Rozwijanie hobby na kokosowo Po urodzeniu dziecka miałam taki czas, kiedy nie wiedziałam jak się nazywam. Kiedy cieszyłam się jak głu...

Kokosowa Mama z pasją



Rozwijanie hobby na kokosowo

Po urodzeniu dziecka miałam taki czas, kiedy nie wiedziałam jak się nazywam. Kiedy cieszyłam się jak głupek samotnym wyjściem do sklepu. Do tej pory moją ulubioną codzienną czynnością jest prysznic, kiedy mój Żuczek już śpi. Już nie wystarcza mi 10 minut ochlapania się letnią wodzie. Teraz delektuję się każdą chwilą pod ciepłym strumieniem, kiedy jestem sama ze sobą i swoimi myślami. A częściej ich brakiem. Uwielbiam te chwile. Dlatego naprawdę kupiłam sobie kokosowy żel pod prysznic. Tak rozwijam moje jedyne hobby karmiącej, etatowej matki.

A jednak…

Jest to prawda, ale nie do końca. Mam jeszcze pasję. Kiedyś myślałam, że to hobby, ale właściwie skoro znajduję na to czas nawet teraz to chyba jest to rodzaj pasji.
Kilka lat temu założyłam przez stronę internetową drzewko genealogiczne mojej rodziny. Właściwie nie wiem, dlaczego i nie wiem, jak to się stało, że akurat trafiłam na tę stronę. Czasem długo nie wrzucam nowych informacji, a nawet wcale tam nie zaglądam. A czasem bakcyl przytakuje i siedzę do późna szukając wieści w necie. Wykorzystuję także odwiedziny u rodziny, by wypytać ich o wszystko, co jeszcze pamiętają. I cieszę się wtedy podwójnie, że jeszcze są i że mogę ich pytać. Ogólnie, budowanie mojego drzewka sprawia mi mnóstwo frajdy. Jestem dumna z każdego konara, każdej gałęzi, gałązki i listka. Każdego okrucha informacji, które kiedyś połączę. Albo też nigdy nie dowiem się, kim jest jedna czy druga ciotka ze starej fotografii.



