Dziś uświadomiłam sobie, że niedługo Walentynki. Zazwyczaj je bojkotowałam, ale może niesłusznie tak totalnie się od nich odcinać? Pan Mąż s...

LamiMummy: Walentynki już tuż-tuż

Dziś uświadomiłam sobie, że niedługo Walentynki. Zazwyczaj je bojkotowałam, ale może niesłusznie tak totalnie się od nich odcinać? Pan Mąż swojego czasu uznał, że obchodzimy, więc... obchodzimy.
Pamiętam, że rok temu miałam nadzieję, że skoro po porodzie (29.01) nie dostałam żadnych kwiatów to może chociaż na Walentynki... ale też się nie doczekałam. Pomyślałam, że zbliżające się "Święto Zakochanych" jest dobrym pretekstem by napisać coś o intymności po porodzie.

Nie mam za dużo doświadczenia, gdy porodów jest więcej na karku, ale mam nieco doświadczeń po pierwszym dziecku.

Romantyzm umiera?
To zależy tylko od Was! Przecież zawsze można obejrzeć film... em... serial? Cokolwiek tak naprawdę! Lub zjeść miłą kolację, gdy dziecko już się położy spać. Są świece! Istnieją też sklepy z ładną bielizną, także do karmienia. Może warto pomyśleć o czymś takim? Przecież wszystko leży w naszej psychice. Tak! Dziecko może się obudzić za pół godziny, ale to nie znaczy, że musicie się śpieszyć.

Poczuj się kobieco
Ogól nogi, uczesz się, umaluj! Może nawet zrób sobie paznokcie lub nałóż maseczkę. Zrelaksuj się! Ubierz w ładny ciuszek i poczuj się znów największą laską na całej kuli ziemskiej. Tak, wiem! Na to wszystko trzeba czasu. Trzeba z kimś zostawić dziecko jeśli chcesz pójść na randkę z Mężczyzną Swojego Życia, ale warto! Nie tylko on musi się starać i masować i mówić komplementy. On też może być zmęczony. Możesz nie mieć ochoty na intymność, ale możesz mieć ochotę by być kobietą! Jesteś nią!

Jesteś najlepszym typem kobiety, który kiedykolwiek istniał!

To jak spędzicie te walentynki w dużej mierze zależy od NIEGO, ale przecież nie możemy zapominać o całym świecie tylko dlatego, że nasze małe serduszko śpi w wózeczku, a my mamy opuchnięte oczy, przez co nie widzimy tony różowych i czerwonych dekoracji w sklepowych witrynach. Wykażmy też odrobinę dobrej woli...
Nawet jak Pan Mąż właśnie znowu Cię zirytował swoim brakiem zrozumienia...

Do tego postu zainspirowały mnie zajęcia, na które poszłam z moim Kluseczkiem. Mama aktywna to szczęśliwa mama! W ciąży zaczęłam chodzić ...

LamiMummy: Mamo, rusz się!

Do tego postu zainspirowały mnie zajęcia, na które poszłam z moim Kluseczkiem.

Mama aktywna to szczęśliwa mama!
W ciąży zaczęłam chodzić na gimnastykę dla ciężarnych, a potem... aż czekałam by móc znowu pójść na te zajęcia. Muzyka, nieco wysiłku, a co ważniejsze - kontakt z innymi mamami! To bardzo ważne sprawy, bo przecież czasem trzeba się ruszyć z domu. Samotne spacery z dzieckiem czasem są wybawieniem dla mam. Dziecko ZAZWYCZAJ nie płacze wtedy i można wreszcie zapomnieć o pieluchach i ulewaniu. Tyle, że samotne spacery potrafią wpędzić w jeszcze gorszego doła, o ile go posiadacie. Ja miewam! Dlatego postanowiłam zrobić krótką listę małych aktywności z Berbeciem, które można podjąć by nie zwariować podczas urlopu macierzyńskiego czy wychowawczego.

Spacer
Nieważne, czy idziesz sama z dzieckiem, czy masz to szczęście i tatuś wychodzi z wami. To bardzo poprawia humor jeśli podczas spaceru możecie pobyć razem. To fajne, że możecie pogadać i pocieszyć się z sobą poza 4 ścianami, których na pewno czasem macie dosyć.

