedawno doświadczyłam przykrej sytuacji, gdy w zasadzie zostałam wyproszona z dzieckiem z kościoła, bo przeszkadzałam w skupieniu jednej pani (około 40 lat, sama miała na oko 10 letnią córkę). Zaczęłam myśleć o miejscu dziecka i matki w Kościele.

Nasze początki i założenia

Wszystko jest pięknie, gdy przychodzisz do kościoła z brzuszkiem. Ludzie się uśmiechają, a nawet ustępują ci miejsca. Rewelacja. Chciałoby się powiedzieć "chwilo trwaj", gdyby nie fakt, że pod koniec ciąży wysiedzenie na godzinnej Mszy robi się problematyczne.

Po porodzie rodzi się pytanie "kiedy pierwszy raz pójść do kościoła?" Ja rodziłam w czwartek i w niedzielę wieczorem miałam wypis. Papiery do wyjścia dostałam ok. 17. Zagryzłam zęby z żalu, że nie zostałam do poniedziałku bo Msza w szpitalu była o 19. Chętnie bym zabrała Kluska w "korytku" i wybrała się na szpitalną Mszę. W końcu miałam za co... i za kogo dziękować. W kolejnym tygodniu (a była to zima) nie wychodziliśmy jeszcze na spacery, a Młody jadł baaaaaaaaaaaaardzo często, więc o wyrwaniu się na niedzielną Mszę także nie było mowy. Po dwóch tygodniach udało nam się trafić na Eucharystię. Niektórzy się dziwili, że zabieram takiego małego szkraba w skupisko ludzi, ale uznaliśmy, że wychodzi już na godzinne spacery w ziąb. Poza tym, skoro postanowiliśmy hartować malucha to kościół mu na pewno nie zaszkodzi.

Do chrztu zanieśliśmy go, gdy miał dwa i pół miesiąca. W pewnym momencie żałowałam, że nie zrobiliśmy tego wcześniej, ale nasz Klusek i tak zniósł to dzielnie.

I właśnie! Stał się małym katolikiem, a więc zyskał pełne prawo do uczestniczenia w życiu Kościoła.


Maluch w wózku

Ludzie w większości nie mają nic przeciwko widząc śpiące dziecko. Gdy marudzi i jest brane na rękę, też nie ma problemu. Schody zaczynają się wraz z płaczem. Ba! Czasem wystarczy wyjęcie dziecka z wózka. Ludzie sami zaczynają się rozpraszać i gaworzyć, albo krzywo patrzeć. Jakim prawem pokazujemy mu to co się dzieje na ołtarzu? Ano takim, że stał się częścią tej wspólnoty i też ma prawo wiedzieć i widzieć.

Wiele się słyszy o przychodzeniu z dziećmi do kościoła, o przykładzie tatusiów i o tym, żeby od najmłodszych lat oswajać dziecko i wpajać mu, że to, co dzieje się na Mszy jest ważne. Nikt jednak nie mówi, że mamy z najmniejszymi dziećmi są ledwo tolerowane na Mszach dla dzieci lub rodzin. Może inaczej by było, gdyby faktycznie na takie Msze przychodziły rodziny i dzieci, a nie (jak na każdą Mszę) 80% staruszków. 


Dziecko na własnych nóżkach

To temat bardzo mi teraz bliski. Odkąd Klusek chodzi i dałam mu taką możliwość, chętnie poznaje kościół. Robię wszystko, by ograniczał się do pierwszego stopnia schodów i by nawet mu się nie śniło wchodzenie do prezbiterium. Co gorsza, są przecież inne dzieci, od których lepiej się ciągnie przykład niż od mamy. W ten sposób stałym elementem, który trzeba odwiedzić na Mszy stał się łańcuch przy chrzcielnicy. Próbuję Malucha ograniczyć do bocznej nawy, gdzie ludzie przecież w jakiś sposób są skupieni na... Mszy w nieco inny (dla mnie tajemny) sposób.


Skupienie

Czy dziecko przeszkadza się skupić w kościele i na Mszy? Oczywiście! Nie tylko rodzicom, którzy zazwyczaj biegają za pociechą i starają się nadążyć za każdą skapującą śliną. Są też ludzie, którzy skupiają się na dzieciach, a nie na tym co się dzieje na ołtarzu. W zasadzie... póki dziecko nie przewróci się lub nie wpadnie na takiego człowieka, on wcale nie musi się nim interesować. Może skupiać się na czym tylko chce. Przecież nikt nie każe ci wodzić oczami za dzieckiem! Jeśli maluch płacze to może być problem. Takim samy problemem jednak jest to, że ktoś nie umie czytać czytań a bierze się za to i nijak ani słowa nie zrozumiesz z pierwszej części Liturgii Słowa. Bywa.

Inną rzeczą jest to, że takie biegające dziecko i cieszące się życiem i nowo odkrytą możliwością podnoszenia dywanu na pierwszym schodku może być motorem do przemyśleń na temat Dziecieństwa Jezusa. Piękny motyw przewodni do kontemplacji! W zasadzie możemy być wdzięczni szkrabom, że mogą się stać motorem do przemyśleń, o których być może dawno już zapomnieliśmy lub nigdy nie mieliśmy okazji pomyśleć.