W poszukiwaniu niestraconego czasu

Warto zainwestować swój cenny czas w takie poszukiwania. To sposób na zacieśnienie rodzinnych więzi. Wprawdzie w każdej rodzinie są sprawy, o których się nie mówi, ale jest też mnóstwo takich, które tylko czekają na zainteresowanie. Starsi ludzie zwykle lubią opowiadać o czasach swojej młodości i wystarczy tylko pociągnąć temat, by zyskać cenne informacje do drzewka, ale także wiedzę o życiu codziennym w czasie wojny, przed nią czy tuż po niej.
Zacieśnianie więzi rodzinnych może iść dalej, bo możecie odkryć nowych, nieznanych dotąd kuzynów. Potencjalnie mogą mieć nawet dzieci w wieku Waszych pociech. A może wśród krewnych czeka na kontakt jakaś miła ciotunia, która potrafi upiec pychotkową szarlotkę i przy herbatce chciałaby pogawędzić z Wami o dziadkach czy pradziadkach i ich udziale w wojnie rosyjsko-japońskiej.
Każdy rodzic tysiąc razy słyszał już pytanie, do kogo podobna jest jego latorośl. Drzewko to okazja do przeglądania rodzinnych zdjęć i wydobywania z zakamarków pamięci opowieści o sumiastych wąsach i spłowiałych twarzach. Zdarzało mi się, że nikt już nie pamiętał, która ciocia stała z trójką dzieci obok wysokiego czarnowłosego męża, a tu nagle olśnienie i okazało się, że to Maria, Cesia czy inna Zosia. Może do ich najstarszej, ślicznej córeczki będzie za rok podobna moja Kruszynka. To dotyczy także charakteru. Bo przy okazji Babcia wspomina swojego wuja, który był roztrzepany zupełnie jak ja, ale uwielbiał się śmiać (też jak ja). Aż dziw, że nigdy wcześniej o nim nie słyszałam.
Czy trzeba długo zachęcać do poznawania własnych korzeni? Oczywiście, fajnie byłoby mieć przodka, który wojował z królem Jagiełłą, ale prawdę mówiąc, wystarczy mi, że byli porządnymi chłopami, którzy starali się żyć uczciwie i kochać wzajemnie. Nie oszukujmy się zresztą, mimo chęci, większość Polaków ma korzenie chłopskie i to żadna ujma dla nikogo. Może Zagłoby tośmy w rodzinie nie mieli, ale za to odkryłam wśród moich protoplastów Eleonorę, Gabriela czy Kunegundę. Dzięki mojej pasji mam pod ręką szereg tradycyjnych imion, z których mogę czerpać inspirację przy nazywaniu dzieci. Nie muszę, ale to zawsze jakiś pomysł. Tak czy siak, kolejna córka to chyba powinna być Marianna, bo mamy takowe w każdej gałęzi i prawie w każdym pokoleniu. Ciekawe, czy to specyfika naszego matecznika, regionu czy takie czasy po prostu?
A ponadto drzewko przyda się Waszym dzieciom na lekcjach historii. Niby to dopiero w czwartej klasie, ale już widzę minę mojego Dziecka, kiedy pokażę jej nasze rozłożyste drzewo, nad którym pracowaliśmy kilka lat. Tak serio, to pozwolę jej zrobić własne drzewko, a dopiero potem uzupełnimy je dodatkowymi informacjami. A może zarażę Ją naszą pasją i będzie jeździła z nami po archiwach, by szukać nowych danych? A może nie. W każdym razie, nie zamierzam uczyć Małej czytania na przykładzie ksiąg metrykalnych. Choć oczywiście to też jest pewna możliwość ;)



Głos LamiMummy

Może i mój głos jest nieśmiały, ale nie byłam biernym obserwatorem pasji Śliweczki. Oj nie! Tylko, że ja zatrzymałam się przy pierwszej trudności w postaci parafialnych ksiąg pisanych cyrylicą. Nie znam tego pisma, a już na pewno nie kaligrafowanego i pisanego. Co prawda, dostrzegłam pewną niewyjaśnioną tajemnicę w odnalezionych zapiskach, ale…
Podziwiam i wysłuchuję każdej rewelacji o odnalezionym przez Śliweczkę akcie urodzenia lub zgonu, którzy oddala nas od znanych nam naszych korzeni. Oddala, bo przecież znamy naszą historię coraz dalej.
Mogę też dodać, że… ja, jako ta bardziej plastyczna siostra pokusiłam się o stworzenie dla naszego Dziadka na urodziny ówczesnego drzewka. Co prawda, było bardzo skrócone, ale ważne było, aby Dziadek widział, że jego życie owocuje… nami. Teraz, gdy o tym piszę łza kręci mi się w oku, bo Dziadka nie ma między nami ciałem, ale jest duchem. Chyba właśnie to jest sens robienia zdjęć i dokumentowania przeszłości.

Czemu to ma służyć?

W mojej opinii to nie tylko chwaleniu się w szkole, czy szukaniu imion, ale też budowaniu świadomości. Chyba każdy kiedyś zastanawiał się skąd pochodzi to nazwisko, które nosi. Poza tym, wiedząc, że dawno temu był ktoś, kto żył za czasów rozbiorów i jakoś sobie radził. Może służył w dworze, może płodził dzieci, ale żył i nie wiedział, że kiedyś przyjdzie taki Klusek na świat lub taka Iskierka Śliweczki. My jednak możemy pamiętać ich imiona, gromadzić ich historię i mieć nadzieję, że kiedyś… ktoś zapisze nasze imiona gdzieś blisko pnia, czy w korzeniu swojego drzewa.