Jeśli chodzicie same... zawsze można zaprosić na spacer kogoś jeszcze. Jak? Telefonicznie! Telefon do mamy, siostry, przyjaciółki czy kogokolwiek to świetny pomysł! Zawsze można spróbować spaceru z inną mamą. Może da się do kogoś przysiąść na ławeczce lub się uśmiechnąć do innej mamy i... kto wie? Może akurat poznacie inną fajną mamę? Warto próbować.

Jest jeszcze jedna opcja: ktoś zabierze na spacer berbecia zamiast Was. Gratulacje! Macie to szczęście i chwilę dla siebie. Może jakaś maseczka, pomoczenie stóp lub najzwyklejsza w świecie drzemka lub hobby, o którym zapomniałyście "bo dziecko". Oj! Korzystajcie! Naładujcie się pozytywnymi emocjami by znów móc się uśmiechać do dziecka, gdy którąś kolejną godzinę płacze.

Plac zabaw
Ta opcja wiąże się ze spacerami. Niestety, tyczy się nieco większych dzieci. W zależności od Waszych placów i ich dostosowania dla Berbeci, rzecz jasna. Na nasz dało się prowadzić już maleństwa, bo jedna z huśtawek nadawała się także dla dzieci leżących. Kruszynka Śliweczki i nasz Klusek raz bujali się wspólnie mimo, że między nimi jest pół roku różnicy. Później chodziliśmy też na zwyklejsze, zabudowane huśtawki, próbowaliśmy koników. Świetna sprawa, a co ważniejsze - darmowa.

Kocyk
Świetną sprawą jest zabranie na spacer koca i posiedzenie z dzieckiem. Fajnie, gdy maluch już przewraca się lub nawet próbuje się poruszać. Półroczne dziecko będzie szczęśliwe mogąc spróbować dopełznąć do końca koca by chwycić trawkę. Uczy się! Jest ciekawe świata i... poznaje go! Trzeba mieć oczy dookoła głowy i pamiętać, że Maleństwo może chcieć chwycony patyczek czy trawkę sprawdzić nie tylko paluszkami, ale też ustami.

Gimnastyka
Sprawdźcie czy w klubach koło Waszych domów nie ma jakiś zajęć dla mam z dziećmi. Czasem to ćwiczenia z dziećmi, a czasem gimnastyka dla mam, gdzie dzieci mogą sobie siedzieć i się bawić ze sobą. To też jest świetne. Dziecko wtedy uczy się tego, że w świecie istnieją inne małe byty. Podpatrują i uczą się, a dodatkowo łapią odporność. Idealne! Nie wspominając, że widzą, jak mamy ćwiczą, a mamy ruszają się i wytwarzają sobie endorfiny! Czyż nie układ doskonały? Tyle, że za ten układ trzeba płacić.

Zajęcia dla dzieciaków
Wada jest jedna, a raczej dwie. Dotyczą dzieci starszych i nieco bardziej "kumatych" oraz... trzeba płacić. Plusy są za to też spore. Kontakt z innymi dziećmi i nauka. Nie tylko od innych, ale także od osób prowadzących. My chodzimy na "pomysły na zmysły". Prócz grania grzechotkami do muzyki poznajemy różne faktury, oglądamy różne światła, czasem biegamy, tarzamy się... jestem ciekawa kolejnych takich zajęć! Po nich i przed nimi możemy skorzystać z sal zabaw w "naszym miejscu". To świetna alternatywa dla placu zabaw, gdy jest zima lub zła pogoda.

Zajęcia dla mam
W dużych miastach i tych nieco mniejszych też jest masa zajęć dla mam. Prowadzą je bardzo często albo prywatne przedsiębiorstwa, albo domy kultury, albo jakieś fundacje. Warto poszukać też klubów mam w okolicy. To wartościowe spotkania z innymi mamami. Szansa na poznanie się, wymianę doświadczeniami. Poza tym można się czegoś nauczyć. Wiązanie chust? Czemu nie! To przecież świetny sposób na przytulanie Maluchów do siebie, uczenie się bliskości, a do tego wolne ręce, gdy Dzieciak chce być non stop blisko. A Wy myślicie, że jak ugniatałam ciasto na makowca czy pierogi w te Święta? Z dzieckiem w chuście na plecach :)