Moja "przygoda"

Tu chciałam wspomnieć o tym, co zainspirowało mnie do tego posta, czy też artykułu. Byliśmy z Kluskiem i Śliweczką na Mszy w naszym rodzinnym mieście. Ta Eucharystia poprzedzała procesję. Sama nie lubię łazić na takie spędy, ale skoro Babcia chciała to nie było sensu się kłócić. Pierwszym problemem było to, że Msza nie była dla dzieci, a dla młodzieży. Ta dla dzieci w dzień Bożego Ciała jest... jakby wycinana z grafika, bo w tym czasie jest procesja, a po niej następuje Suma. Z braku możliwości wyboru traf chciał, że poszliśmy na tę Mszę.

Klusek do kazania dzielnie siedział w wózku oswajając się z nowym miejscem. Potem jednak nie wytrzymał i uznał, że pora ruszyć i poznać ten przybytek organoleptycznie. Wiedziałam doskonale, że zatrzymując go teraz spowoduję wielki lament, a przecież jeśli czyjąkolwiek uwagę skupi malec to pierwszych rzędów lub osób, koło których uda mu się przemknąć. Nie pozwalałam mu przechodzić za środek kościoła, ani wchodzić dalej niż na pierwszy stopień. Dzielnie prowadzałam go do Śliwki i dawałam mu wrócić na początek kościoła.

Do momentu!

Sama nie wiem, który to był moment Mszy, ale coś koło połowy. Wspomniana na samym początku kobieta zatrzymała mnie i powiedziała "niech pani zabierze dziecko na koniec kościoła, bo nie mogę się skupić". Sama stała w tej dalszej połowie i miałam ochotę powiedzieć "ale niech się pani skupia lub przejdzie bliżej, a nie za filarem, będzie łatwiej". Na końcu języka też miałam "ale on też jest katolikiem i uczestniczy we Mszy jak potrafi". Tak, Klusek potrafi tańczyć nawet do Chwała na wysokości, Spowiedzi Powszechnej lub Ojcze Nasz i to też tego mówionego, a nie śpiewanego.

Skinęłam pani głową i udałam się z Kluskiem na tyły. Modlitwę Wiernych spędziliśmy już w kruchcie, bo na tyłach Młody trzymany w rękach zaczął krzyczeć i się wyrywać. W kruchcie ludzie zaczęli się oglądać na nas. Wyszliśmy przed kościół, bo przecież przy otwartych drzwiach nadal słychać, a Klusek POWINIEN zaraz pójść spać. Podczas Podniesienia znów ktoś mu machną ręką, by się trochę uspokoił. On jednak był w szale, bo przecież nic złego nie robił. Chodził, poznawał, był w Domu Ojca, a więc w miejscu, które powinno być przyjazne, pełne miłości, a nie wykluczenia tylko dlatego, że jest za młody by siedzieć grzecznie w ławce. 

Ja zaczęłam płakać. Może to daleko idące skojarzenie, ale poczułam się jak Maryja, której nie chcieli w żadnej gospodzie. Poczułam się wyproszona z kościoła tylko dlatego, że moje dziecko jest ciekawe świata i nie potrafi karnie siedzieć w wózku.

Nie chcę dawać mu zabawek do kościoła, bo nie o to chodzi, by dziecko bawiło się potem resorakami na schodach do prezbiterium! Nie o to chodzi, by bawić się lalą w kościele. Chcę, by się przyzwyczajał, że jesteśmy razem, a w tym miejscu może czuć się dobrze i swobodnie, a nie być zastraszonym i jak najszybciej chcieć wyjść, by móc pobiegać przed kościołem. 


Drobny apel


Jeśli widzicie mamę z dzieckiem, jeśli wam to przeszkadza, to... pomyślcie może o własnych mamach? O tym, że Jezus też biegał i też może komuś przeszkadzał w modlitwach. W końcu nie był niewiniątkiem, bo ucieczka rodzicom, by poczytać Pismo Święte i nauczać w świątyni to nie przejaw karności i grzecznego siedzenia w ławce, ale chęć poznania świata i inicjatywa, którą podjął.

Gdy byłam na naukach, by zostać chrzestną dla córeczki Śliweczki, ksiądz powiedział rzecz, która utkwiła mi w pamięci. Dziecko nim zacznie pojmować czym jest grzech jest świętsze od papieża i jest bliżej Boga niż nam się wydaje. Po chrzcie został obmyty z grzechu i póki nie wie czym jest dobro i zło jest bezgrzeszne. 

Może właśnie to biegające dziecko, cieszące się każdym kwiatkiem lub słojem na polakierowanej ławce chce dać nam jakąś naukę? Może właśnie przez tego płaczącego szkraba Bóg próbuje powiedzieć nam coś ważnego?



"Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie, nie przeszkadzajcie im; do takich bowiem należy królestwo Boże." Mk 10, 14

Od kilku dni powtarzam sobie "muszę napisać o tym notkę". Czemu? Bo o pozytywach trzeba mówić, a  wręcz krzyczeć. W końcu d...

LamiMummy i duma!



Od kilku dni powtarzam sobie "muszę napisać o tym notkę". Czemu? Bo o pozytywach trzeba mówić, a  wręcz krzyczeć. W końcu duma to jedno z przyjemniejszych uczuć, prawda?

Samodzielność

Klusek ostatnio ćwiczy samodzielne zachowania. Jedzenie całą twarzą oraz dłońmi wychodzi mu fenomenalnie. W takich momentach wybieram zawieszanie oka na czymś innym... fotelu z rzeczami do zszycia? To nigdy nie jest dobry wybór szczególnie, że daje możliwość Kluskowi na atak! Zazwyczaj nie kończy się to dobrze, bo prócz kaszki na całej jego powierzchni ja też dostaję nią rykoszetem. Sami pomyślcie, co może się stać, gdy brudne dziecko postanowi Cię przytulić? Małe brudne rączki wędrują za Twoją szyję torem standardowym, czyli koło policzków i zahaczając o włosy. Hm... kaszka we włosach, na policzku, a także na dopiero co założonej bluzce to nic o czym chciałabym dzisiaj pisać.
O brudnym dywanie też nie!

Naleśniki

Lubicie? Ja tak! Tego dnia, którego dzieje się akcja naszej opowieści postanowiłam olać kaszkę i zrobić naleśniki ku uciesze społeczności obecnej w moim jakże wielkim domu. Nie musiałam przeszukiwać wszystkich zakamarków, by zwabić społeczność do kuchni. Klusek wręcz nie mógł się doczekać aż dostanie swoją porcję! Grzecznie czekał, dyskutował, a w chwili niecierpliwości przyniósł grającą kostkę by umilić i przyśpieszyć proces powstawania jego porcji.

Na pierwszy rzut dostał jednego naleśnika z tatusiowymi powidłami. Ładnie pokrojony wylądował wraz z talerzykiem na stoliczku Kluska. Rzeczony usiadł i zaczął wcinać, a więc mogłam popracować nad porcją dla siebie.

Okazało się, że "świat to za mało", a raczej naleśnik to za mało. Klusek przyniósł talerzyk pokazał, że jest pusty i z cieknącą ślinką (mieszającą się z powidłami na brodzie i policzkach) wskazał właśnie usmażonego naleśnika. Z ciężkim sercem westchnęłam i oddałam mu naleśnika przekładając go na talerzyk. Oddałam naczynie Kluskowi i powiedziałam "tylko nie przewróć się i nie wywal". Uparcie zajęłam się swoją porcją. 

Coś mnie jednak tknęło i uznałam, że sprawdzę, jak tam posiłek mojego syna. Na ten widok serce mi urosło. Wrócił na miejsce nic nie wywalając i grzecznie jadł przy stoliku. On ma 15 miesięcy! To nawet nie półtora roku!

Duma kontra przerażenie

Niektóre mamy nie mogą się pogodzić z tym, że ich dziecko dojrzewa i zaczyna testować przywileje samodzielności. Ja się cieszę. Pomijam wszystkie samolubne przyczyny tej radości.
Spójrzmy na to w ten sposób:
1) Chłopak się rozwija, a więc jest zdrowy
2) Samodzielność oznacza niezależność, a więc danie wytchnienia rodzicom
3) Musi się czuć bezpiecznie skoro podejmuje własne, często ryzykowne działania
4) Nie boi się świata, a z radością go poznaje
5) Przy swoim zacięciu eksploracji wciąż zerka na nas szukając akceptacji i pozwolenia

Duma!
To uczucie zawsze powinno nam towarzyszyć widząc, jak nasze dziecko łapie za łyżkę i próbuje samo zjeść kaszkę, zupkę czy schabowego. To oznacza, że uczymy go ciekawości świata, a nie tracimy kontrolę. Dla naszej pociechy zawsze najważniejsze będzie, że rodzice powiedzą "jestem dumny z ciebie".

Zdjęcie z Instagrama Bored Panda. Oryginały na: http://www.secondlife.toys/en/ Artykuł znaleziony na Bored Panda zainspirował mnie do t...

LamiMummy i... recykling zabawek.

Zdjęcie z Instagrama Bored Panda. Oryginały na: http://www.secondlife.toys/en/
Artykuł znaleziony na Bored Panda zainspirował mnie do tego posta. Czego dotyczył? Prostej sprawy. Jeśli zabawka się rozpruła zawsze można przeszyć jej element innej zabawki zamiast ją wyrzucać. Pomijam fakt, że zawsze przecież można zszyć zabawkę lub naszyć łatkę, ale... sama idea zmusiła mnie do przemyśleń.


O czym myśli LamiMummy, gdy widzi tak przeszyte zabawki?