To oczywiście nie nasza rodzina, a tylko ilustracja jak takie drzewko może wyglądać. Potencjalnie :)

Przez ostatnich kilka dni chodził mi ten temat po głowie i aż wczoraj zaśmiałam się widząc propozycje biżuterii zrobionej na podstawie r...

LamiMummy i identyfikacja wizualna


Przez ostatnich kilka dni chodził mi ten temat po głowie i aż wczoraj zaśmiałam się widząc propozycje biżuterii zrobionej na podstawie rysunków dzieci. Mój Klusek jeszcze nie rysuje, więc na takie akcesoria będę musiała czekać jeszcze długo, ale... o co w ogóle chodzi?

Pierwsza potrzeba

Pragnienie by być bardziej rozpoznawaną w ramach przynależności do jakiejś grupy odczułam po ślubie. Na studiach sporo wiedzy liznęłam o kulturze arabskiej i chodząc ulicami stolicy w okresie narzeczeństwa widziałam sporo kobiet w chustach. Kontrastem dla nich były totalnie roznegliżowane dziewczyny w za krótkich spódniczkach, w prześwitujących legginsach i wszystkimi wdziękami na wierzchu.
Po ślubie, żyjąc przeświadczeniem, że wszyscy powinni zazdrościć mojemu mężowi takiej kobiety u swojego boku miałam pierwszą taką myśl by jakoś się wyróżnić i pokazać bardziej niż obrączką na palcu, że już nie jestem wolnym ptakiem, a żoną. Zazdrościłam nieco kobietom z kultury arabskiej tego, że zakrywają wszystkie wdzięki, a nawet włosy by pokazać je tylko i wyłącznie swojemu mężowi. Wiecie, taka wisienka na torcie, a niech cały świat się domyśla jak bardzo seksowna jest bielizna pod spodem. 
Te zapędy jednak mi przeszły. Trzymałam się skromnego stylu i noszenia obrączki na palcu. Niech cały świat zazdrości widząc pyszne kanapki na biurku mojego męża i tyle.

Potrzeba identyfikacji jako matka

Ten czas przyszedł już jakiś czas temu. Wcześniej chciałam wreszcie poczuć ruchy dziecka by nie mieć tylko na papierze tego, że będę mamą, ale czuć to! Później przyszedł czas na brzuszek. Mój rósł bardzo słabo i przez długi czas mogłabym udawać, że po prostu znowu tyję. W tramwajach czy autobusach, pod obszernym płaszczem nikt nie widział mojego 8-miesięcznego brzuszka.
Później wychodziłam z wózkiem prawie wszędzie, więc bardzo mi było dziwnie, gdy przyszło mi się wybrać SAMEJ na jakieś badania czy wyskoczyć do sklepu. I... jakoś dziwnie było, że nikt nie wie, że jestem mamą.
Nie masz wózka? Koniec życzliwości!
Nie to, że bardzo chciałam, żeby ludzie mi ustępowali miejsca czy przepuszczali w kolejce tylko dlatego, że mam świadomość, że wychodząc z domu i czekając na windę słyszałam rozpacz zza zamkniętych drzwi. Nie mam takich aspiracji.
Miło jednak, jak się uśmiecham do innej mamy, która idzie z wózkiem by... jakoś dać się rozpoznać. Dlatego wracając do pracy podkradłam dziecku sowę. Miał ją na wyposażeniu wózka i nie za często na nią zwracał uwagę. Przypięłam ją sobie do plecaka i z dumą noszę.
Czy ktokolwiek wie, że to oznaka mojego macierzyństwa? Szczerze wątpię. Prawie jak ten znaleziony w plecaku drewniany klocek. Nie wiem czyje małe rączki mi go tam wsadziły, ale z całą pewnością miało być to zachęcenie do zabawy w pracy!

Mogłabym pisać o tym, jak ciężko lub łatwo zdobyć młodej mamie pracę na aktualnym rynku, ale o tym chciałam nakręcić filmik... Chciałam, ...