Coaching
Są miejsca oferujące spotkania tego typu. Grupy wsparcia dla mam i coaching dla mam. Jeśli tego potrzebujecie, to świetny sposób. Niestety, płatny i to słono! Uważam, że lepiej spotkać się z innymi, pozytywnie nastawionymi do życia mamami niż płacić za dobre słowo komuś obcemu. Naturalnie, to osoby wykształcone by pomagać i czasami mają znacznie lepsze pomysły i dają lepsze wsparcie niż inne mamy, które jeszcze bardziej potrafią zdołować. Sama myślałam o czymś takim, ale nie było mnie na to stać. Myślę, że gdy jest się samej w obcym środowisku, a w okolicy żadna koleżanka nie ma dziecka to dobrze czasem pójść i pogadać z kimś, kto potrafi pocieszyć, poradzić i... np. uratuje Twój związek, gdy masz ochotę wszystko rzucić i uciec od pieluch, zapracowanego męża i płaczącego dziecka. Warto jednak się zastanowić, czy nie ma w okolicy kogoś życzliwego, za kogo pomoc nie trzeba płacić. Jasne! Coaching to też mobilizacja do działania, do zmian w życiu i na pewno nie będziecie zawiedzione decydując się na takie odsapnięcie i wyjście z domu.

Nieważne co wybierzecie lub wymyślicie!
Najważniejsze jest to, byście się z tym dobrze czuły. Byście mogły odpocząć i chociaż na godzinkę w tygodniu odpocząć. Czasem nawet gimnastyka przy ulubionej muzyce w domu może być takim resetem. Czemu nie? Ważne by raz na jakiś czas zrobić coś dla siebie by nie oszaleć i nie zapomnieć, że bycie mamą to nie tylko ślęczenie nad kołyską czy garnkami, ale także świetna zabawa! Odpowiedzialność i... Szczęście!

Z perspektywy 11 miesięcy wiem, że popełniłam kilka błędów. Nikt jednak nie jest nieskazitelny i każdy ma prawo do... kilku, prawda? Jak t...

LamiMummy: Nasze zasypianie, czyli rytuały wieczorne w praktyce

Z perspektywy 11 miesięcy wiem, że popełniłam kilka błędów. Nikt jednak nie jest nieskazitelny i każdy ma prawo do... kilku, prawda?

Jak to wyglądało?
Czekałam na wyjście ze szpitala po to by zacząć rytuały. Bardzo paliłam się do tego, bo przecież to podstawa zdrowego zasypiania. Nikt nigdy nie sprecyzował mi jak powinno to wyglądać więc sporo się głowiłam czy najpierw czytanie, kołysanki czy pierś przed czy po kąpieli i gdzie w tym wszystkim chwila na paciorek. Uznałam, że wreszcie znalazłam mój sposób! A mianowicie:
1) Pielęgnacja wieczorna: przemywanie twarzy i uszu, witaminka D i póki był pępuszek pielęgnacja kikuta.
2) Kąpiel.
3) Oliwkowanie + masaż bardzo domorosły, ale z sercem
4) Pierś symultanicznie do paciorka, kołysanek i czytania.

Jak zaczynało się zmieniać?
Czas najpierw zweryfikował czytanie. Fistaszek zasypiał zazwyczaj podczas 3 kołysanek (zawsze ten sam schemat: "W górze tyle gwiazd", czyli "Aaa, kotki dwa", potem "Był sobie król..." i na koniec "Na Wojtusia z popielnika"). Później starałam się czytać w ciągu dnia i czytanie odpadło nam.

Następne w linii odstrzału było karmienie. Gdy już nieco odchodziłam od karmienia zostawiałam tylko to na noc. Gorzej jednak, gdy z tego chciałam zrezygnować już i... okazało się to ciężkim ciosem dla Fistaszka. Potrzebował czegoś zastępczego do ciumkania. Nie chciałam mu dawać smoczka, którego odrzucił bardzo wcześnie. Butelki nie lubił, a po nocnej higienie ząbków ostatnie czego bym chciała to dawanie mu modyfikowanego mleka. Tak więc najpierw próbowałam przekonać go do Przyjaciółki Żyrafy, ale była nieco za duża dla niego. Skończył z czerwonym, pluszowym smokiem. Jego nóżki idealnie pasowały do buzi wiec ssał je i tak się uspakajał.

Niestety, To nie był koniec zmian. Z bólem serca uznałam, że tulenie jest super, ale chłopak musi nauczyć się zasypiać we własnym łóżku, a nie na rękach. Swoje zresztą waży i ramiona i mnie i Panu Mężowi już zaczynały odpadać. Nie mamy za wygodnego łóżka więc w nocy mój kręgosłup nie odpoczywa za dobrze, a dochodziłam do momentów, gdy przychodził czas na odłożenie dziecka miałam blokadę i zastanawiałam się czy dam radę się przychylić. Oj, moja Słodka Kluseczka...