Ha! Bardzo proste. Zmusiło mnie to do myślenia, że może zszycie zabawek lub łatka to najprostsze i najoszczędniejsze wyjście, ale praktyka zaproponowana przez Bored Panda może mieć znaczenie przełomowe dla rodziców i dzieci.

Zwróćcie uwagę, że ta praktyka to nic innego jak TRANSPLANTACJA. 

Dzięki temu możemy oswajać się z myślą o przeszczepianiu organów. My, dorośli, a także nasze dzieci. Ważny temat? O tak! Ostatnio przewija się w serialach i filmach i wciąż wymaga przypominania w naszej świadomości. Podczas poprzedniej mojej wizyty w przychodni (czyli w tym tygodniu) zgarnęłam nawet kartkę "Zgoda na życie", ale jeszcze jej nie wypełniłam. Pewnie obecność takiej zabawki bardziej, by mnie do tego zmobilizowała.

Może i jest to działanie podprogowe i na pierwszy rzut oka, dla osób, które nie zwracają na to uwagi wcale się to tak nie kojarzy, ale... gdzieś w świadomości się rodzi, że gdy jedna zabawka kończy swoje życie to może jeszcze zrobić coś dobrego, może stać się częścią naszej ulubionej, rozprutej zabawki. 

Do mnie ta idea przemawia!
Brawo Bored Panda!

Rozwijanie hobby na kokosowo Po urodzeniu dziecka miałam taki czas, kiedy nie wiedziałam jak się nazywam. Kiedy cieszyłam się jak głu...

Kokosowa Mama z pasją



Rozwijanie hobby na kokosowo

Po urodzeniu dziecka miałam taki czas, kiedy nie wiedziałam jak się nazywam. Kiedy cieszyłam się jak głupek samotnym wyjściem do sklepu. Do tej pory moją ulubioną codzienną czynnością jest prysznic, kiedy mój Żuczek już śpi. Już nie wystarcza mi 10 minut ochlapania się letnią wodzie. Teraz delektuję się każdą chwilą pod ciepłym strumieniem, kiedy jestem sama ze sobą i swoimi myślami. A częściej ich brakiem. Uwielbiam te chwile. Dlatego naprawdę kupiłam sobie kokosowy żel pod prysznic. Tak rozwijam moje jedyne hobby karmiącej, etatowej matki.

A jednak…

Jest to prawda, ale nie do końca. Mam jeszcze pasję. Kiedyś myślałam, że to hobby, ale właściwie skoro znajduję na to czas nawet teraz to chyba jest to rodzaj pasji.
Kilka lat temu założyłam przez stronę internetową drzewko genealogiczne mojej rodziny. Właściwie nie wiem, dlaczego i nie wiem, jak to się stało, że akurat trafiłam na tę stronę. Czasem długo nie wrzucam nowych informacji, a nawet wcale tam nie zaglądam. A czasem bakcyl przytakuje i siedzę do późna szukając wieści w necie. Wykorzystuję także odwiedziny u rodziny, by wypytać ich o wszystko, co jeszcze pamiętają. I cieszę się wtedy podwójnie, że jeszcze są i że mogę ich pytać. Ogólnie, budowanie mojego drzewka sprawia mi mnóstwo frajdy. Jestem dumna z każdego konara, każdej gałęzi, gałązki i listka. Każdego okrucha informacji, które kiedyś połączę. Albo też nigdy nie dowiem się, kim jest jedna czy druga ciotka ze starej fotografii.