LamiMummy i powrót do pracy... nowej pracy!

Mogłabym pisać o tym, jak ciężko lub łatwo zdobyć młodej mamie pracę na aktualnym rynku, ale o tym chciałam nakręcić filmik... Chciałam, ale wciąż mi brak czasu. Zaczęłam nawet robić krótkie ujęcia, ale sprawa tak szybko się potoczyła, gdy postanowiłam chwycić byka za rogi, że te rogi totalnie mi się wyślizgnęły i zawładnęły moim małym światem. 

Początki

Zaczęłam rozsyłać CV jakiś czas temu. Nie powiem ile miesięcy, bo to aż wstyd. Ważne jednak było to, że w pewnym momencie uświadomiłam sobie, co tak naprawdę chcę robić. Miałam momenty, że piszczałam "to jest TA praca", a potem cisza mnie dobijała. No tak, słomiany zapał to u mnie nie nowość. Kolejnym razem byłam już mądrzejsza i gdy zobaczyłam Prace Marzeń nie napalałam się i nie monitorowałam codziennie, kiedy przyjdzie ten szczęśliwy dzień i skończy się upiorne zbieranie CV. Każdy kolejny etap rekrutacji witałam ogromnym entuzjazmem, szczególnie, że pierwszy telefon dostałam akurat po tym jak pełna werwy powiedziałam "zakładam kanał Youtube i zabieram się z kopyta za TuluDzieciulu!" Przez cały ten czas miałam power "mamy fighterki". Na całe szczęście, nie musiałam czekać z rozmowami przez kolejne tygodnie i wszystko poszło rewelacyjnie sprawnie.

Trzeba trafić na "swój czas".

Przygotowanie

Wiedziałam kiedy chcę wrócić do pracy już w ciąży, więc tak planowałam. Jestem mistrzem planowania! Wiedziałam kiedy wysyłać CV, kiedy odstawiać od piersi i kiedy zaczyna się palić czerwona lampka, że to wszystko się niebezpiecznie przeciąga. Miałam też plan kiedy Klusek pójdzie do żłobka.
Miało być tak:
Tydzień adaptacji, tydzień zaprowadzam go do żłobka, będąc w domu ogarniam go i odpoczywam po trudach urlopu macierzyńskiego, a na koniec... zaczyna się praca.
Wyszło jednak inaczej:
Był tydzień adaptacji, ale Klusek (jak już mogłyście przeczytać) przeszedł przez nią błyskawicznie. Potem był... tydzień przeziębienia. Martwiłam się, że cała adaptacja pójdzie na marne, że moje plany odpoczynku i ogarnięcia czegokolwiek kończą się właśnie przytłoczone troskami o kaszelek i katarek. Z jednej strony to może i o tyle lepiej wyszło, bo nie miałam okazji dać się zjeść stresowi przed podjęciem nowym i trudnych wyzwań, ale... ten tydzień był mi potrzebny strategicznie.

Moje motywy takiego tygodnia normalizacji były proste. Chciałam by on się przyzwyczaił, że idzie z mamą, wraca z tatą i mama na niego czeka w domu. Nic się złego nie dzieje, mamy czas na reakcję w razie problemów, ale jest to ciągłość i w ramach ewolucji później, po powrocie do domu mamy nie ma, ale to już w tygodniu, w którym miałam trafić do pracy. Mąż uczy się ogarniać, ja mam okazję odpocząć, pocerować, poprać, odświeżyć. Wszyscy są wygrani, a Klusek nie kojarzy pójścia do żłobka z bólem, że po powrocie z niego mamy jeszcze w domu nie ma

To, niestety, nie wyszło.

A teraz clue

Dziś mimo ogromu pracy i zmęczenia postanowiłam o tym napisać, bo do tej pory miałam znikome poczucie winy z moich strategicznych posunięć. Wiedziałam, po co dzieją się wszystkie rzeczy i trzymałam rękę na pulsie. Starałam się każdą poważniejszą sprawę przećwiczyć w warunkach laboratoryjnych. Na to, co było dzisiaj jakoś się nie przygotowałam.