Od jakiś 2 tygodni trenujemy usypianie w łóżku. Nie jest łatwo. Już się nieco przyzwyczaił do tego, ale dziś było źle. Obudził się po niecałej godzinie i znowu trzeba było próbować to samo.

Co pomaga?
U nas sprawdzało się bujanie w ramionach. Teraz bujanie w łóżku, a raczej troszkę takie... turlanie? delikatnie z boku na bok. Niestety, ruch i "chwyt" musi być dość zdecydowany bo momentalnie, gdy zaczynał się płacz zaczynały się próby przekręcenia na brzuch by usiąść, a to prosta droga by wstać. Jak łatwo się domyślić: wstawanie jest wrogiem zasypiania! A więc... brzydko powiem "pacyfikacja". Serce się kraja czasem. Za każdym razem, gdy podchodzę do niego bo płacze w nocy biorę go na ręce, przytulam i dopiero odkładam. Staram się śpiewać.

Ostatnio wróciłam do prób z karuzelą. Chociaż chyba powinnam powiedzieć: pozytywką od karuzeli. Pałąk eksmitowałam dawno temu bo przeszkadzał w odkładaniu Szkraba. Teraz go inspiruje zamontowany koło kaloryfera. Fistaszek umie uruchamiać sobie sam pozytywkę i... nawet dzisiaj wstawał do niej i uspokoił się dopiero, gdy zaczęła grać i światełka zaczęły migać.

Nie jest łatwo!

Co radzę?
Tu chyba akurat nie będzie niespodzianek.
RYTUAŁY!
To bardzo ważne by wszystko działo się w stałej porze i w stały sposób. Według mnie dziecko się przyzwyczaja. Czasem się wybudzi podczas jakiś czynności, ale wydaje mi się, że inaczej nie miałby poczucia, że to wieczór i nocne spanie. Trzeba być też konsekwentnym. Czas na sen? Dziecko chce brykać? Nie! Pora na sen. Tul, wyciszaj, ale nie pozwalaj dziecku brykać. Jest dla niego za wcześnie? Możliwe. Kładź go później. Ja jednak zdecydowałam się na brak drzemek od ok 16:30-17. Jak widzę, że koło 17 trze oczka to staram się go zająć, rozbudzić, poganiać się po dywanie, wygilgotwać. Gdy będzie bardziej zmęczony,  łatwiej uśnie, prawda?

Karmienie jest ważne, ale nie wiem czy jednak nie przed myciem. Niech potem będzie czas na umycie ząbków lub przetarcie dziąsełek. To ułatwi potem odstawianie od piersi. Żałuję, że nie wiedziałam tego, gdy zaczynałam układać moje rytuały.

No i... tulenie jest fantastyczne, ale czasem trzeba spróbować na skraju snu a jawy odłożyć dziecko do łóżeczka. Trudno wyczuć ten moment? Określ go sobie. Po ubraniu w śpiochy, albo po zwrotce kołysanki. Fajnie byś była przy dziecku jeszcze przez kilka chwil by wiedziało, że nie opuściłaś go tylko jesteś nadal, tylko ono jest w łóżku.

Wszystko mądrze brzmi? Wierzcie! Popełniłam swoje błędy i mam nadzieję, że Wy popełnicie inne, łatwiejsze do ogarnięcia. A kto wie? Może Wasz sposób będzie idealny?

A tak na dokładkę...
Pomoc Tatusiów w kąpieli jest super. Mamy chłopca więc podczas kąpieli zaczęłam się wycofywać z łazienki. Długi czas sama go myłam i wszystko robiłam podczas tych rytuałów, ale wielkim wytchnieniem jest, gdy mogę ogarnąć to jakie mam śpiochy, naszykować sobie pieluchę lub zaprać jeśli "coś" wypłynęło. Staram się już być tłem podczas samej kąpieli by starała się męską domeną. Chciałam by Tata masował Fistaszka, ale... Tata zaprotestował. Szkoda, bo chciałam by przez ten dotyk łapali fajną więź i by Tata nauczył się na dziecku takiej czułej delikatności.

Pamiętajcie! Nie wszystko trzeba robić własnymi rękoma!

Czas oczekiwania i planowania (rodziny) Karmienie piersią było moim priorytetem. Może jeszcze nie wtedy, kiedy planowaliśmy dziecko i kie...