W poszukiwaniu niestraconego czasu

Warto zainwestować swój cenny czas w takie poszukiwania. To sposób na zacieśnienie rodzinnych więzi. Wprawdzie w każdej rodzinie są sprawy, o których się nie mówi, ale jest też mnóstwo takich, które tylko czekają na zainteresowanie. Starsi ludzie zwykle lubią opowiadać o czasach swojej młodości i wystarczy tylko pociągnąć temat, by zyskać cenne informacje do drzewka, ale także wiedzę o życiu codziennym w czasie wojny, przed nią czy tuż po niej.
Zacieśnianie więzi rodzinnych może iść dalej, bo możecie odkryć nowych, nieznanych dotąd kuzynów. Potencjalnie mogą mieć nawet dzieci w wieku Waszych pociech. A może wśród krewnych czeka na kontakt jakaś miła ciotunia, która potrafi upiec pychotkową szarlotkę i przy herbatce chciałaby pogawędzić z Wami o dziadkach czy pradziadkach i ich udziale w wojnie rosyjsko-japońskiej.
Każdy rodzic tysiąc razy słyszał już pytanie, do kogo podobna jest jego latorośl. Drzewko to okazja do przeglądania rodzinnych zdjęć i wydobywania z zakamarków pamięci opowieści o sumiastych wąsach i spłowiałych twarzach. Zdarzało mi się, że nikt już nie pamiętał, która ciocia stała z trójką dzieci obok wysokiego czarnowłosego męża, a tu nagle olśnienie i okazało się, że to Maria, Cesia czy inna Zosia. Może do ich najstarszej, ślicznej córeczki będzie za rok podobna moja Kruszynka. To dotyczy także charakteru. Bo przy okazji Babcia wspomina swojego wuja, który był roztrzepany zupełnie jak ja, ale uwielbiał się śmiać (też jak ja). Aż dziw, że nigdy wcześniej o nim nie słyszałam.
Czy trzeba długo zachęcać do poznawania własnych korzeni? Oczywiście, fajnie byłoby mieć przodka, który wojował z królem Jagiełłą, ale prawdę mówiąc, wystarczy mi, że byli porządnymi chłopami, którzy starali się żyć uczciwie i kochać wzajemnie. Nie oszukujmy się zresztą, mimo chęci, większość Polaków ma korzenie chłopskie i to żadna ujma dla nikogo. Może Zagłoby tośmy w rodzinie nie mieli, ale za to odkryłam wśród moich protoplastów Eleonorę, Gabriela czy Kunegundę. Dzięki mojej pasji mam pod ręką szereg tradycyjnych imion, z których mogę czerpać inspirację przy nazywaniu dzieci. Nie muszę, ale to zawsze jakiś pomysł. Tak czy siak, kolejna córka to chyba powinna być Marianna, bo mamy takowe w każdej gałęzi i prawie w każdym pokoleniu. Ciekawe, czy to specyfika naszego matecznika, regionu czy takie czasy po prostu?
A ponadto drzewko przyda się Waszym dzieciom na lekcjach historii. Niby to dopiero w czwartej klasie, ale już widzę minę mojego Dziecka, kiedy pokażę jej nasze rozłożyste drzewo, nad którym pracowaliśmy kilka lat. Tak serio, to pozwolę jej zrobić własne drzewko, a dopiero potem uzupełnimy je dodatkowymi informacjami. A może zarażę Ją naszą pasją i będzie jeździła z nami po archiwach, by szukać nowych danych? A może nie. W każdym razie, nie zamierzam uczyć Małej czytania na przykładzie ksiąg metrykalnych. Choć oczywiście to też jest pewna możliwość ;)



Głos LamiMummy

Może i mój głos jest nieśmiały, ale nie byłam biernym obserwatorem pasji Śliweczki. Oj nie! Tylko, że ja zatrzymałam się przy pierwszej trudności w postaci parafialnych ksiąg pisanych cyrylicą. Nie znam tego pisma, a już na pewno nie kaligrafowanego i pisanego. Co prawda, dostrzegłam pewną niewyjaśnioną tajemnicę w odnalezionych zapiskach, ale…
Podziwiam i wysłuchuję każdej rewelacji o odnalezionym przez Śliweczkę akcie urodzenia lub zgonu, którzy oddala nas od znanych nam naszych korzeni. Oddala, bo przecież znamy naszą historię coraz dalej.
Mogę też dodać, że… ja, jako ta bardziej plastyczna siostra pokusiłam się o stworzenie dla naszego Dziadka na urodziny ówczesnego drzewka. Co prawda, było bardzo skrócone, ale ważne było, aby Dziadek widział, że jego życie owocuje… nami. Teraz, gdy o tym piszę łza kręci mi się w oku, bo Dziadka nie ma między nami ciałem, ale jest duchem. Chyba właśnie to jest sens robienia zdjęć i dokumentowania przeszłości.

Czemu to ma służyć?

W mojej opinii to nie tylko chwaleniu się w szkole, czy szukaniu imion, ale też budowaniu świadomości. Chyba każdy kiedyś zastanawiał się skąd pochodzi to nazwisko, które nosi. Poza tym, wiedząc, że dawno temu był ktoś, kto żył za czasów rozbiorów i jakoś sobie radził. Może służył w dworze, może płodził dzieci, ale żył i nie wiedział, że kiedyś przyjdzie taki Klusek na świat lub taka Iskierka Śliweczki. My jednak możemy pamiętać ich imiona, gromadzić ich historię i mieć nadzieję, że kiedyś… ktoś zapisze nasze imiona gdzieś blisko pnia, czy w korzeniu swojego drzewa.


To oczywiście nie nasza rodzina, a tylko ilustracja jak takie drzewko może wyglądać. Potencjalnie :)

Przez ostatnich kilka dni chodził mi ten temat po głowie i aż wczoraj zaśmiałam się widząc propozycje biżuterii zrobionej na podstawie r...

LamiMummy i identyfikacja wizualna


Przez ostatnich kilka dni chodził mi ten temat po głowie i aż wczoraj zaśmiałam się widząc propozycje biżuterii zrobionej na podstawie rysunków dzieci. Mój Klusek jeszcze nie rysuje, więc na takie akcesoria będę musiała czekać jeszcze długo, ale... o co w ogóle chodzi?