Otóż dziś miałam długo szkolenie. Może to minusy takiej, a nie innej pracy, a może zwykła codzienność wielu matek. Nie zawsze przecież można pracować od 8 do 16 i fajrant, prawda? Dziś byłam w pracy długo. Dzień był pełen spotkać i pracy koncepcyjnej i... nie kończył się o 17 czy 18, jak w poprzednie dni, tak bym zdążyła jeszcze chwilę wieczorem pobawić się z Kluskiem, ale wyszłam z pracy po 19. Przy naszych przedłużonych standardach właśnie Młody był kładziony spać. Podczas szkolenia, gdy widziałam "uciekający" czas coś ścisnęło mnie za gardło i serce. Coś mówiącego "powinnaś z nim być w domu". 

To było dla mnie coś na, co nie byłam gotowa. Mój pragmatyzm i planowanie w wielu sprawach dotyczących wychowania mojego dziecka nie przewidywała czegoś takiego. Hormony? Być może.

Było jednak coś, co nie pozwoliło mi się poddać tym emocjom. Wiedziałam, że to co robiłam w tamtej chwili, skupienie, którym musiałam się wykazać BYŁO POTRZEBNE! Nie tylko do mojej pracy, bo szkolenie było ekstremalnie ważne, ale po to bym mogła być matką spełnioną. Ważne jest by wiedzieć, że wraca się do pracy nie tylko po to by zarobić pieniądze na nową zabawkę, czy smaczną kaszkę, ale po to by wrócić do domu z poczuciem satysfakcji.

Chcę się rozwijać.
Chcę wracać do domu z uśmiechem.
Chcę wreszcie poczuć, że w domu z dzieckiem odpoczywam! 

To nie praca ma być odpoczynkiem od trudów macierzyństwa, ale macierzyństwo ma być tą przystanią, a dom portem, do którego zawijamy po burzach i flautach morza pracy. 

Mimo, że wróciłam do domu, gdy Klusek spał postanowiłam do niego zajrzeć. Wiem, że obudzi mnie znowu na długo przed świtem i wtedy będę mogła go przytulić. Myślę, że nieważne, czy wypełniamy nasz macierzyński grafik ukryty gdzieś pod skórą, co do joty, ale istotne jest to, że gdy mamy jakąś wolną minutę w ciągu dnia całą naszą uwagę potrafimy poświęcić naszemu dziecku. Schodzimy wtedy z fotela czy krzesła i siadamy z pociechą na dywanie, układamy klocki, malujemy palcami. Liczy się, że prócz tego, co może powodować nasze wyrzuty sumienia istnieje jeszcze coś, co sprawia, że jesteśmy dla tych naszych Klusków idealnymi mamami. 

Adaptacja była w zeszłym tygodni, a skoro ten tydzień się kończy to znaczy, że odczekałam swoje, aż emocje opadną. Zacznijmy od tego,...

LamiMummy: Gdy nie ma dzieci... czyli jak przeżyłam adaptację w żłobku

Adaptacja była w zeszłym tygodni, a skoro ten tydzień się kończy to znaczy, że odczekałam swoje, aż emocje opadną.

Zacznijmy od tego, że mój kochany Klusek nie podziębił się Żłobku, a podczas weekendu i od nowego tygodnia nie mógł pójść już w pełnym wymiarze godzin. Sprawił mi tym wielki zawód i przysporzył wiele pracy. Nic się jednak nie poradzi i czasem plany odpoczynku i ogarniania mieszkania trzeba odłożyć.