Moje karmienie piersią

Czas oczekiwania i planowania (rodziny)

Karmienie piersią było moim priorytetem. Może jeszcze nie wtedy, kiedy planowaliśmy dziecko i kiedy oczekiwaliśmy dwóch kresek. I może nie była to moja pierwsza myśl po ich zobaczeniu. Ale z pewnością wraz z przygotowywaniem się (teoretycznym i praktycznym) do roli mamy postanowiłam, że będę karmiła piersią w przekonaniu, że to najlepsze, co mogę dać mojemu Maleństwu. Szkoła rodzenia tylko mnie w tym utwierdziła i dała pewne praktyczne wskazówki np. o pozycjach do karmienia. Choć z perspektywy czasu wiem, że popełniałam i nadal popełniam błędy. Ale moje założenie jest takie, że jakieś trzeba popełnić :P
Mam jeszcze drugie założenie: największy błąd to nie podjęcie karmienia piersią, jeśli jest ono możliwe.

Akcja: Mamo, wychodzę!

Kolejny etap karmienia po podjęciu decyzji to poród. Mój plan porodu był taki, że ma być jak najbardziej naturalnie. Było z tym różnie w praktyce, ale przynajmniej wiem na zaś co i jak, i może następnym razem uda mi się ten plan lepiej zrealizować. Moim celem było jednak w efekcie karmienie właśnie. Bo nacięcie utrudnia życie, czyli dochodzenie do siebie. Podobnie jak inne interwencje medyczne, zakładając, że nie są uzasadnione. Ale najważniejsze, by Dziecko wyszło na świat i… było w stanie ssać! Jeśli nie zakładałabym karmienia i kontaktu skóra-do-skóry zaraz po narodzinach, który przecież prowadzi do pierwszego karmienia to właściwie czy tak wielki sens miałoby unikanie znieczulenia i cesarki. To jej najbardziej się bałam, bo u nas nie jest praktykowane przystawianie dziecka mamie po cięciu. Zrozummy jednak personel powiatowego szpitala: położnych jest mało i zwykle trudno im stać nad mamą po cesarce i zadbać o to pierwsze karmienie. Co nie znaczy, że nie należy się o to starać!
A u mnie było w praktyce tak: poród wspomagany kroplówką, leżący i Dzieciątko na piersi raptem kilka minut. Teraz wiem, że można było walczyć o więcej, że miałam do tego prawo i powinni mi na to pozwolić. Ale wtedy nie byłam taka mądra ani wygadana. Po szyciu dostałam córeczkę już ubraną, pomierzoną etc. I też nie wpadłam na to, że mogłabym ją z powrotem rozebrać, żeby ten nasz pierwszy kontakt uratować. To oczywiście ma swoje konsekwencje: na mleczko trzeba było czekać 2 dni! Naczytana laktacyjnych różności miałam zamiar iść w zaparte, że karmię i że niczego nie potrzebujemy, ale postanowiłam być szczera i zaczęła się nasza 2-dniowa przygoda z mieszanką (dla wtajemniczonych mm). Na moją wyraźną prośbę Córeczkę karmiono strzykawką, bo nie było możliwości drenem (nadal się zastanawiam czemu, w końcu nie wymaga to specjalistycznego sprzętu!). Pewnie można było lepiej, ale dla mnie kluczowe było to, że nie była karmiona butelką, a przed każdym karmieniem mm przystawiałam ją do piersi, żeby pobudzić laktację. Potem małż dowiózł laktator (tak, szpital nie miał ani jednego!) i moje karmienie piersią ruszyło z kopyta! Kolejny dzień to ciągłe karmienie, bez spania, z szybkimi wizytami tam, gdzie i król chodzi piechotą. Ale za to radość z tego, że mogę karmić była ogromna. To był dla mnie rodzaj euforii po wygranej bitwie z losem. Dodam jeszcze, że nie udałoby mi się bez pomocy pielęgniarek, a szczególnie jednej, która siedziała ze mną w nocy i pomagała przystawiać Małą. Być może jakoś dałybyśmy sobie radę, ale nie jestem tego pewna. I jej słowa, że wstaje do mnie i pomaga, bo wie, że będę karmiła piersią, a nie po powrocie do domu dam butelkę. I miała rację! :)