Pierwsza potrzeba

Pragnienie by być bardziej rozpoznawaną w ramach przynależności do jakiejś grupy odczułam po ślubie. Na studiach sporo wiedzy liznęłam o kulturze arabskiej i chodząc ulicami stolicy w okresie narzeczeństwa widziałam sporo kobiet w chustach. Kontrastem dla nich były totalnie roznegliżowane dziewczyny w za krótkich spódniczkach, w prześwitujących legginsach i wszystkimi wdziękami na wierzchu.
Po ślubie, żyjąc przeświadczeniem, że wszyscy powinni zazdrościć mojemu mężowi takiej kobiety u swojego boku miałam pierwszą taką myśl by jakoś się wyróżnić i pokazać bardziej niż obrączką na palcu, że już nie jestem wolnym ptakiem, a żoną. Zazdrościłam nieco kobietom z kultury arabskiej tego, że zakrywają wszystkie wdzięki, a nawet włosy by pokazać je tylko i wyłącznie swojemu mężowi. Wiecie, taka wisienka na torcie, a niech cały świat się domyśla jak bardzo seksowna jest bielizna pod spodem. 
Te zapędy jednak mi przeszły. Trzymałam się skromnego stylu i noszenia obrączki na palcu. Niech cały świat zazdrości widząc pyszne kanapki na biurku mojego męża i tyle.

Potrzeba identyfikacji jako matka

Ten czas przyszedł już jakiś czas temu. Wcześniej chciałam wreszcie poczuć ruchy dziecka by nie mieć tylko na papierze tego, że będę mamą, ale czuć to! Później przyszedł czas na brzuszek. Mój rósł bardzo słabo i przez długi czas mogłabym udawać, że po prostu znowu tyję. W tramwajach czy autobusach, pod obszernym płaszczem nikt nie widział mojego 8-miesięcznego brzuszka.
Później wychodziłam z wózkiem prawie wszędzie, więc bardzo mi było dziwnie, gdy przyszło mi się wybrać SAMEJ na jakieś badania czy wyskoczyć do sklepu. I... jakoś dziwnie było, że nikt nie wie, że jestem mamą.
Nie masz wózka? Koniec życzliwości!
Nie to, że bardzo chciałam, żeby ludzie mi ustępowali miejsca czy przepuszczali w kolejce tylko dlatego, że mam świadomość, że wychodząc z domu i czekając na windę słyszałam rozpacz zza zamkniętych drzwi. Nie mam takich aspiracji.
Miło jednak, jak się uśmiecham do innej mamy, która idzie z wózkiem by... jakoś dać się rozpoznać. Dlatego wracając do pracy podkradłam dziecku sowę. Miał ją na wyposażeniu wózka i nie za często na nią zwracał uwagę. Przypięłam ją sobie do plecaka i z dumą noszę.
Czy ktokolwiek wie, że to oznaka mojego macierzyństwa? Szczerze wątpię. Prawie jak ten znaleziony w plecaku drewniany klocek. Nie wiem czyje małe rączki mi go tam wsadziły, ale z całą pewnością miało być to zachęcenie do zabawy w pracy!

Mogłabym pisać o tym, jak ciężko lub łatwo zdobyć młodej mamie pracę na aktualnym rynku, ale o tym chciałam nakręcić filmik... Chciałam, ...

LamiMummy i powrót do pracy... nowej pracy!

Mogłabym pisać o tym, jak ciężko lub łatwo zdobyć młodej mamie pracę na aktualnym rynku, ale o tym chciałam nakręcić filmik... Chciałam, ale wciąż mi brak czasu. Zaczęłam nawet robić krótkie ujęcia, ale sprawa tak szybko się potoczyła, gdy postanowiłam chwycić byka za rogi, że te rogi totalnie mi się wyślizgnęły i zawładnęły moim małym światem. 

Początki

Zaczęłam rozsyłać CV jakiś czas temu. Nie powiem ile miesięcy, bo to aż wstyd. Ważne jednak było to, że w pewnym momencie uświadomiłam sobie, co tak naprawdę chcę robić. Miałam momenty, że piszczałam "to jest TA praca", a potem cisza mnie dobijała. No tak, słomiany zapał to u mnie nie nowość. Kolejnym razem byłam już mądrzejsza i gdy zobaczyłam Prace Marzeń nie napalałam się i nie monitorowałam codziennie, kiedy przyjdzie ten szczęśliwy dzień i skończy się upiorne zbieranie CV. Każdy kolejny etap rekrutacji witałam ogromnym entuzjazmem, szczególnie, że pierwszy telefon dostałam akurat po tym jak pełna werwy powiedziałam "zakładam kanał Youtube i zabieram się z kopyta za TuluDzieciulu!" Przez cały ten czas miałam power "mamy fighterki". Na całe szczęście, nie musiałam czekać z rozmowami przez kolejne tygodnie i wszystko poszło rewelacyjnie sprawnie.

Trzeba trafić na "swój czas".