Nasz przebieg

Plan miałam prosty! Do wykorzystania 20 godzin więc tak sprytnie wyliczyłam, że jeśli zacznie od dwóch godzin, a potem codziennie będziemy wydłużać o godzinkę to do piątku idealnie wykorzystamy 20 godzin. Plan był piękny, ale Klusek tak idealnie się aklimatyzował, że w czwartek skończyły nam się już godzinki i w piątek był już jako pełnoprawny żłobkowicz.

Pierwszego dnia został, zgodnie z planem, dwie godzinki, a potem już 3, czy 3 i pół godziny i... na głęboką wodę! Od 8 do 14:30, bo nie było sensu wbijać się po niego w samym środku drzemki dzieciaków. W czwartek zakończyliśmy koło 15.

Najgorsze było pierwszego dnia wbić się na salę z pieluchami pod pachą, torbą z pościelą i ubrankami na zmianę... i dzieckiem! Oj, nie było prosto, szczególnie, że paczka z pieluchami zaczęła odmawiać posłuszeństwa i zrywało się ucho do trzymania.


Jak on to zniósł?

Bałam się tego, bo ostatnio pokazywał, że nawet moje wyskoczenie po zakupy budzi jego olbrzymi protest. Staszek jednak poszedł między dzieci. Jedna dziewczynka podzieliła się z nim samochodzikiem. Dobrze mu szło przez 3 pierwsze dni. Później zaczęło się marudzenie. Zaczął też się ślinić niesamowicie więc uznałam, że to któryś z zębów się przebija, a poza tym zawsze mógł rozkminić, że żłobek to nie miejsce, do którego wpada na kilka godzin by się pobawić, a miejsce, w którym będzie teraz spędzał większość czasu. To może być nieco rozczarowujące. W czwartek były zajęcia z robalami i może to by go nieco bardziej przekonało, gdyby nie fakt, że na sali pojawił się talerzy, a jego zawartość nie była przeznaczona dla mojego syna do jedzenia. Takie rzeczy zawsze go drażnią.

Ciekawe czemu tyle waży, co?

Jak ja to zniosłam?

O dziwo, bardzo dobrze. Nie płakałam, nie wyrywałam sobie włosów z głowy... nic z tych rzeczy!
Pierwszego dnia spotkała mnie lekka konsternacja.
Co mam z sobą zrobić?

Miałam do pokonania drogę w jedną stronę, która zajmowała mi pół godziny, czyli godzina w plecy. Formalności w żłobku zajęły pół godziny, a więc w domu spędziłam jedynie pozostałe pół godziny. Wypiłam kawę i okazało się, że mój przedpokój bez wózka jest całkiem spory. Uwielbiam takie rozczarowania!

Śliweczka mnie spytała, czy nieco nie ukuło mnie w serce, że Klusek tak chętnie, bez żadnego skrzywienia poddał się opiece pań w żłobku. Odpowiedziałam jej, że nie! Uznałam, że to dobrze o nim świadczy, że jest otwarty i nie boi się nowych wyzwań. Przyjęłam to za dobrą kartę. Kolejne dni przyniosły nieco więcej czułości, gdy do mnie wracał, więc chyba nie jestem ani złą matką ani przesadnie zatroskaną. Mam nadzieję, że znalazłam złoty środek.

Tak, całe dnie wyczekiwałam na telefon, że coś jest nie tak. Miałam też inne zmartwienia i inne wyczekiwania na telefon, ale to temat na innego posta. Gdy pojawiałam się w drzwiach sali zabaw i czekałam na pojawienie się opiekunki zastanawiałam się, czy wszystko zjadł, czy dobrze spał... ciężko było się czasem skupić na innych sprawach. Mimo to...

Przetrwaliśmy!

Bardzo żałowałam, że się pochorował. Miałam nadzieję, że przez ten tydzień tak wiele zrobię i sama załapię ten żłobkowy rytm. W końcu nie po to chodzi się na adaptację by kolejny tydzień przekaszleć w domu, prawda? Mam nadzieję, że kolejny tydzień nas nie rozczaruje i mimo, że już zacznę chodzić do pracy wszystko będzie dobrze.