Wzloty i upadki

A co potem? Walczyłyśmy z płytkim ssaniem, które Latorośl uskuteczniała od początku. Pomagał o dziwo smoczek, no i cierpliwe przystawianie z odrywaniem Małej, kiedy ssała płytko. Właściwie to dość łatwo było poznać, bo jest to dość bolesne. Fakt, na początku karmienie jest bolesne. Obie strony się uczą, a piersi muszą się przyzwyczaić do nowej funkcji. Ale płytkie ssanie boli bardziej, także jest motywacja do pracy nad techniką.
Za nami także zator, który boli jeszcze bardziej. Nie wiem, czy mój był nieswoisty, ale myślałam, że to coś innego. Ból był w środku piersi, jakby naciągało się ścięgno albo mięsień. Nic nie było pełne ani nabrzmiałe. Pojawiał się tylko w czasie ssania. Ustępował po kilku minutach. A laktatorem nie bolało wcale. Do tego mleko pojawiło się także poza brodawką. Na szczęście nie trwało to długo. Częściej karmiłam drugą, trochę odciągałam laktatorem, trochę zaciskałam zęby. Nie wiem jaka jest skuteczność np. liści kapusty, bo ostatecznie ich nie wypróbowałam. Grunt, że po dniu czy dwóch dało się karmić dalej. :)

A co dalej…

Karmię i zamierzam karmić dalej. Przynajmniej do roku, a ponieważ moje Dziecko ma tendencję do alergii/nietolerancji to im dłużej tym lepiej. Może powinnam dopisać do upadków wątpliwości wynikające z problemów trawiennych Małej. I czasowe odstawienie mleka i jego przetworów. Ale napiszę tylko na koniec. Jedynym udokumentowanym sposobem zmniejszającym ryzyko wystąpienia alergii jest wyłączne karmienie piersią co najmniej do końca 6. miesiąca życia dziecka. I o ile reszta tekstu to moje prywatne zdanie i doświadczenie to o tym ostatnim możecie poczytać więcej w wielu miejscach. 

Polecam:


PS Czy pisałam już, że to moje zdanie i moje doświadczenia i że szanuję wybory innych mam. Ja dokonałam takich i już?! :)

To nasze pierwsze Święta. Choinka stoi ubrana... pod sufitem najwyżej jak się dało bo dziecko bardzo było zainteresowane bombkami już w fazi...

LamiMummy: Święta z dzieckiem

To nasze pierwsze Święta. Choinka stoi ubrana... pod sufitem najwyżej jak się dało bo dziecko bardzo było zainteresowane bombkami już w fazie wyjmowania ich z zakurzonych opakowań. Miałam zaplanowane wszystko! Kiedy robię śledzie, kiedy pierogi i takie tam. Gorzej, że nie wzięłam pod uwagę, że wszystko zajmuje czas, a Fistaszek też potrzebuje mojego czasu. Tak więc kończyło się w chuście na plecach, bo z przodu nie ma jak kroić lub ugniatać ciasta. Udało się! Zostały mi tylko zupy do zrobienia lub doprawienia i w zasadzie fajrant. Z robienia sernika zrezygnowałam.

Ups.

Jednak nie o tym piszę. Napotkałam na artykuł mówiący o tym jak przetrwać święta z dzieckiem, szczególnie te pierwsze. Przy większości punktów przytaknęłam. Z żalem uznałam, że Pasterka odpada. Zresztą... o tym wiedziałam już dawno temu. Zdziwiło mnie coś innego. W artykule odradzali pójście w normalnym terminie do kościoła. Na zwykłą Mszę. Czemu? Napisali, że dlatego, że dziecko może być markotne, że w kościele trzeba je rozbierać, potem są przeciągi i trzeba ubierać i że dziecko może płakać więc trzeba je nosić między ławkami i że się przeszkadza innym ludziom.

No chwila!