Przygotowanie

Wiedziałam kiedy chcę wrócić do pracy już w ciąży, więc tak planowałam. Jestem mistrzem planowania! Wiedziałam kiedy wysyłać CV, kiedy odstawiać od piersi i kiedy zaczyna się palić czerwona lampka, że to wszystko się niebezpiecznie przeciąga. Miałam też plan kiedy Klusek pójdzie do żłobka.
Miało być tak:
Tydzień adaptacji, tydzień zaprowadzam go do żłobka, będąc w domu ogarniam go i odpoczywam po trudach urlopu macierzyńskiego, a na koniec... zaczyna się praca.
Wyszło jednak inaczej:
Był tydzień adaptacji, ale Klusek (jak już mogłyście przeczytać) przeszedł przez nią błyskawicznie. Potem był... tydzień przeziębienia. Martwiłam się, że cała adaptacja pójdzie na marne, że moje plany odpoczynku i ogarnięcia czegokolwiek kończą się właśnie przytłoczone troskami o kaszelek i katarek. Z jednej strony to może i o tyle lepiej wyszło, bo nie miałam okazji dać się zjeść stresowi przed podjęciem nowym i trudnych wyzwań, ale... ten tydzień był mi potrzebny strategicznie.

Moje motywy takiego tygodnia normalizacji były proste. Chciałam by on się przyzwyczaił, że idzie z mamą, wraca z tatą i mama na niego czeka w domu. Nic się złego nie dzieje, mamy czas na reakcję w razie problemów, ale jest to ciągłość i w ramach ewolucji później, po powrocie do domu mamy nie ma, ale to już w tygodniu, w którym miałam trafić do pracy. Mąż uczy się ogarniać, ja mam okazję odpocząć, pocerować, poprać, odświeżyć. Wszyscy są wygrani, a Klusek nie kojarzy pójścia do żłobka z bólem, że po powrocie z niego mamy jeszcze w domu nie ma

To, niestety, nie wyszło.

A teraz clue

Dziś mimo ogromu pracy i zmęczenia postanowiłam o tym napisać, bo do tej pory miałam znikome poczucie winy z moich strategicznych posunięć. Wiedziałam, po co dzieją się wszystkie rzeczy i trzymałam rękę na pulsie. Starałam się każdą poważniejszą sprawę przećwiczyć w warunkach laboratoryjnych. Na to, co było dzisiaj jakoś się nie przygotowałam.

Otóż dziś miałam długo szkolenie. Może to minusy takiej, a nie innej pracy, a może zwykła codzienność wielu matek. Nie zawsze przecież można pracować od 8 do 16 i fajrant, prawda? Dziś byłam w pracy długo. Dzień był pełen spotkać i pracy koncepcyjnej i... nie kończył się o 17 czy 18, jak w poprzednie dni, tak bym zdążyła jeszcze chwilę wieczorem pobawić się z Kluskiem, ale wyszłam z pracy po 19. Przy naszych przedłużonych standardach właśnie Młody był kładziony spać. Podczas szkolenia, gdy widziałam "uciekający" czas coś ścisnęło mnie za gardło i serce. Coś mówiącego "powinnaś z nim być w domu". 

To było dla mnie coś na, co nie byłam gotowa. Mój pragmatyzm i planowanie w wielu sprawach dotyczących wychowania mojego dziecka nie przewidywała czegoś takiego. Hormony? Być może.

Było jednak coś, co nie pozwoliło mi się poddać tym emocjom. Wiedziałam, że to co robiłam w tamtej chwili, skupienie, którym musiałam się wykazać BYŁO POTRZEBNE! Nie tylko do mojej pracy, bo szkolenie było ekstremalnie ważne, ale po to bym mogła być matką spełnioną. Ważne jest by wiedzieć, że wraca się do pracy nie tylko po to by zarobić pieniądze na nową zabawkę, czy smaczną kaszkę, ale po to by wrócić do domu z poczuciem satysfakcji.

Chcę się rozwijać.
Chcę wracać do domu z uśmiechem.
Chcę wreszcie poczuć, że w domu z dzieckiem odpoczywam! 

To nie praca ma być odpoczynkiem od trudów macierzyństwa, ale macierzyństwo ma być tą przystanią, a dom portem, do którego zawijamy po burzach i flautach morza pracy. 

Mimo, że wróciłam do domu, gdy Klusek spał postanowiłam do niego zajrzeć. Wiem, że obudzi mnie znowu na długo przed świtem i wtedy będę mogła go przytulić. Myślę, że nieważne, czy wypełniamy nasz macierzyński grafik ukryty gdzieś pod skórą, co do joty, ale istotne jest to, że gdy mamy jakąś wolną minutę w ciągu dnia całą naszą uwagę potrafimy poświęcić naszemu dziecku. Schodzimy wtedy z fotela czy krzesła i siadamy z pociechą na dywanie, układamy klocki, malujemy palcami. Liczy się, że prócz tego, co może powodować nasze wyrzuty sumienia istnieje jeszcze coś, co sprawia, że jesteśmy dla tych naszych Klusków idealnymi mamami. 

Adaptacja była w zeszłym tygodni, a skoro ten tydzień się kończy to znaczy, że odczekałam swoje, aż emocje opadną. Zacznijmy od tego,...

LamiMummy: Gdy nie ma dzieci... czyli jak przeżyłam adaptację w żłobku

Adaptacja była w zeszłym tygodni, a skoro ten tydzień się kończy to znaczy, że odczekałam swoje, aż emocje opadną.