Dopiero teraz przed nami są prawdziwe wyzwania! Nie próby, nie adaptacje, a życie w dość docelowym wyglądzie. Szkoda, że nie mieliśmy szansy załapać tego rytmu razem w tym tygodniu, szczególnie, że teraz jak będzie wracał ze żłobka mnie w domu nie zastanie. 

Trzymajcie kciuki!

  Karmię piersią i już. Moje Dziecko ma teraz 7,5 miesiąca. Nie wydaje mi się, żeby to było długo albo jakoś ponadprzeciętnie....

Mały ssak jest głodny, czyli dlaczego karmię piersią

 

Karmię piersią i już.

Moje Dziecko ma teraz 7,5 miesiąca. Nie wydaje mi się, żeby to było długo albo jakoś ponadprzeciętnie. Na razie nie spotkałam się z tym, żeby ktoś się temu dziwił. Zdziwienie budziło to, że moja Kruszynka nie piła i nie jadła niczego poza mlekiem przez pierwsze 6 miesięcy. I każdemu to polecam. Nie dlatego, że fajnie dostarczać dziecku wszystkiego, czego potrzebuje. I nie dlatego, że wygodnie jest mieć pod ręką zawsze i wszędzie gotowy napój i posiłek, w odpowiedniej temperaturze i naczyniu. I nawet nie dlatego, że podczas każdego karmienia się przytulamy i jest ono gwarancją trwania laktacji, póki jest ona potrzebna. Karmimy się wyłącznie piersią przez pierwsze 6 miesięcy dlatego, że takie są najnowsze zalecenia i dlatego, że jest to najlepsze dla naszego dziecka. Tyle i tylko tyle. Tyle i aż tyle!


Co z dietą?

Nie jestem lekarzem, ani dietetykiem. Nie będzie więc pisała o tym, ile to kwasów tłuszczowych, a ile żelaza, a ile witamin zawiera mleko. Takich informacji można poszukać u Hafiji (hafija.pl), na stronie CentrumNauki o Laktacji czy też w Standardach Medycznych dotyczących żywienia niemowląt (żeby nie było, że tylko osoby promujące karmienie naturalne dostrzegają wartość mleka kobiecego).
Ja wiem tyle: w mleku, które produkuję jest wszystko, czego mojej Małej potrzeba. Ma tam tyle witamin, tłuszczów, białka, minerałów, ile potrzebuje. Ja muszę tylko zadbać o to, żeby nie zabrakło ich w moim organizmie. Bo w mleku one będą, póki ja będę jeszcze miała jakikolwiek zapas. Jeśli ich zabraknie – to dla mnie. W związku z tym spokojnie, Jej nic się nie stanie, ale o siebie też muszę zadbać. Nie jestem mistrzynią zdrowej diety, ale pamiętam o warzywach, owocach, produktach pełnoziarnistych. No i czekoladzie. Wszak dobra dieta jest różnorodna. Można by tu zażartować, że dlatego raz jem gorzką, a raz mleczną, i… nie byłoby to dalekie od prawdy. Ale potem popijam moją czekoladę mlekiem, maślanką, kawą zbożową. Zagryzam pestkami słonecznika czy dyni. No, śledziem nie zagryzam (to dopiero w kolejnej ciąży), ale jest obecny w mojej diecie :)

A do składników odżywczych, co do których i tak zwykły śmiertelnik nie wie, ile dokładnie powinien ich wchłonąć każdego dnia, dorzućmy jeszcze: przeciwciała, komórki macierzyste, hormony, enzymy… I wiecie co, to właśnie mnie przekonuje. W mieszance też są składniki odżywcze. Są odmierzone, sprawdzone, przebadane. Ale w mleku mamy są składniki, których w mieszance nie ma i nie będzie. I one są chyba nawet ważniejsze.

Nie wiem, jaki jest wasz wybór. 