Jeśli jesteś "świątecznym katolikiem" to nie rozumiem po co od wielkiego dzwonu chodzić do kościoła. Jeśli jednak jesteś normalnym, praktykującym katolikiem to znaczy, że co niedziela jesteś z dzieckiem w kościele. To żadna nowość dla dziecka, że będą śpiewy i dzwonki. Rozbieranie dziecka też nie jest potrzebne. Zdejmujesz czapkę, szalik, luzujesz kombinezon i już. Jeśli masz obawy, że dziecko będzie płakać i że będziecie przeszkadzać ludziom w modlitwie to... przecież są msze dla dzieci! Nikt krzywo nie spojrzy na lamentującego bobasa. Oczywiście, są ludzie... i ludzie. Większość się jednak uśmiechnie. Ba! Są też księża, którzy się cieszą z takich krzyków, bo to znaczy, że nowe pokolenie jest w kościele i nic tylko się cieszyć. Księży, którzy krzywo patrzą, bo dzieci biegają i wchodzą na schody pod ołtarz dla mnie są... dziwni. To są dzieci. Mają swoje prawa. Ważne by pilnować by dziecko sobie nie zrobiło krzywdy przy wędrówkach i nie przechodziło przez pewną niewidzialną granicę. No cóż, dzieciak sprawdzający jakie książki ksiądz trzyma na ambonie to stanowczo przekroczenie granicy.

Nie róbmy z dzieci kalek, które nie umieją wytrzymać w kościele! Jeśli dziecko nie jest przyzwyczajone to nigdy nie będzie wstanie wysiedzieć godzinki w ławce.

Mój plan na Święta to:

  • cieszyć się tym co już udało się zrobić,
  • dawać wiele uwagi Fistaszkowi, bo przecież jego uśmiech jest tu najważniejszy
  • spróbować być Kaczką Zen*


A co ważniejsze... wypisać wreszcie świąteczne kartki :)

Wszystkiego najlepszego nasi Tulący Czytelnicy!
Wiele uśmiechów naszych Najmniejszych i tych nieco większych. Zdrowia i by problemy były tylko na nasze możliwości. Oby nigdy nie przytłoczyło nas życie! I... wiele radości czerpanej od naszych dzieci! One najlepiej wiedzą jak się cieszyć życiem. Obyśmy wszyscy mieli spojrzenia tak szczere jak one.
Tego Wam i sobie życzę!

*Po Kaczce Zen wszystko spływa. Nie obchodzi Cię, że coś nie wyszło, przypaliło się, spóźniło. Ot, takie życie. Spokój to największy skarb.

Szczerzę przyznaję: post miał być wczoraj w ramach "post co środę". Jednak mieliśmy wizytę Księdza po Kolędzie i jakoś tak się nie...

LamiMummy, czyli "małe dzieci - mały kłopot"

Szczerzę przyznaję: post miał być wczoraj w ramach "post co środę". Jednak mieliśmy wizytę Księdza po Kolędzie i jakoś tak się nie zgrało.

A mój post ma dotyczyć niemal słynnego powiedzenia "Małe dzieci - mały kłopot. Duże dzieci - duży kłopot". Ile w tym prawdy? A może Wy też słyszycie "Jak zacznie ci pyskować to będziesz z uśmiechem wspominać problemy takie jak pieluszkowe zapalenie skóry czy nieprzespane noce bo maluch ząbkuje"? Ja słyszę i doprowadza mnie to do pasji. Tak samo jak "nasze pokolenie miało tak samo, teraz spłacacie dług", a w tle słyszę odbijające się echo "dobrze wam tak". No, ale chwila! Czy jedynym wyjście z takiej sytuacji i takich tekstów jest nie posiadanie dzieci?

Otóż nie!

Mam inną teorię.
Każde dziecko ma problemy na swój wiek. Każdy rodzić ma problemy takie, jaki staż. Najpierw dużym problem jest to czy ssie lub czy robi kupkę lub siusiu, a potem przychodzą kolejne. Może to jest jak level w grze? Najpierw masz tak wysokie wyzwanie jak możesz znieść i jakiemu możesz podołać, a potem... potem masz "level up" i masz trudniejsze zadania. To nie jest tak, że małe dziecko to mały kłopot. Nie! To kłopot na miarę dziecka i nie tylko jego, ale i Twoich możliwości. Przecież mając drugie dziecko masz niemal 100x większe wyzwanie niż z pierwszym, małym brzdącem!

Nie! Nie mamy długu wobec żadnego pokolenia. Dzieci nie muszą się drzeć za każdym razem i historie jak to nasz mąż boleśnie ząbkował nie muszą się odbijać i ziścić na naszym dziecku.
Mamy własne dzieci, własne doświadczenia i własne problemy. Są też różne metody wychowawcze, które mają nam zapewnić postęp, a nie trwanie w długach przeszłości. Po to czyta się masę artykułów i książek, albo ogląda programy z poradami na temat dzieci by nie popełniać błędów. By się przygotować na niektóre przygody lub im zapobiec. Uważam, że świadomi rodzice wcale nie muszą być uczestnikami opowieści o tym, jak ich dziecko jadło z psiej miski. Nie! Świadomi rodzice mogą temu zapobiec.