Zacznijmy od tego, że mój kochany Klusek nie podziębił się Żłobku, a podczas weekendu i od nowego tygodnia nie mógł pójść już w pełnym wymiarze godzin. Sprawił mi tym wielki zawód i przysporzył wiele pracy. Nic się jednak nie poradzi i czasem plany odpoczynku i ogarniania mieszkania trzeba odłożyć.

Nasz przebieg

Plan miałam prosty! Do wykorzystania 20 godzin więc tak sprytnie wyliczyłam, że jeśli zacznie od dwóch godzin, a potem codziennie będziemy wydłużać o godzinkę to do piątku idealnie wykorzystamy 20 godzin. Plan był piękny, ale Klusek tak idealnie się aklimatyzował, że w czwartek skończyły nam się już godzinki i w piątek był już jako pełnoprawny żłobkowicz.

Pierwszego dnia został, zgodnie z planem, dwie godzinki, a potem już 3, czy 3 i pół godziny i... na głęboką wodę! Od 8 do 14:30, bo nie było sensu wbijać się po niego w samym środku drzemki dzieciaków. W czwartek zakończyliśmy koło 15.

Najgorsze było pierwszego dnia wbić się na salę z pieluchami pod pachą, torbą z pościelą i ubrankami na zmianę... i dzieckiem! Oj, nie było prosto, szczególnie, że paczka z pieluchami zaczęła odmawiać posłuszeństwa i zrywało się ucho do trzymania.


Jak on to zniósł?

Bałam się tego, bo ostatnio pokazywał, że nawet moje wyskoczenie po zakupy budzi jego olbrzymi protest. Staszek jednak poszedł między dzieci. Jedna dziewczynka podzieliła się z nim samochodzikiem. Dobrze mu szło przez 3 pierwsze dni. Później zaczęło się marudzenie. Zaczął też się ślinić niesamowicie więc uznałam, że to któryś z zębów się przebija, a poza tym zawsze mógł rozkminić, że żłobek to nie miejsce, do którego wpada na kilka godzin by się pobawić, a miejsce, w którym będzie teraz spędzał większość czasu. To może być nieco rozczarowujące. W czwartek były zajęcia z robalami i może to by go nieco bardziej przekonało, gdyby nie fakt, że na sali pojawił się talerzy, a jego zawartość nie była przeznaczona dla mojego syna do jedzenia. Takie rzeczy zawsze go drażnią.

Ciekawe czemu tyle waży, co?

Jak ja to zniosłam?

O dziwo, bardzo dobrze. Nie płakałam, nie wyrywałam sobie włosów z głowy... nic z tych rzeczy!
Pierwszego dnia spotkała mnie lekka konsternacja.
Co mam z sobą zrobić?

Miałam do pokonania drogę w jedną stronę, która zajmowała mi pół godziny, czyli godzina w plecy. Formalności w żłobku zajęły pół godziny, a więc w domu spędziłam jedynie pozostałe pół godziny. Wypiłam kawę i okazało się, że mój przedpokój bez wózka jest całkiem spory. Uwielbiam takie rozczarowania!

Śliweczka mnie spytała, czy nieco nie ukuło mnie w serce, że Klusek tak chętnie, bez żadnego skrzywienia poddał się opiece pań w żłobku. Odpowiedziałam jej, że nie! Uznałam, że to dobrze o nim świadczy, że jest otwarty i nie boi się nowych wyzwań. Przyjęłam to za dobrą kartę. Kolejne dni przyniosły nieco więcej czułości, gdy do mnie wracał, więc chyba nie jestem ani złą matką ani przesadnie zatroskaną. Mam nadzieję, że znalazłam złoty środek.

Tak, całe dnie wyczekiwałam na telefon, że coś jest nie tak. Miałam też inne zmartwienia i inne wyczekiwania na telefon, ale to temat na innego posta. Gdy pojawiałam się w drzwiach sali zabaw i czekałam na pojawienie się opiekunki zastanawiałam się, czy wszystko zjadł, czy dobrze spał... ciężko było się czasem skupić na innych sprawach. Mimo to...

Przetrwaliśmy!

Bardzo żałowałam, że się pochorował. Miałam nadzieję, że przez ten tydzień tak wiele zrobię i sama załapię ten żłobkowy rytm. W końcu nie po to chodzi się na adaptację by kolejny tydzień przekaszleć w domu, prawda? Mam nadzieję, że kolejny tydzień nas nie rozczaruje i mimo, że już zacznę chodzić do pracy wszystko będzie dobrze.

Dopiero teraz przed nami są prawdziwe wyzwania! Nie próby, nie adaptacje, a życie w dość docelowym wyglądzie. Szkoda, że nie mieliśmy szansy załapać tego rytmu razem w tym tygodniu, szczególnie, że teraz jak będzie wracał ze żłobka mnie w domu nie zastanie. 

Trzymajcie kciuki!
Obsługiwane przez usługę Blogger.