Czy karmicie piersią z wygody (ja, karmię z wygody, żeby nie wyparzać, nie mieszać, nie kupować nowych smoczków i nie martwić się odbijaniem), a może z oszczędności (to też ja, no, bo po co miałabym płacić za coś, co sama produkuję za darmo), czy po prostu z miłości do Waszego maluszka (a co, z tego powodu też karmię!) – warto!
Wiem, że są różne powody, które uniemożliwiają lub utrudniają karmienie maturalne. Są i minusy karmienia, takie jak wypływanie pokarmu między karmieniami lub podczas karmienia, ale z drugiej piersi, czy konieczność bycia dyspozycyjnym. Ale popatrzmy na plusy.

Gorąco zachęcam, by znaleźć się wśród 14% kobiet karmiących piersią do 6 miesiąca życia dziecka. Powiększmy tę liczbę, a póki co… mnie jakoś to dodaje sił, że było tyle przeszkód do pokonania, że tyle kobiet się poddało albo wybrało inaczej. A ja karmię nadal.
Ale tak najbardziej to chyba cieszy się z tego moja Córeczka! :)


A teraz bonus!

Wiecie, staram się jeść zdrowo, ale jest różnie. A ma być różnorodnie.
Cóż… posiadłam supermoc karmienia, ale w pakiecie nie było supermocy nie-tykaj-czekolady. A teraz proponuję mały rachunek sumienia, a jeśli lubicie tę nazwę to nazwijmy to psychotestem

Wymień warzywa, które ostatnio zjadłaś/-eś!
Wyniki… No to… za każde warzywo jest jeden punkt. Czekolada się nie liczy. Za chipsy o smaku warzyw możesz sobie odjąć punkt co najwyżej. Marchewka jest warzywem (na pochybel urzędasom UE).

Wyniki: Od 1-3 punktów: no, wiesz, można by więcej nawet zimą. Marchewkę liczyłaś? A ziemniaki? No to polecamy pomidory, ogórki, sałatkę, rzodkiewkę… pasują do wielu kanapek i są pyszne. Natka pietruszki też się liczy, a jest super zdrowa!

3-7 punktów: nadal można lepiej, ale widać, że niezła podstawa jest. Teraz tylko poszukać inspiracji, a na zimę polecamy kiszonki i mrożonki (z braku świeżych warzyw rodzimych, a coś jeść trzeba).

8 i więcej punktów: Brawo! Oby tak dalej! Poleć jakiś fajny przepis albo sposób na codzienną porcję warzyw w komentarzu :)

Polecamy Internet jako niezawodne źródło inspiracji i wegetariańskich i warzywnych. Smacznego! :)

Zbożowa? Rozpuszczalna, a może szaleństwo z ekspresu lub kawiarki? Nieważne czy expresso czy latte... zbyt szybko stygnie! Przy dziec...

Kawka


Zbożowa? Rozpuszczalna, a może szaleństwo z ekspresu lub kawiarki? Nieważne czy expresso czy latte... zbyt szybko stygnie!

Przy dzieciach w szczególności!
A najgorsze jest zapomnieć o gorącej kawie i przypomnieć sobie o samotnie pozostawionej filiżance lub kubku po kilku godzinach.
Ku pamięci wszystkim wystygłym kawom!

Przeglądając ogłoszenia o pracę znalazłam wymaganie brzmiące "umiejętność ogarnięcia chaosu". Zainspirowało mnie to do wstawien...

Zarządzam Chaosem

Przeglądając ogłoszenia o pracę znalazłam wymaganie brzmiące "umiejętność ogarnięcia chaosu". Zainspirowało mnie to do wstawienia jednego zdjęcia na Facebooku (prywatnym LamiMummi, ale pewnie prędzej, czy później pojawi się też na fanpage'owym)... i do stworzenia takiego tekściora. Inną motywacją był mój własny syn.

Obsługiwane przez usługę Blogger.