Twórzmy własne rodzinne historie, ale... na Boga! Nigdy nimi nie straszmy nasze dzieci czy synowe lub zięciów!

Wiem jak bardzo karmienie piersią jest ważne i że powinno być podstawą karmienia noworodka i niemowlaka do pierwszego roku i potem opcjonal...

LamiMummy: Odstawianie od piersi

Wiem jak bardzo karmienie piersią jest ważne i że powinno być podstawą karmienia noworodka i niemowlaka do pierwszego roku i potem opcjonalnie.
Wiem!
Mój Klusek jednak powoli przygotowuje się do samodzielności i żłobka. Zaczęłam mu podawać pokarmy stałe koło połowy 6 miesiąca. Wcześniej był jedynie na moim mleku. Jakiś miesiąc temu zostałam trafiona rewelacją, że w moim mleku coś może być nie tak, bo moje dziecko wyszło poza siatki centylowe. Oj nie! Po serii badań okazało się, że Klusek ma za dużo trójglicerydów we krwi, a wg moim badań wcale nie mam ich za dużo. Pani doktor wysunęła hipotezę, że może jem coś z czym mój organizm sobie radzi, a Kluska nie... np. mój kochany żółty ser.
Byłam załamana, że być może "truję" własne dziecko podając mu moje mleko.
Nic bardziej mylnego!
Inna pani doktor powiedziała:
"Pani mleko jest poza wszelkim podejrzeniem i jest najlepszym, co może pani mu dać."
Zapamiętajcie to w chwilach zwątpienia!

Nie mniej podjęliśmy próbę kończenia z piersią. Wpierw w nocy i dzień. Zaczęło się od 6 listopada. Na różnych mądrych stronach znalazłam porady jak do tego się zabrać. Założyłam notes, gdzie zapisywałam ile i czego je oraz jak często budzi się w nocy i na ile. Wg zasady: by widzieć postępy. Do nocnego wstawania zaciągnęłam też mojego Połówka.

I tak się zaczęło. Czasem i po 2 i pół godziny próbowaliśmy go usypiać. Czasem tyle to trwało też z podawaniem piersi w międzyczasie. Koszmar! Co gorsza zaczęło się to pokrywać z ząbkowaniem i przeziębieniem. Na czas podawania antybiotyku zaprzestałam prób odstawiania. W końcu, skoro ja jestem zdrowa to moje mleko zawiera odpowiednie przeciwciała!
Od jakiegoś tygodnia, może dwóch karmiłam go tylko "na dobranoc". Udawało się!
Dziś zrobiłam kolejny krok! Usypiałam go na noc bez piersi! Oby ta noc była spokojna.

Czemu odstawiam tak wcześnie? Przecież do żłobka jeszcze dużo czasu!
Miesiąc temu w pewnym momencie powiedziałam sobie: "ale ty lubisz go karmić! Czemu odstawiasz?". Mimo to chcę mieć możliwość... możliwości! I dziś kąpiąc go powiedziałam do Połówka: "Dziś jeszcze chciałam mu dać pierś w nagrodę bo był ładny dzień", ale potem zaczęłam się zastanawiać, z której piersi dawałam mu poprzedniego dnia. Nie miałam pojęcia i postanowiłam! Mam dość!
Jak mało się karmi prawie nie czuć różnicy. Początkowo jak kompletnie ograniczyłam mu takie przyjemności w dzień (dość brutalnie i z dnia na dzień) to mi się zaczynały zbierać takie bolące "grudki", ale wystarczyło nieco je rozmasować i "spuścić" palcami i było już potem dobrze. Nadmiar mleka odciągałam i wykorzystywałam do kaszek. 

Mam nadzieję, że w miarę bezboleśnie przeszłam odstawianie od piersi. W miarę oznacza, że nie chcę pamiętać tych nieprzespanych nocy, gdy czasem budziłam się od płaczu Kluska i miałam ochotę kopać jego zabawki. Wiem, że to była reakcja bezsilności, niewyspania i ogólnego poczucia samotności lub niemocy. W takich chwilach budziłam Połówka i kazałam mu się zająć Kluskiem. Magia ojca! Nie wiem jak to się dzieje, ale działa. Tulenia Taty jest najlepsze na świecie. Prawie jak mleko mamy :)
Obsługiwane przez usługę Blogger.